Zrób sobie sondaż! Jak nami manipulują w sieci

Ok, przyznaję się – jestem naiwna. Cóż, każdy ma jakieś wady. 😉 Jestem naiwna, bo wciąż wierzę, że prawda ma znaczenie. Pocieszam się, że może przynajmniej jest to ten pozytywny rodzaj naiwności, który pozwala mi wierzyć (a nawet tak działać), że uczciwość jest lepszym rozwiązaniem niż kłamstwo, a manipulacja ludźmi zasługuje wyłącznie na pogardę. Dlatego wkurza mnie, jak łatwo dajemy sobą manipulować w sieci – nie ze złej woli, z braku zastanowienia czy z naiwności właśnie. Często po prostu nie mamy możliwości, by się temu przeciwstawić, bo nie wiemy, że zostaliśmy zmanipulowani. Aby to choć trochę zmienić,  postanowiłam na blogu raz na jakiś czas ujawniać sieciowe manipulacje i – jeśli to możliwe – pokazywać sposoby ich wykrywania.

Dziś o sondażach opinii publicznej. Sondaże są potrzebne nie tylko politykom. Wszyscy mniej lub bardziej świadomie kierujemy się ich wynikami. Gdyby 90 proc. Polaków popierało przyjęcie uchodźców – to ludzie temu przeciwni zaczęliby się zastanawiać, że może nie mają racji, skoro większość jest za. Kiedy przed wyborami partia X ma dwa razy wyższe poparcie niż partia Y – to wiadomo, że lepiej zagłosować na X, bo nikt nie lubi identyfikować się z przegranymi, to psychologicznie dowiedzione.  Sondaże mają silny wpływ społeczny, są więc wymarzoną przestrzenią manipulacji.

Już chyba wszyscy wiemy, że tzw. sondy internetowe, pojawiające się na różnych portalach, nie są wiarygodne nawet w minimalnym stopniu, ponieważ nie biorą w nich udziału reprezentanci różnych grup społecznych, a po prostu zainteresowani użytkownicy danego portalu (czasem biorą udział w sondzie wielokrotnie, jeśli taka opcja nie została zablokowana). Sondy chętnie są też trollowane przez armie trollów działających na konkretne zlecenie – jeśli wynik ma być pozytywny dla danej opcji (politycznej czy biznesowej), wystarczy wysłać link do trolli, a te klikną tyle razy, aż wynik zrobi się odpowiedni. Jeśli kierujemy się wynikiem takiej sondy podczas podejmowania jakiejkolwiek decyzji – powinniśmy mieć świadomość, że zostaliśmy zmanipulowani.

Znacznie większy wpływ na nasze otoczenie ma jednak manipulacja dużymi badaniami opinii publicznych. Badania robione w sposób wiarygodny, reprezentatywne, prezentujące prawdziwy rozkład głosów dla zadanego pytania – są bardzo ważne, ale i bardzo drogie. Koszty sięgają kilkudziesięciu albo kilkuset tysięcy złotych. Zlecający badania – media, partie, korporacje, firmy – szukają więc oszczędności. W sumie nic dziwnego. A skoro jest popyt, będzie też i podaż.

Na polskim rynku jakiś czas temu pojawił się internetowy panel badawczy – nazwijmy go panelem R. Działa w prosty sposób: rejestrujesz się i wypełniasz ankiety na rozmaite tematy. Oczywiście wcześniej określasz płeć, wiek, zainteresowania, miejsce zamieszkania i inne dane demograficzne. Ankiety R. trafiają do określonych osób, dobranych pod względem próby ważnej dla konkretnego badania. Na razie wszystko wygląda pięknie. A jednak wyniki badań z R. często różnią się od wyników innych sondaży. Dlaczego?

Otóż panel R. uczestnikom za wypełnianie ankiet oferuje nagrody.  Za każdą ankietę dostajesz punkty, potem możesz je wymienić na np. zegarek, suszarkę, książkę, komplet sztućców. Przesyłki z nagrodami – jak zapewnia R. – dostarczane są prosto do domu. Już logując się do R. pierwsze pytanie, na które odpowiada uczestnik, to pytanie o rodzaj nagród, które się preferuje. Potem mowa jest także o sklepie R., w którym można wybierać upominki. Ale fajnie!

Ok, to w czym problem? W tym, że uczestnicy ankiet wybierani są nie spośród wszystkich Polaków, a spośród zamkniętego grona osób, które z własnej woli postanowiły uczestniczyć w ankietach. To zbiór zamknięty i wcale niekoniecznie światopoglądowo, wiekowo czy społecznie reprezentatywny. Choć panel R. twierdzi inaczej i zapewnia o wiarygodności swoich badań.

Zagrożeń jest sporo. Po pierwsze – w badaniach mogą brać udział osoby, które nie znają i nie rozumieją przedmiotu badania, a więc stawianych pytań, ale chcą dostać nagrodę, więc wypełniają kolejne ankiety, klikając na chybił trafił. Po drugie – użytkownicy mogą przy logowaniu podać fałszywe dane na swój temat. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że panel R. jest dostępny już dla 15-latków, z łatwością wyobrażam sobie 13- i 14-latków, którzy logują się do panelu podając nieprawdziwe dane (choćby wiekowe) – a ich odpowiedzi zliczane są jako właściwe dla grupy, którą wpisali.  Wszystko dzieje się internetowo –  nie ma jak zweryfikować prawdziwości podanych danych.

Po trzecie – skoro rozmaite środowiska stać na utrzymywanie płatnych trolli, nic nie stoi na przeszkodzie, by te trolle zarejestrować w panelu R., prawda? Troll to najczęściej zwykły człowiek, który zdecydował się w ten sposób zarabiać – wrzuca posty określonej treści do sieci i dostaje za to pieniądze. Ten sam człowiek jest więc również wiarygodny dla panelu R. i może stać się jego uczestnikiem. I jeszcze dostanie za to nagrodę!

Czy jest tylko jeden taki panel, w Polsce? Nie. Tego typu metodami posługują się rozmaite portale badawcze, choć R. ma akurat dość mocno rozbudowaną część sklepową. 😉

Teraz połączmy to w całość. Jest jasne, że przy tego typu systemie zbierania danych nie można mówić o żadnej wiarygodności – choć panel R. chętnie się na wiarygodność swoich badań powołuje i nie wspomina o zagrożeniach związanych z realizowaną przez siebie metodą badawczą.  Prawdziwy jest za to fakt, że badania są dużo tańsze niż tradycyjne (wykonywane metodą face to face lub telefoniczną, na podstawie reprezentatywnej – nie tylko ilościowo – próby).

Gdyby badania prowadzone w ten sposób były niszą wśród cytowanych sondaży, nie byłyby problemem. Niestety, jest ich coraz więcej z powodu ceny  – z takich badań korzystają ministerstwa, i partie, i firmy, i wiele instytucji publicznych. Na podstawie takich badań podejmowane są ważne decyzje w Polsce. Takie właśnie badania cytowane są przez największe media i wpływowych polityków.

Jaką szansę mamy my, zwykli zjadacze chleba, by nie uwierzyć w to, że większość młodych popiera właśnie tę partię, a większość średniego pokolenia jest za taką reformą, skoro przebadano aż 1000 osób na panelu internetowym i właśnie słyszymy, co wynika z ich odpowiedzi?

Żadnej.

Jedyne rozwiązanie, to bardzo dokładnie sprawdzać, kto zrobił badanie i jaką metodą – taka informacja musi być podana przy cytowanych sondażach. A potem sprawdźcie, czy można mu ufać. Jeśli nie można – wyrzućcie te wyniki z głowy, z sieci, ze swoich profili w social media. Tak aby nie miały wpływu ani na Was, ani na Waszych znajomych.

Ps. Wybaczcie, że nie podaję nazwy panelu. Choć on naprawdę istnieje. I działa. I nie jest jedyny…

Puszcza Białowieska, czyli NIE chodzi o pieniądze!

Kiedy ludzie walczą o wartości, propozycja zrezygnowania z nich w zamian za pieniądze oburza – i zwiększa opór. Tak wg mnie jest w przypadku Puszczy Białowieskiej. Czy ten konflikt w ogóle da się rozwiązać?

Spór o Puszczę Białowieską to dziś jeden z ostrzejszych konfliktów w mocno skonfliktowanej Polsce.  Wbrew temu, co się wydaje na pierwszy rzut oka, nie jest to spór miedzy ekologami a rządem,  tylko między ekologami a mieszkańcami tamtych terenów. Jedni postulują zwiększenie ochrony Puszczy Białowieskiej i zachowanie jak największych jej obszarów jako lasu naturalnego (bez ingerencji człowieka),  drudzy nie chcą się na to zgodzić. Od lat różne rządy próbują ten konflikt zlikwidować (choć czasem, tak jak obecnie, znacząco go potęgują) – i nic z tego nie wychodzi.

Proponowane dotychczas rozwiązania można podzielić na dwa rodzaje:

  1. Rozwiązanie siłowe: rząd przyjmuje za własne stanowisko jednej ze stron konfliktu i forsuje je siłowo)
  2. Rozwiązanie „kompromis w zamian za pieniądze”: czyli zwiększamy ochronę puszczy (ale nie na maksymalną), w zamian za to samorządy dostają dodatkowe pieniądze na realizację potrzeb mieszkańców.

Żadne z tych rozwiązań nigdy nie zostało zaakceptowane przez obie strony – i wszystko wskazuje na to, że nigdy nie zostanie.  To nie dziwi w przypadku rozwiązań siłowych, zaskakuje natomiast w przypadku propozycji drugiego typu.

Dlaczego tak jest?

Przydatna jest tu znajomość teorii konfliktów.  Po pierwsze: każdy konflikt ma swoje różne fazy. Dopóki jest sporem dziejącym się w tle – pewna równowaga jest tolerowana jako stan zastany, i choć żadnej ze stron się ona nie podoba, żadna ze stron nie zaostrza stanowiska – konflikt się tli, ale się nie rozwija. Taki stan może trwać wiele lat. Dopiero gdy coś zakłóci równowagę – konflikt ujawnia się  w całej swojej okazałości. Dokładnie tak jest z ochroną Puszczy Białowieskiej. Od lat 90-tych spór ten popada na przemian w fazy uśpienia i w fazy ostrej walki. Dość często czynnikiem burzącym równowagę są decyzje rządu (niezależnie od tego, na rzecz której strony są podejmowane). W latach 90-tych i po roku 2000 kilkukrotnie próbowano powiększyć obszar Białowieskiego Parku Narodowego, także w zamian za pieniądze oferowane gminom. Wydawało się, że to dobry pomysł – a jednak zawsze budził sprzeciw mieszkańców.

Teraz mamy decyzję idącą w przeciwnym kierunku – Ministerstwo Środowiska zdecydowało o masowych wycinkach drzew z obszarów puszczańskich położonych poza parkiem. Natychmiast zaczęli protestować ekolodzy, tym głośniej, im intensywniej prowadzono wycinkę i lekceważono protesty.  Przypominam: nie jest to tylko konflikt ekolodzy kontra rząd – znacząca liczba mieszkańców (choć nie wszyscy) powiatu hajnowskiego, na terenie którego leży Puszcza Białowieska, popiera wycinkę. I tu jest najważniejszy element całego problemu – ministerstwo i leśnicy nie wycinają drzew wbrew mieszkańcom, tylko za ich liczną aprobatą.

Dlaczego mieszkańcy terenów puszczańskich popierają intensywną gospodarkę leśną na terenie puszczy, a stanowczo protestują przeciwko pozostawieniu lasu samego sobie i zaistnieniu w nim naturalnych procesów przyrodniczych? To fundamentalne pytanie. Właściwa, nie uproszczona odpowiedź pozwoli bowiem zrozumieć, o co naprawdę chodzi w tym konflikcie, a więc także – które propozycje rozwiązań nie przyniosą efektów.

Pierwsza odpowiedź, która się nasuwa: chodzi o pieniądze. Mieszkańcy czerpią korzyści z lasu – mają dzięki niemu drewno opałowe, owoce leśne, grzyby itd. Po wprowadzeniu zwiększonej ochrony przyrodniczej zwłaszcza pozyskanie drewna będzie niemożliwe. Popierają więc tych, którzy dają im możliwość dalszego swobodnego korzystania z puszczy.  Jeśli dostaną pieniądze, za które sobie te drewno, owoce i grzyby kupią – zgodzą się na powiększenie terenu parku narodowego.

Czy naprawdę o to chodzi?  Gdyby tak było, obietnica dodatkowych pieniędzy dla mieszkańców (na nowoczesne systemy grzewcze, kanalizację, wodociągi, inwestycje rozwojowe) załatwiłaby problem – przynajmniej w pewnym stopniu. A jednak go nie załatwia. Już kilka lat temu taką propozycję złożyło bowiem Ministerstwo Środowiska (za rządu PO-PSL) – odrzucili ją w głosowaniach radni gminni, zmobilizowani do tego właśnie przez mieszkańców.

W drugą stronę oczywiście na żaden rodzaj wycinki czy zwiększony poziom gospodarki leśnej w puszczy nie zgadzają się ekolodzy – ich priorytety określone są bardzo jednoznacznie. Wszyscy wiemy, że ekolodzy walczą, by zachować przyrodę w jak najmniej zmienionym stopniu, bo przyroda, natura – to życie.

O co walczą więc mieszkańcy, skoro nie o korzyści materialne?

Wszystko wskazuje na to, że oni również walczą o coś, co jest dla nich wyjątkową, uświęconą wręcz wartością. Bo gdy konflikt rozgrywa się na poziomie wartości, nie ma w nim miejsca na rozwiązania materialne. Gdy ludzie walczą o coś, co jest dla nich „święte” (a więc np. uświęcone długoletnią tradycją), propozycję rezygnacji z tych wartości za pieniądze uznają za skrajny dyshonor – i utwardzają jeszcze swoje stanowisko. To wnioski wynikające z wielu badań, m.in. z badań Scotta Atrana, francuskiego antropologa, nad nie byle jakimi konfliktami, bo dziejącymi się m.in. w Iraku po II wojnie w Zatoce Perskiej,  oraz w Izraelu i Palestynie. O jego badaniach ciekawie piszą Tomasz Besta i Natasza Kosakowska-Berezecka w książce „Między grupami. Przewodnik po relacjach z ludźmi, którzy się od nas różnią” (fascynująca lektura, gorąco polecam!).

Okazuje się, że gdy konflikt odbywa się na poziomie wartości, próby rozwiązania go w myśl zasady: „jedna grupa rezygnuje z części wartości, ale w ramach rekompensaty dostaje pieniądze” powodują zwiększenie oporu i zmniejszenie szans na porozumienie! A nawet powodują większą akceptację dla rozwiązań siłowych, z użyciem przemocy!

O jakie wartości biją się w takim razie mieszkańcy terenów Puszczy Białowieskiej?

Kiedy rozmawia się z tymi ludźmi, bardzo często z ogromnym rozgoryczeniem mówią o tym, że zanim minister Szyszko zalecił wycinkę drzew, w lesie drewno „gniło i się marnowało”. Chodzi o martwe drzewa, które naturalnie leżały na ziemi – i których nie można było zabrać np. na opał. Rzeczywiście, w Puszczy Białowieskiej było ich dużo. Ekolodzy wyjaśniają, że to normalny proces w każdym lesie naturalnym. Że z martwych drzew korzystają inne rośliny i zwierzęta, że dzięki takiemu drewnu powstaje cały ekosystem. Dla nich – tak. Dla mieszkańców – gnijące drewno to czyste marnotrawstwo. Wykorzystanie tego, co przynosi las,  wykorzystanie każdego kawałka drewna, każdego zwierzęcia i każdego owocu – to właśnie ich tradycja i wartość, wyuczana u każdego kolejnego pokolenia przez ojców i dziadów.  Hajnówka – największą miejscowość w tym regionie – to miasteczko, które powstało dzięki przemysłowi drzewnemu. Ludzie tutaj i we wsiach położonych w pobliżu żyli dzięki temu, co dawał las – a przecież nie byli to wówczas turyści! Las pozwalał przetrwać – dawał pracę, jedzenie, ciepło.  To są wartości uświęcone puszczańską tradycją: nie pozwól, by cokolwiek w lesie się marnowało, bądź samowystarczalny, rób wszystko, by przetrwać!

Obie strony sporu walczą więc o las – tylko inaczej go widzą. Dla ekologów fundamentalne znaczenie ma zachowanie puszczy, dla mieszkańców – zapobieganie marnotrawstwu. Bo choć dziś wielu z nich nie utrzymuje się z lasu,  wbudowane wartości nie pozwalają im patrzeć na „gnijące drewno”.

Czy taki konflikt – konflikt wartości – da się rozwiązać?

O to najtrudniej. Teoretycy konfliktu wiedzą, że gdy spór idzie o wartości, łatwiej o agresję, przemoc i nienawiść „do końca życia” niż o porozumienie. Badania Atrana dają jednak promyk nadziei: otóż najlepsze efekty w takiej sytuacji daje tzw. „wymiana tragiczna”, czyli kompromis, podczas którego obie strony rezygnują z niektórych wartości ważnych dla ich grupy. Czyli: obie strony tracą (na poziomie wartość), ale też żadna z nich nie oddaje tych wartości za pieniądze (czyli: „nie sprzedaje się”).

Wymagałoby oczywiście głębokiego namysłu – i badań – z jakich wartości są w stanie zrezygnować strony konfliktu tak, by obie uznały to za równoważne i zgodziły się na kompromis. Ten będzie zresztą możliwy wtedy, gdy konflikt wejdzie w kolejną fazę- zniechęcenia i zmęczenia, bo dopiero wtedy może dojść do przełomu. Na razie mamy etap polaryzacji stanowisk i powiększania obszarów konfliktu. Przed nami jeszcze etap destrukcji (czyli dążenia do wzajemnego zniszczenia), a dopiero potem będzie szansa na porozumienie – mądre i uwzględniające wartości. Bez tego – możemy  jeszcze latami zmagać się z problemem Puszczy Białowieskiej.

Dlaczego młodzi odwracają się od polityki? Praktyczne wnioski

Młodzi nie lubią polityki, nie głosują, nie interesują się działalnością społeczną ani polityczną! – grzmią największe media i autorytety. Polska tragedia po prostu!

A tak z ręką na sercu: Ty interesujesz się polityką? Jeśli tak (wiesz – należysz do skrajnej mniejszości), to dlaczego?

Najczęściej robimy to z poczucia obowiązku i ze względu na świadomość wpływu polityki na nasze codzienne życie. Ale obowiązek i społeczno-polityczna świadomość to nie są – i nigdy nie były – cechy charakteryzujące młodych ludzi. Młodzi lubią to, co atrakcyjne i to, co zaspokaja powszechną na tym etapie potrzebę buntu przeciwko zastanemu światu!

Szczerze: czy uważasz polską politykę za atrakcyjną?

Chyba tylko wtedy, gdy lubisz kłótnie…

Zamiast narzekać na młodych, na ich polityczną bierność, przyjrzałam się bliżej motywom ich zachowań. Młodzi (mówię głównie o grupie wiekowej 18-24 lata) nie są bezmyślni ani źli. Skoro lekceważą politykę, nie chodzą na wybory, olewają walkę o demokrację, nie uczestniczą w protestach – to robią to z konkretnych, ważnych dla siebie powodów. Robią to, ponieważ polityka i politycy nie spełniają ich oczekiwań. Dopiero gdy ta sfera życia publicznego zbliży się do ich potrzeb, zmieni się nastawienie młodych. Jakie więc są te oczekiwania i co z nich wynika dla polityków i dla państwa?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, przeanalizowałam dostępne wyniki badań socjologicznych oraz związane z nimi publikacje (ich zestawienie – na końcu tekstu). Tu chcę wyrazić wielki szacunek dla dr Radosława Marzęckiego z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, który wsparł mnie swoimi publikacjami. I oto, co się okazało!

Mamy dziś w Polsce dwie grupy młodych (18-24), jeśli chodzi o postawę wobec życia społeczno-politycznego.

GRUPA I: BIERNI

To znacząca większość! Milcząca, bierna, zdystansowana do jakiejkolwiek działalności społecznej i politycznej. Nie zabiera głosu na żaden temat, nie głosuje, nie angażuje się w żadne działania społeczne.  Dla 78 proc. polskiej młodzieży polityka jest po prostu nieważna, 36 proc. nigdy nie rozmawia o polityce ze znajomymi czy rodziną.

Wydaje się, że tę grupę można podzielić na dwie, jeśli chodzi o powody bierności:

GRUPA  „MILCZĄCY WKURZENI”:  bierność jest dla niej wyrazem buntu przeciwko zastanemu światu dorosłych. Nie głosują – bo w ten sposób okazują swoje wkurzenie na system, którego nie zamierzają w żaden sposób wspierać. Trudno określić, jak liczna jest to grupa. Z badań dr Marzęckiego wiemy natomiast, że aż 47 proc. przebadanych studentów jest niezadowolonych z funkcjonowania demokracji w Polsce. Najpoważniejszym problemem demokracji są zaś kłótnie polityków.

GRUPA „PRYWATNI”:  bierność wynika z kompletnego braku zainteresowania aktywnością społeczną i polityczną. To ludzie zajęci swoimi prywatnymi sprawami, związkami, praca, karierą, przetrwaniem, przyjemnościami. Tutaj mamy do czynienia z kompletną depolityzacją życia. Polityka kojarzy im się z nudą, jest skrajnie nieatrakcyjna i niepotrzebna. To grupa, która nie wie, że są wybory – więc w nich nie uczestniczy. A jakby nawet na nie poszła – to zupełnie nie miałaby pojęcia, na kogo głosować.

 

GRUPA II: AKTYWNI ZBUNTOWANI

To grupa znacznie mniejsza niż pierwsza, ale bardziej widoczna – bo głośna. Tutaj mamy wszystkich młodych angażujących się w politykę. Dziś w Polsce najgłośniejszą jej częścią są młodzi o poglądach skrajnie prawicowych (elektorat Kukiz`15 i ugrupowań Korwina).  Jak wynika z badań Instytutu Spraw Publicznych, osoby o poglądach skrajnie prawicowych to przede wszystkim młodzi mężczyźni. Młode kobiety prezentują raczej poglądy centrowe, są cichsze i przez to mniej widoczne – poza niektórymi akcjami ogólnopolskimi jak np. Czarny protest.

Ta grupa motywowana jest przede wszystkim buntem i wkurzeniem na system. Polityka w wydaniu państwowym i parlamentarnym kojarzy się jej przede wszystkim z kłamstwem, nieuczciwością, fałszywością, brakiem wiarygodności. Dlatego jej największym poparciem cieszą się ugrupowania antysystemowe, do jakich zaliczane są ugrupowania zarówno Korwina, jak i Kukiza (mimo obecności tego ostatniego w parlamencie).

Oczywiście zdarzają się wyjątki wśród aktywnych – to ci, którzy odnajdują się wśród dzisiejszych ugrupowań parlamentarnych i wiążą z nimi swoją przyszłość, ale to promil wśród młodych Polaków.

 

Wszystkie te grupy łączy głęboka niezgoda na obecna politykę. Zdaniem większości młodych politycy nie sprostali swoim obowiązkom, kłamią i są fałszywi, niegodni zaufania, oraz nie mają pojęcia o życiu zwykłych obywateli. Politycy stracili dla młodych autorytet, nie mają więc żadnego wpływu na poglądy młodzieży. 

I kiedy pomyślimy, jak starsi (od opisywanej grupy) Polacy mówią o politykach, jak bardzo im nie ufają, co o polityce mówią media i jakie jej obraz ogólnie rzecz biorąc budowany jest w Polsce – nikogo nie powinno dziwić, że młodzi ludzie tak właśnie myślą o tej przestrzeni życia publicznego.

Jednocześnie młodzi przyznają, że nie rozumieją polityki, nie znają jej mechanizmów, nie rozumieją języka, jakim posługują się politycy, i mają trudności z określeniem własnego stanowiska w sprawie poruszanej przez media. Badacze podkreślają jednak, że istnieje duże zapotrzebowanie wśród młodych na autorytety, na ludzi, którzy są w stanie sprostać roli drogowskazów.

Kto więc dziś zyskuje wpływ na poglądy młodych?

Osobowości medialne. Właśnie tak – ludzie znani z mediów. Niekoniecznie z mediów w tradycyjnym rozumieniu tego słowa – także z mediów elektronicznych:  dziś autorytety młodzieży rosną w Internecie.  Oraz, wciąż jeszcze, w telewizji.

A`propos: także w polityce przybiera na znaczeniu zjawisko tzw. personalizacji. Tzn. że coraz bardziej liczą się konkretni ludzie i to ich się wybiera, a nie partię.

 

Co z tego wynika w praktyce? Otóż wnioski są naprawdę znaczące, a ich wykorzystanie może zdeterminować polską politykę w następnych latach:

  1. Młodzi (grupa 18-24) nie są i nie będą zainteresowani głosowaniem ani na PiS, ani na PO, ani na inne klasyczne partie polityczne. Dziś dla młodych tradycyjne partie (zwłaszcza dwie największe) są reprezentantami „systemu” (co widać po ostatnim odpływie młodych wyborców od PiS) – jedna grupa młodych się przeciwko temu systemowi buntuje, druga go lekceważy i jest wobec niego bierna.  Żadna z dwóch największych partii ze względów niezależnych od niej nie jest w stanie dziś zmobilizować młodych do zagłosowania na nią. To się może zmienić, jeśli któraś z partii przestanie być postrzegana jako systemowa, a zacznie być symbolem zmiany (albo przynajmniej szansy na nią). Oczywiście może to dotyczyć wyłącznie opozycji – partia rządząca zawsze jest symbolem systemu.
  2. Młodzi popierają ugrupowania Kukiza i Korwina, bo to w ich odbiorze ugrupowania antysystemowe i zbuntowane. W przypadku Kukiza kluczowy jest wizerunek, nie rzeczywiste działania (np. głosowanie) posłów Kukiz`15 w Sejmie. Kukiz to ugrupowanie kojarzące się z buntem.
  3. Politycy nie mają wpływu na poglądy tej grupy wiekowej. Wpływ na poglądy mają tzw. osobowości medialne – ludzie znani głównie z mediów (TV, też media internet.i social media), celebryci, niekojarzeni z polityką lub kojarzeni z nią „przy okazji”.
  4. Polityka się personalizuje – tzn. coraz większe znaczenie mają liderzy, ich osobowości, oraz personalnie konkretni politycy, natomiast tracą na znaczeniu szyldy partyjne. Wygrają więc ci, którzy zbudują silne marki osobiste, a nie ci, którzy będą politykami dzięki wsparciu swojej partii.
  5. Pojawia się zapotrzebowanie na nowy typ polityka – wyrazistego i atrakcyjnego medialnie, mówiącego jednoznacznym, zrozumiałym językiem; najlepiej znanego
    z innego rodzaju działalności niż z polityki, takiego „fajnego gościa/fajnej gościówy”, który polityką zajmuje się niejako przy okazji (w odbiorze publicznym).
  6. W kampaniach wyborczych kluczowe będzie oddziaływanie na młodych przez osobowości medialne – ale te, które trafiają do młodej grupy odbiorców. To muszą być ”ich” celebryci i sławy. Przypuszczam, że jeśli najbardziej rozpoznawalny w Polsce vloger Sylwester Wardęga nagrałby video, w którym powiedziałby: „nie idźcie na wybory” – to nikt nie byłby w stanie odwrócić tego przekazu (takie są zasięgi filmów Wardęgi). A jakby nagrał: „Idźcie głosować na…, rozp… ten system!” – to też miałoby znaczące przełożenie w wyniku wyborów. Niedostrzeganie siły oddziaływania VIP-ów sieciowych to jeden z podstawowych błędów tradycyjnych ugrupowań politycznych.
  7. Wiele wskazuje na silną potrzebę edukowania młodych, jeśli chodzi o politykę, jej mechanizmy, narzędzia etc. Ogólnopolska średnia z wiedzy o społeczeństwie na tegorocznej maturze, wynosząca 26 proc, pokazuje to dobitnie. Brakuje nam w Polsce nowoczesnych, atrakcyjnych medialnie działań edukacyjnych oraz PR-owych na rzecz polityki. Tak – PR-owych. To może brzmieć śmiesznie – ale tylko na początku. Młodzi dziś nie rozumieją, po co polityka jest w ogóle potrzebna, skoro jest nieatrakcyjna, fałszywa, agresywna, nieprzystająca do życia itp. Najlepiej by ją usunęli z życia – i usuwają ją, w taki sposób, w jaki mogą.

Pokazanie podstawowych funkcji polityki, które sprawiają, że jest ona niezbędna w państwie i tak naprawdę zwyczajnie chroni nas przed ciągłymi wojnami – to zadanie edukacyjne o najwyższym priorytecie. Opisanie jej mechanizmów prostym, zrozumiałym językiem. Wyjaśnienie podstaw funkcjonowania demokracji i jej znaczenia. Prosto i atrakcyjnie, nie przez testy i sprawdziany w szkole.

Tylko kto się go podejmie, skoro wymagałoby to działania politycznego, a nie partyjnego? Państwotwórczego, a nie nastawionego na korzyści jednej partii?

Czekam na odważnych.

 

 

Badania będące podstawą analizy:
– dr Radosław Marzęcki, Instytut Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie: badanie studentów polskich z 16 uczelni przeprowadzone w 2012 roku na grupie 994 osób – oraz publikacje;
– Instytut Spraw Publicznych, badanie z 2017 r.;
– CBOS, raporty dotyczące głosowania i niegłosowania oraz charakterystyki elektoratów partyjnych z 2015 r. oraz Młodzież 2016;
– Europejskie Badanie Wartości z 2008 r.;
– Europejski Sondaż Społeczny (ESS Round 6);
– Eurobarometr.