PKW walczy z botami i trollami w kampaniach wyborczych!

Internetowe wpisy powstające na zlecenie komitetu wyborczego, czy to wytwarzane przez boty, czy przez ludzi, muszą być podpisane tak, by było wiadomo, kto za nie zapłacił – tak jednoznaczne stanowisko w sprawie kampanii w internecie zajęła Państwowa Komisja Wyborcza. To prawdziwy krok naprzód, zmierzający do uregulowania stosowania narzędzi internetowych w kampaniach wyborczych. Tak naprawdę bowiem dopiero od tego momentu wiadomo, że kampanijne wpisy wytwarzane m.in. przez boty, które nie zostaną oznaczone, są naruszeniem polskiego prawa. To ogromna, systemowa zmiana – choć na pierwszy rzut oka nie zapowiada przełomu.

Od dawna przypuszczaliśmy, że w polskich kampaniach wyborczych były wykorzystywane boty. Od kilkunastu dni znany jest dowód na to, że w kampanii prezydenckiej Andrzej Dudy w 2015 r. boty wygenerowały kilka tysięcy automatycznych wpisów miesięcznie. Tworzono je, by wpływać na wizerunek ówczesnego kandydata na prezydenta i rozpowszechniać treści, które ustalono wcześniej z jego sztabem wyborczym  – należy więc przypuszczać, że treści te były dla niego korzystne. Jeszcze kilkanaście dni temu, gdy „Gazeta Wyborcza” opublikowała informację o treści umowy podpisanej z komitetem wyborczym Dudy, nie było jasne, czy użycie botów było tylko działaniem nieetycznym, czy też może jednak niezgodnym z prawem.

 

PKW: partie polityczne (…) sięgają po środki nieetyczne, a czasem naruszające prawo

Teraz sytuacja się zmieniła – dzięki  stanowisku Państwowej Komisji Wyborczej. Komisja bowiem w sposób jednoznaczny odniosła się do tego typu praktyk w sieci:

„Agitacja wyborcza prowadzona w Internecie odgrywa coraz większą rolę w kampaniach wyborczych. Partie polityczne, komitety wyborcze, kandydaci i inne podmioty uczestniczące w życiu publicznym sięgają przy tym często po środki powszechnie uznawane za nieetyczne, czasem zaś naruszające prawo. Przepisy ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2018 r. poz. 754, 1000 i 1349) nie regulują w sposób szczegółowy zasad prowadzenia kampanii wyborczej w Internecie, nie oznacza to jednak, że działań tych nie dotyczą ogólne, określone przepisami Kodeksu wyborczego, zasady określające prowadzenie i finansowanie kampanii wyborczej.”

I dalej PKW pisze m.in.:  „Zgodnie z art. 109 § 2 Kodeksu wyborczego materiały wyborcze powinny zawierać wyraźne oznaczenie komitetu wyborczego, od którego pochodzą. Materiałem wyborczym jest każdy pochodzący od komitetu wyborczego upubliczniony i utrwalony przekaz informacji mający związek z wyborami (art. 109 § 1 Kodeksu wyborczego). (…) Materiałami wyborczymi są zatem m.in. wszelkie przekazy informacji pochodzące od komitetu wyborczego, rozpowszechniane w internecie i za pomocą innych środków komunikacji elektronicznej. Dotyczy to nie tylko przekazów zamieszczanych np. na stronach internetowych wykorzystywanych przez komitety wyborcze do prowadzenia agitacji wyborczej, lecz także rozpowszechnianych w innej formie, w tym w postaci przekazów zwielokrotnianych na zlecenie komitetu przez osoby lub przez systemy zautomatyzowane. Materiały takie powinny zawierać oznaczenia, o których mowa w art. 109 § 2 Kodeksu wyborczego”.

Cały komunikat

Co to oznacza w praktyce? Tyle, że każdy płatny post czy tweet pojawiający się w internecie na zlecenie komitetu wyborczego musi – poza swoją główną treścią – zawierać informację, że został opłacony przez konkretny komitet wyborczy. Dotyczy to zarówno wpisów generowanych przez boty, jak i publikowanych przez ludzi. Warunkiem jest „pochodzenie przekazu informacji od komitetu wyborczego” oraz rozpowszechnianych na jego zlecenie.

Oczywiście, technicznie będzie bardzo trudno udowodnić, że wpis spełnia te warunki. Autorzy wpisów czy programiści zarządzający botami, nawet w pełni współpracujący z kandydatami, będą zapewne twierdzić, że żaden komitet niczego im nie zlecał. Po drugie – że tweetują czy piszą na Facebooku za darmo, ze względu na własne przekonania, i nikt im nie może tego zabronić. Nie przypuszczam więc, by mimo powszechności stosowania takich narzędzi nagle ujawniono wiele tego typu spraw. Ale w przypadku pojawienia się dowodów takich praktyk od wczoraj można będzie powoływać się na polskie prawo, co do tej pory wcale nie było oczywiste. Dotychczas mogliśmy mówić co najwyżej o nieetycznym zachowaniu polityków, teraz – o łamaniu prawa. Niezależnie od problemów technicznych wzrósł więc ciężar gatunkowy takiego działania. Zapewne ograniczy to choć trochę zapędy niektórych polityków i firm, ewentualne konsekwencje mogą być bowiem poważniejsze.

 

Komitetom wyborczym nie będzie już do śmiechu

To pierwszy krok. Ważny, bo wyznaczający kierunek myślenia o internetowych narzędziach, wykorzystywanych w sposób niejawny w polskich kampaniach wyborczych. Jest jasne, że na tym wprowadzanie regulacji nie może się zakończyć. Mimo to uważam, że w ciągu roku przeszliśmy długą drogę. Rok temu, w listopadzie, napisałam po raz pierwszy o botach obserwujących polskich polityków. Była to wówczas jedna z pierwszych w Polsce publikacji, wskazujących konkretnie na udział automatycznych kont w polskiej przestrzeni publicznej. Przez ten rok o botach w polskiej polityce mówiło się coraz więcej – ale niekoniecznie z przekonaniem co do ich istnienia i roli. Jeszcze w czerwcu, gdy na Oko.Press opublikowałam artykuł o botach obecnych w kampanii Patryka Jakiego, jego sztab usiłował wyśmiać artykuł, organizując akcję #ToMyBoty, która miała udowodnić, że żadnych botów nie ma, bo wszystkie wpisy to efekt pracy ludzi, a nie automatów. Po komunikacie Państwowej Komisji Wyborczej w takich sytuacjach komitetom wyborczym nie będzie już tak do śmiechu: w przypadku wykrycia przez kogokolwiek nieoznaczonych wpisów generowanych na zlecenie kandydata można będzie udowodnić złamanie prawa.  Dziś obserwuję, że także na poziomie lokalnym coraz więcej dziennikarzy i internautów informuje o użyciu automatów do generowania wpisów politycznych, zwłaszcza w kampaniach wyborczych. Użytkownicy sieci śledzą więc coraz dokładniej zachowania polityków. Trudno oceniać, czy ich ustalenia są prawdziwe – niemniej jednak pokazują duże zainteresowanie tematem. A przecież każde działanie w internecie pozostawia ślad. Może się więc okazać, że znalezienie dowodów na  zlecanie przez jakiś komitet wyborczy tworzenia uzgodnionych z kandydatem wpisów nie będzie wcale takie trudne.

Wielokrotnie przez ten rok informowałam o fermach botów obserwujących polskich polityków. Podkreślałam również, że konieczne jest uregulowanie stosowania nowych narzędzi internetowych w kampanii wyborczej. Moment, w którym Państwowa Komisja Wyborcza oficjalnie zabrała w tej sprawie głos, jest momentem w pewnym stopniu przełomowym – bo pokazuje, że dłużej nie da się na ten temat milczeć.

 

Recepta na manipulacje? Świadomość społeczeństwa

Doświadczenia innych państw pokazują, że tylko otwarte zmierzenie się z problemem manipulacji w internecie pozwala zapobiegać np. oddziaływaniu na decyzje wyborcze przez ośrodki zewnętrzne, w tym przez Rosję. To właśnie świadomość wojny informacyjnej toczącej się w sieci, wiedza o nowoczesnych narzędziach manipulacyjnych oraz o zagrożeniach, jakie może nieść ich wykorzystanie, sprawiły, że zarówno Niemcy, jak i Francja uniknęły bezpośredniego wpływu zewnętrznych ośrodków na wyniki wyborów. Najlepszą receptą okazała się świadomość. Kiedy rosyjski wywiad przed wyborami do niemieckiego Bundestagu hackował podmioty działające na niekorzyść Rosji i próbował na specjalnie stworzonej stronie internetowej upublicznić hakerskie materiały na temat np. Bundestagu, organizacji pozarządowych, parlamentarzystów etc., niemiecki kontrwywiad natychmiast poinformował opinię publiczną, że domenę zarejestrował rosyjski wywiad GRU (Главное Разведывательное Управление) i że będą się na niej pojawiać nielegalnie uzyskane dane. Jego oświadczenie opublikowały wszystkie mainstreamowe media. Niemcy, podobnie jak Francuzi, w dużym stopniu ufają swoim głównym mediom, za to z dystansem pochodzą do tzw. „alternatywnych newsów”. Opisane działanie było więc bardzo proste – ale wyjątkowo skuteczne. Operacja GRU zupełnie się nie udała, inaczej niż w USA, gdzie to właśnie opublikowanie  przez Rosjan wykradzionych i w dużej mierze fałszywych maili związanych z Hillary Clinton miało ogromne znaczenie w procesie wyborczym.

Zaufanie do znanych mediów oraz współpraca największych korporacji medialnych pomogła zapobiec manipulacji w sieci podczas wyborów we Francji. Świadomość może więc mieć kluczowe znaczenie dla wyników wyborów także w Polsce. Wiedząc, że niektóre treści są generowane przez boty czy mówiąc ogólniej – fałszywe konta, że za wpisami mogą stać osoby zainteresowane w sposób niejawny rozpowszechnianiem konkretnych treści, mamy szansę się przed nimi obronić: nie brać ich pod uwagę, piętnować, dystansować się – a przede wszystkim ujawniać ich prawdziwe pochodzenie. I chociaż od decyzji PKW do uwolnienia się od sieciowej manipulacji daleka droga, pierwszy krok na niej został właśnie zrobiony. Mamy jasne stanowisko, do którego możemy się odwoływać: każda agitacja wyborcza, także ta generowana za pomocą fake`owych kont, musi być oznaczona. Jeśli się pojawia bez oznaczenia, narusza prawo.

 

Potrzebujemy otwartej debaty nad kampaniami w internecie

Zróbmy teraz kolejny krok i zdefiniujmy narzędzia internetowe, używane w wojnie informacyjnej, także tej wewnętrznej, polsko-polskiej. Jest ich dużo. Kluczowe jest wskazanie, których można używać, bo nie budzą wątpliwości etyczno-prawnych, a które – naruszają przepisy. Zmasowane nękanie cyfrowe za pomocą zorganizowanych grup trolli, które wielokrotnie opisywałam na Oko.Press w odniesienie do różnych środowisk, moim zdaniem również powinno podlegać penalizacji – i także w oparciu o już istniejące przepisy, np. o nękaniu. W stanowisku PKW ważne jest bowiem także to, że nie trzeba tworzyć nowego prawa, by uwzględniać nowe narzędzia. Wystarczy poszerzyć definicję niektórych zjawisk i zacząć uwzględniać innego rodzaju dowody. Potrzebujemy szerokiej debaty na ten temat, a stanowisko PKW jest dobrym punktem wyjścia do jej rozpoczęcia. Komisja jest zresztą tego świadoma i sama apeluje o tego typu analizę:

„Państwowa Komisja Wyborcza wyraża opinię, że przepisy określające zasady prowadzenia i finansowania kampanii wyborczej zawarte w Kodeksie wyborczym, a powtórzone za wcześniej obowiązującymi ustawami, pochodzące zatem w większości sprzed kilkunastu lat, nie regulują w sposób wystarczający najnowszych form prowadzenia agitacji wyborczej, w tym agitacji w Internecie i za pomocą innych środków komunikacji elektronicznej. Kwestie te powinny stać się przedmiotem analizy ustawodawcy, do którego należy dostosowanie obowiązującego prawa do zmieniającej się rzeczywistości.

Państwowa Komisja Wyborcza podkreśla jednocześnie, że w imię zasady równych szans oraz w imię dobrze pojętej kultury politycznej wszystkie podmioty angażujące się w życie polityczne powinny dbać o przejrzystość swoich działań i ich zgodność z zasadami etyki. W ostatnich latach doświadczenia wielu już państw wykazały, że naruszanie tych zasad sprzyja manipulowaniu opiniami wyborców, wprowadza ich w błąd i może prowadzić do niekontrolowanego wpływu różnych sił na przebieg wyborów. Państwowa Komisja Wyborcza apeluje do partii politycznych, komitetów wyborczych, kandydatów i innych uczestniczących w życiu publicznym podmiotów o zachowanie wysokich standardów w ich działaniach, do wyborców zaś o świadome i krytyczne podejście do przedstawianych im w kampanii wyborczej przekazów.”

Czy tym apelem przejmą się politycy?

 

Artykuł opublikowany na Oko.Press

#ToMyBoty – akcja na Twitterze prezentem dla opozycji

Wystarczyło zidentyfikowanie kilku kont jako automatycznych botów wspierających kandydata na prezydenta Warszawy Patryka Jakiego, by wywołać gwałtowną akcję hejterską oraz doprowadzić do ujawnienia się na Twitterze 2,5 tysiąca kont tzw. „prawej strony”.  Taka reakcja na mój artykuł okazała się prawdziwym prezentem dla opozycji.

W niedzielę opublikowałam analizę rankingów kont, które w ostatnim miesiącu tweetowały najwięcej na temat obu głównych kandydatów na prezydenta Warszawy: Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego. Analizowałam w sumie 20 najczęściej tweetujących użytkowników – po 10 z rankingu każdego z kandydatów, pracując w oparciu o te same narzędzia do analizy ilościowej: Unamo i Twitonomy, oraz stosując analizę jakościową dla każdego konta.

Wnioski z analizy wskazywały, że wśród tej dwudziestki mamy do czynienia z sześcioma kontami botowymi – czyli działającymi automatycznie. Wyliczyłam, ile średnio tweetów dziennie podają dalej (rekordzista 450 dziennie przez cały rok).  Wszystkie boty rozpowszechniały treści korzystne dla Patryka Jakiego, a niekorzystne dla Rafała Trzaskowskiego. Opisałam sześć botów – a jednak zwolennicy kandydata uznali, że nazywam botem każdego użytkownika, popierającego ministra Jakiego. Co więcej – uznali, że ich to obraża. I zareagowali zgodnie z tym przekonaniem.

 

Zwolennicy się ujawniają – akcja #ToMyBoty

W niedzielę moja publikacja rozchodziła się w sieci intensywnie, ale na zaplanowaną reakcję trzeba było poczekać do poniedziałku.  Około południa pojawiły się tweety z informacją o akcji #ToMyBoty z hasłem: „Wrzucamy foty z reala lub boty i cyborgi. Nie damy z siebie zrobić botów!”. Czyli  – ujawniamy się. Akcja rozpoczęła się o godz. 16 i oficjalnie trwała  do północy. Konta organizujące ją były anonimowe, jednak szybko do działań włączył się współpracownik Patryka Jakiego, członek Komisji Reprywatyzacyjnej Sebastian Kaleta. Udostępnił bardzo śmiesznego GIF-a, na którym widać, jak udaje robota.

tomyboty_kaleta

Tweety z hashtagiem #ToMyBoty pisał także sam Patryk Jaki. Akcję wspierały media: TV Republika oraz portal niezależna.pl, na których można było przeczytać, że Sebastian Kaleta ze mnie „zadrwił” oraz „znokautował mnie” (publikując ów filmik). W artykułach informowano także, że akcja to efekt tego, iż użytkownicy Twittera źle reagują na nazywanie ich botami albo trollami. Do akcji włączyło się w sumie 2,5 tys. kont (dane na podst. Follow the hashtag, z godz. 21.00 12 czerwca) – część osób rzeczywiście wrzucała swoje zdjęcia, jednak część realizowała klasyczna akcję hejtującą.

Ciekawe było przyglądanie się, jakie między innymi konta (poza typowymi użytkownikami) aktywnie włączają się w tę akcję. Przytoczę kilka nazw (pisownia oryginalna): ZającCoKicToKloc, Dumanarodu, Wraża purchawa, Kapitan Nomada, brat pit, Armikorg, Win Iks Pe, Żółwik_Ben_Bot, Efka Konefka, Lefties Vanquisher, Pierożki bezglutenowe, hr. Faflunin, Parva Dick.

Żadne z opisanych przeze mnie w artykule kont nie zamieściło zdjęcia realnego człowieka.

Jednocześnie w sieci rozpowszechniano nagranie sprzed dwóch lat (oczywiście bez podania daty jego sporządzenia), na którym widać moją rozmowę z autorem nagrania podczas pierwszego w Białymstoku Klubu Obywatelskiego. Nie ma w nim nic kontrowersyjnego, jednak „prawa strona” użyła go do udowadniania moich (jawnych) powiązań politycznych. Filmik pojawił się na Twitterze już po raz drugi – pierwszy raz konto o nazwie Czerwone Potworki zaczęło go rozpowszechniać, gdy napisałam analizę o powiązaniach personalnych grupy radykalnych polityków prawicy.

 

Cyfrowy mobbing – czyli jak „prawa strona” usiłuje przejąć kontrolę

Cel takich personalnych działań zawsze jest oczywisty  – chodzi o podważenie wiarygodności, ale też doprowadzenie do tzw. efektu zamrożenia. Powoduje on, że człowiek poddany cyfrowemu mobbingowi (tak coraz częściej na świecie nazywa się tego typu ataki) najpierw przestaje bronić swoich racji, a potem wycofuje się ze swoich działań – ze strachu przed kolejną reakcją albo z powodu zniechęcenia. Co charakterystyczne, w atakach nie sposób dopatrzeć się choćby elementów merytorycznej krytyki, są to wyłącznie działania mobbingujące, ośmieszające i poniżające.

Tego typu zachowań doświadczyli ostatnio m.in.: prof. Michał Bilewicz, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, po wykładzie nt. badań nad polskim antysemityzmem; protestujący w Sejmie niepełnosprawni i ich rodziny; rodzina Stanisława Gawłowskiego (sprawa z wynajmowanym mieszkaniem); oraz np. prezydent Lech Wałęsa, systematycznie od lat atakowany w mediach społecznościowych (tweety można znaleźć m.in. sprawdzając hashtag #Bolek). W ten sposób traktowani są także niektórzy dziennikarze, zwłaszcza pracujący w TVN24 lub w „Gazecie Wyborczej”. Oczywiście, nie u wszystkich pojawia się efekt  psychicznego zamrożenia, natomiast wielu doświadcza uczucia bezradności, ponieważ przy zmasowanym ataku jednostce trudno jest się w jakikolwiek sposób bronić. Gdy atak trwa krótko, można go przeczekać; gdy mobbing jest rozciągnięty na lata, tak jak każde nękanie ma realny wpływ na zachowanie człowieka. I nie ma znaczenia, czy odbywa się on w rzeczywistości, czy w świecie cyfrowym – naukowcy udowodnili już, że ludzki mózg reaguje w obu przypadkach identycznie. Warto mieć świadomość, że dziś w polskiej przestrzeni publicznej część osób poddawanych jest takiemu mobbingowi – to jedna z typowych sposobów „prawej strony” na to, by przejąć kontrolę nad sytuacją.

 

Akcja – doskonała dla opozycji!

Akcja #ToMyBoty przyniosła jednak także takie efekty, których organizatorzy nie przewidzieli. Do tej pory ugrupowania opozycyjne nie wiedziały, jaka jest liczba kont popierających prawicę, zdolnych do szybkiej mobilizacji i przeprowadzenia akcji na Twitterze. Wielokrotnie usiłowano oszacować wielkość tej grupy, ale nie bardzo było jak to zrobić. Teraz, dzięki monitorowaniu akcyjnego hashtagu, który nigdy wcześniej nie był używany, oraz nie wywoływał emocji w innych grupach społecznych, udało się tę liczbę dość dokładnie określić.  Tweety pisało i dystrybuowało ok. 2,5 tys. kont (dane z 12 czerwca, godz. 21).  Jednocześnie analityka pozwoliła zlokalizować te konta. Według narzędzia Follow the hashtag, najwięcej wpisów powstało w… Sanoku. 12 czerwca rano na drugim miejscu wśród miejscowości był Kraków, a dopiero na trzecim tak ważna obecnie dla Patryka Jakiego Warszawa. Do wieczora Warszawa wskoczyła na drugie miejsce, ale Sanok pozostał liderem.

tomyboty_podsumow

Akcja zaplanowana jako uderzenie we mnie, a pośrednio – w opozycję, doprowadziła do identyfikacji kont „prawej strony” (piszę o tym ze świadomością marginesu błędu oraz włączenia się w działanie akcyjne jakiegoś odsetka  osób niezależnych) – i opozycja będzie mogła te informacje wykorzystać. Paradoks? Oczywiście. „Prawa strona” Twittera, przyzwyczajona do tego, że rządzi w mediach społecznościowych, powoli zaczyna tracić kontrolę nad sytuacją.  Ci, którzy wpływali np. na wyniki wszystkich sond zamieszczanych na TT, cytowanych często później przez sprzyjające media, ostatnio ponieśli bolesną porażkę. Ksiądz Janusz Chyła, aktywny użytkownik Twittera, postanowił zapytać internautów korzystających z tego medium społecznościowego, czym jest dla nich małżeństwo: związkiem mężczyzny z kobietą czy też dopuszczalne są „inne warianty” małżeństwa.  Sonda wywołała mobilizację osób, którzy nie należą do „prawej strony” i okazało się, że na opcję „inne warianty” zagłosowało 53 proc. biorących udział w głosowaniu. W sumie oddano aż 20488 głosów. To była bolesna porażka, bo dotykała istotnej dla prawicy kwestii światpoglądowej.

Paradoksalnie oznaką tracenia kontroli nad mediami społecznościowymi okazała się także akcja #ToMyBoty.  Bo choć ilościowo była dla „prawej strony” sukcesem – potwierdziła aktywność 2,5 tys. kont – to przecież organizując ją nie przewidziano jej skutków politycznych, bardzo istotnych w czasie przedwyborczym. Za chwilę sprawdzanie geolokalizacji tweetów może stać się najprostszym narzędziem do tego, by udowodnić konkretnemu kandydatowi w wyborach samorządowych, że choć ilościowo tzw. „wygrywa internety”, to w rzeczywistości duża liczba internetowych wzmianek wynika z działań kont znajdujących się poza obszarem jego kandydowania. Czyli: w żaden sposób nie przekłada się to na jego rzeczywiste poparcie. Tak jak z Patrykiem Jakim – jego zwolennicy w Sanoku nie wpłyną na rzeczywisty wynik wyborów w Warszawie.

Akcja daje opozycji jeszcze jedną możliwość techniczną. Na Twitterze istnieje opcja, która pozwala na eksportowanie i importowanie list zablokowanych kont – po to, by jedna osoba mogła przekazać drugiej listę, na podstawie której da się zablokować konta np. łamiące zasady społeczności. Teraz wystarczy sporządzić listę z kont biorących udział w akcji #ToMyBoty – by cała opozycja mogła w prosty sposób wyłączyć widoczność swoich profili dla istotnej części „prawej strony” Twittera.

 

Kiedy nazwy używane przez naukowców odbierane są jako wyzwiska…

Być może jednak najciekawszy jest  zupełnie inny wniosek płynący z całej akcji. Otóż jak się okazało, dla sporej części uczestników akcji słowo „bot” okazało się… wyzwiskiem. Jeszcze gorzej było, gdy napisałam, że konta, łączące botową automatyzację ze sporadyczną aktywnością realnego człowieka, nazywa się cyborgami. Takim nazewnictwem posługuje się m.in. jeden z najintensywniej badających konta na Twitterze think tanków na świecie – amerykański Atlantic Coucil`s Digital Forensic Research Lab (w skrócie: DFRLab). Nazwy te nie są wyzwiskami, pozwalają po prostu określać konta na podstawie sposobów ich działania. Kto chce się dowiedzieć o tym więcej, polecam artykuł: https://medium.com/@DFRLab/human-bot-or-cyborg-41273cdb1e17, oraz tekst naukowy: https://www.eecis.udel.edu/~hnw/paper/acsac10.pdf.

Jednak użytkownicy odebrali te nazwy jako obraźliwe, między innymi dlatego zareagowali bardzo emocjonalnie. „Nie do końca pełnoletnia, ile wyzwisk już słyszałam, że jestem pisiorą. Dołączam do akcji” – tweetowała młoda dziewczyna, wrzucając swoje zdjęcie. To był zresztą częsty przekaz od uczestników: „znowu nas wyzywają!”.

W tej sytuacji aż się boję napisać, że konta, które Twitter zawiesza za naruszenie zasad społeczności (np. za wulgaryzmy, nękanie, pornografię etc.), a one ponownie odradzają się pod tą samą lub podobną nazwą użytkownika (o takich „znikających” dla systemów analitycznych kontach także pisałam w ostatniej analizie), DFRLab nazywa „revenants”. Co na język polski tłumaczy się jako upiory, duchy albo… zombie.

Tekst okazał się również na portalu Oko Press.

Ps. Żebyście nie mieli Państwo wątpliwości: analizę kont najwięcej tweetujących o kandydatach na prezydenta Warszawy wykonałam z własnej inicjatywy, podobnie jak moje poprzednie publikacje prezentowane na blogu. Nie zleciła mi jej wykonania żadna partia ani żadne ugrupowanie. Żadne ugrupowanie mi za nią nie zapłaciło. Jak doskonale wiecie, analizuję media społecznościowe w zakresie polskiej polityki od ponad roku – i zamierzam to robić dalej.  Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników! 🙂

Kampania, która niszczy. „Sprawiedliwe sądy” – manipulacja w sieci cz.5

Sędziowie to źli, skorumpowani ludzie sprzyjający przestępcom i chroniący swoją kastę – tak mają o nich myśleć Polacy pod wpływem kampanii „Sprawiedliwe sądy”. Jej odbiorcy nie mają szans na obronienie się przed tym przekazem – „Sprawiedliwe sądy” bowiem to klasyczna manipulacja. Szalenie groźna – bo podważa zaufanie społeczne i niszczy poczucie bezpieczeństwa, jakie ma dawać każdemu z nas państwo. A to wszystko na zlecenie polskiego rządu.

Przytłoczenie ilością negatywnych przykładów, clickbaitowe tytuły, wnioski oparte na błędach logicznych i brak obiektywnych danych, które umożliwiałyby choćby podstawowe zweryfikowanie informacji – te mechanizmy manipulowania odbiorcami zostały użyte w publicznej kampanii „Sprawiedliwe sądy”, zleconej przez rząd Polskiej Fundacji Narodowej i zrealizowanej w ostatnich miesiącach.  Kampania billboardowa zakończyła się kilkanaście dni temu, strona internetowa kampanii była ogólnie dostępna jeszcze w czwartek 26 października. Od piątku wchodząc na stronę www.sprawiedliwesady.pl zobaczymy już tylko landpage witryny, bez menu i treści merytorycznych. Ciekawe, że strona zniknęła dokładnie dzień po tym, jak poinformowałam na Twitterze, że analizuję przekaz kampanii. Wiem, to na pewno przypadek… Na szczęście znacznie wcześniej zrobiłam screeny strony.  😉

Oficjalnym celem akcji było przekonanie Polaków do reformy sądownictwa w kształcie zaproponowanym przez rząd. Specyficzne budowanie wpływu rozpoczęto już na etapie planowania kampanii – przekonywanie do reformy odbyło się bowiem nie przez prezentację dobrych rozwiązań, lecz złych zdarzeń i zachowań w wymiarze sprawiedliwości. Czytając treści zamieszczone na stronie odbiorcy dowiadywali się przede wszystkim, jak źli (przerażająco źli!) są polscy sędziowie. Informacje merytoryczne o reformie również zamieszczono, lecz ilościowo było ich mniej, a wszystkie przeplatano przykładami „złych sędziów”.

Oszukany pan Marian

sady1

Odwiedzający stronę na początku mogli obejrzeć film – o panu Marianie i jego żonie. Pan Marian przegrał w sądzie, choć sprawa była oczywista (tak wynika z opowieści) i wyrok powinien być korzystny dla niego. Z powodu niesprawiedliwego procesu rozchorowała się żona pana Mariana, przeszła wiele operacji. Małżeństwo zgodnie przekonuje, że tak dalej być nie może i to się musi zmienić. Film jest dość krótki, nikt poza małżeństwem w nim nie występuje, o samej sprawie wiadomo niewiele i wyłącznie z relacji pana Mariana, za to wskazanie sędziego i sędziów jako winnych całej sytuacji  (łącznie z chorobą żony) – jest jasnym i oczywistym komunikatem. To klasyczne oddziaływanie na emocje (małżeństwa jest zwyczajnie żal), przygotowane profesjonalnie, ewidentnie pod tezę. Jak w reklamie. Spot jest bowiem profesjonalną antyreklamą polskich sądów.

Pamiętajmy, proszę, że cała kampania została zlecona przez polski rząd.

sady9.png

Najważniejszy przekaz akcji znalazł się na głównych banerach podstron: „Ryba psuje się od głowy – nie będzie realnej naprawy wymiaru sprawiedliwości bez zmian organizacyjnych i personalnych w Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym”. 

To bardzo ciekawe zdanie. Wynika z niego po pierwsze, że wymiar sprawiedliwości jest zepsuty (skoro wymaga naprawy), zaś jego naprawę gwarantują zmiany organizacyjne i personalne – ale nie wszędzie, czyli np. we wszystkich sądach, może jeszcze do tego w policji i prokuraturze – nie. Wystarczą zmiany w KRS-e i Sądzie Najwyższym. Dlaczego? Tego dowiadujemy się z kolejnych zdań: jak się okazuje, sędziowie będący przełożonymi innych sędziów są (lub mogą być) skorumpowani oraz (sic!) dyspozycyjni wobec władzy, swoimi naciskami wpływają na wyroki orzekane przez swoich podwładnych, a to jest złe i na coś takiego zgadzać się nie można.

s5a

Ok, jasne, to jest złe – ale czy tymi „złymi sędziami” są na pewno ci z KRS i SN? Popatrzmy na podawane przykłady. Cóż,  w żadnym screenie nie znajduję ani jednego przykładu świadczącego o naciskach przełożonych na niżej postawionych sędziów. Naliczyłam za to: dwa przykłady odnoszące się do zachowań prezesów sądów, dwa dotyczące sędziów Trybunału Konstytucyjnego, trzy – KRS, trzy – SN oraz… 25 przykładów złych zachowań sędziów z sądów rejonowych i okręgowych. Czyli nawet pracowicie zbierane na użytek kampanii przykłady nie potwierdzają głównej tezy  – to nie KRS czy SN ma najbardziej „zepsutych” sędziów, tylko niższe sądy  – a jednak wg reformy tych naprawiać nie trzeba.

sady17.png

Przy czym w podawanych przykładach najczęściej chodzi o  przewlekłość postępowania, błędy formalne, „błędne” wyroki, wykroczenia dyscyplinarne lub pospolite przestępstwa – tych właśnie dopuszczali się „zwykli sędziowie”. Zarzuty dotyczące sędziów z najwyższych instytucji/organizacji związane są głównie z konkursami na stanowiska i awansami członków ich rodzin.

sady19

 

Jak samodzielnie obalić swój własny przekaz

Jednym z  podstawowych problemów w polskim wymiarze sprawiedliwości jest przewlekłość postępowań – o tym oczywiście mówi się w kampanii. Podany jest nawet przykład najdłuższej sprawy, trwającej od 1977 roku, czyli – cytuję – 33 lata (hm, moim zdaniem to 40 lat, ale może mam problem z liczeniem 😉 ), oraz liczba skarg na przewlekłość – w latach 2012-2015 złożono ich w Polsce  20 000. Rzeczywiście dużo. Najciekawsze jest jednak to, że zgodnie z obowiązującymi przepisami nadzór nad sprawnością postępowań (a więc także ewentualną przewlekłością) sprawuje… Ministerstwo Sprawiedliwości! Minister ma dziś narzędzia do reagowania w sprawie czasu trwania postępowań, przeprowadzania kontroli w tym zakresie etc. Jeśli wrócimy więc do głównego hasła kampanii – „ryba psuje się od głowy” – okaże się, że zgodnie z nim zmiany organizacyjne i personalne powinny dotknąć przede wszystkim… Ministerstwa Sprawiedliwości, a nie np. Sądu Najwyższego, który nie ma żadnego wpływu na czas rozpatrywania większości spraw (poza sytuacjami, gdy sam orzeka). Co więcej, zagłębiając się w treści na stronie, można też znaleźć prawdziwą informację, że Krajowa Rada Sądownictwa również nie zajmuje się sądzeniem – czyli zmiany organizacyjne i personalne w KRS też nie zmienią niczego w tysiącach procesów prowadzonych w sądach rejonowych i okręgowych!

Ha! Twórcy kampanii sami obalają swój przekaz – wystarczy poczytać! Niesamowite, prawda? A jednak większość odbiorców wpada w pułapkę i daje się wciągnąć do środka przerażającego obrazu wymiaru sprawiedliwości serwowanego na stronie. Dlaczego? Niewiele osób analizuje przekazy, najczęściej reagujemy emocjonalnie – a oddziaływać na emocje autorzy kampanii rzeczywiście potrafią. To choćby wspomniany już film pokazujący budzących współczucie, oszukanych starszych ludzi. Czarno-biała grafika strony internetowej, która porządkuje nam świat według czarno-białego schematu: są źli sędziowie i dobrzy „naprawiacze” (czyli rząd). Bardzo widoczne, przejrzyste tytuły o sensacyjnym, zawsze negatywnym dla sędziów brzmieniu – i drobną czcionką dodane wyjaśnienia.

sady14

To klasyczne clickbaity – są tak sformułowane, żeby jak najwięcej osób na nie kliknęło. Oczywiście, w tej kampanii nie chodzi o liczbę kliknięć, tylko o zwrócenie uwagi odbiorcy, wzbudzenie w nim silnych emocji, zanim (jeśli w ogóle) przeczyta drobne litery, i wyrobienie w nim emocjonalnego poglądu. Oto niektóre tytuły: „Sąd Najwyższy broni mafii VAT-owskich”,  „Kumoterstwo w KRS”, „Korupcja w sądownictwie”,  „Sędzia lichwiarz nie poniesie kary”, „Sąd pomylił wyroki”,  „Pijany sędzia awanturował się w klubie”, „Sędzia gnębił pracowników”, „Sędzia może kłamać bezkarnie”.

sady16

Lista przykładów, zawartych m.in. w zakładce „Nadzwyczajna kasta” (słownictwo też dobrane pod tezę), jest naprawdę długa i przygnębiająca. Ile przykładów zdołacie przeczytać patrząc nie tylko na nagłówki, ale wczytując się także w tekst napisany drobnymi literami? Na podstawie „drobnego” tekstu też trudno wyrobić sobie własny pogląd – zamieszczony opis to zaledwie dwa zdania, nie dające obrazu całości sytuacji. Autorzy metodycznie udowadniają nam, że sędziowie są źli, a nie troszczą się o obiektywizm.

Dociekliwi mogli przeczytać na stronie kampanii, że na złych sędziów w latach 2011-2015 złożono 310 skarg do Sądu Dyscyplinarnego – jest to druga z przytoczonych statystyk. Niestety, nawet dociekliwy nie dowie się ze sprawiedliwesady.pl, ilu jest sędziów w Polsce, a dopiero zestawienie tych liczb pokazuje, czy mamy do czynienia z poważnym problemem. Takie dane odkryłam dopiero czytając odkłamujące kampanię zestawienie przygotowane przez Krajową Stronę Sądownictwa – sędziów w Polsce jest ok. 10 tysięcy. Czy wobec tego 310 wniosków dyscyplinarnych to dużo czy mało?

Przy okazji – KRS  odkłamując kampanię wyszczególniło aż 49 punktów, które jej zdaniem są nieprawdziwe w przekazie kampanii. 49! 

 

Źli sędziowie, obiektywni politycy?

Drugi przekaz, który autorzy akcji wkładają Polakom do głów, to bardzo zaskakująca teza: że propozycja rządu, by sędziów do KRS wybierał parlament (czyli posłowie) nie oznacza wcale upolitycznienia KRS-u, wręcz przeciwnie! Oznacza przekazanie kontroli nad sądami obywatelom! Czytamy więc: „obiektywizm w wyborze sędziów zapewnia Sejm”  oraz „Wybór sędziów KRS przez Sejm to nie upolitycznienie, tylko poddanie KRS społecznej kontroli. Poprzez parlament, który dysponuje mandatem narodu. To mandat weryfikowany regularnie w wyborach”.

sady22a

Mamy tu piękny przykład błędu logicznego we wnioskowaniu – wydaje mi się, że świadomie wprowadzonego. Ze zdania wynika, że:

Naród wybiera Sejm → Sejm wybiera KRS → mamy obiektywny KRS

A skoro to jest prawdą, dowodzą nam autorzy przekazu, to prawdą jest również, że wprowadzenie reformy doprowadzi do sytuacji, gdy:

Naród wybiera → mamy obiektywny KRS

Ha. Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że: skoro koń odżywia się trawą, a trawa rośnie dzięki wypijaniu wody, to oznacza, że koń odżywia się wodą.

Jak widać, usuwanie pośredniego ogniwa zaburza rzeczywistość – gdyby nie zaburzało, konie mogły by żyć o samej wodzie. A jakoś nie chcą. 😉

Twierdzenie, że naród wybiera KRS, gdy de facto czynią to parlamentarzyści, jest zwyczajną nieprawdą.  Natomiast wyjątkowo zabawne wydaje się twierdzenie, że Sejm zapewnia obiektywizm w wyborze sędziów – tego już nawet nie mam siły wyjaśniać, tak mnie to śmieszy. 😀

 

Ryba psuje się od głowy – tylko od której?

Ostatnia statystyka, którą znalazłam na stronie kampanii, to informacja, że „prawie 80 proc. Polaków uważa, że wymiar sprawiedliwości wymaga głębokiej reformy. Denerwuje nas przewlekłość postępowań, biurokracja, brak dostatecznej informatyzacji. Uważamy, że koszty sądowe są za duże i niewspółmierne do jakości działania sądów. Z drugiej strony nie chcemy, by tolerowano dalej korupcję, korporacyjne związki i arogancję sędziów…”. Nie ma niestety informacji, kto takie badanie przeprowadził, kiedy, na jakiej próbie, gdzie można sprawdzić wyniki, ile osób wskazuje na problemy z przewlekłością, a ile np. na korporacyjne związki. Zdanie zaczyna się więc niby wiarygodnie, dalej jednak mamy narrację bez żadnych danych; narrację, która ma budować obraz zgodny z tezą, więc nie daje najmniejszych szans na zweryfikowanie podanych informacji. My, odbiorcy, mamy przede wszystkim tej tezy nie podważać, nie sprawdzać, tylko wchodzić w nią całym sercem, coraz głębiej, coraz bardziej buntując się przeciwko tym okropnym, skorumpowanym sędziom!

A gdy już uwierzymy, z sędziowskiej opresji wyratują nas obiektywni politycy! Problemy takie jak biurokracja, zbyt wysokie koszty sądowe, przewlekłość postępowań i brak dostatecznej informatyzacji znikną na pewno, gdy nastąpią zmiany personalne i organizacyjne w Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Bo przecież ryba psuje się od głowy, jak zapewniono nas wielokrotnie w kampanii.

Prezentowanie sędziów jako „nadzwyczajnej kasty” i złych ludzi, którzy sprzyjają przestępcom i oszukują porządnych obywateli, podważa do nich zaufanie. Niszczy poczucie bezpieczeństwa, jakie ma dawać każdemu z nas państwo. Państwo przecież to nie tylko rząd, to także rzetelny wymiar sprawiedliwości. Ludzie przekonani, że sędziowie są źli, nie mają gdzie szukać sprawiedliwości. Przestają czuć się bezpiecznie. To szalenie groźne społecznie działanie – uderzające bezpośrednio w zaufanie ludzi do ich własnego państwa. I to wszystko dzieje się – przypomnę jeszcze raz – na zlecenie polskiego rządu! Porażające.

 

Odbierz – dzwoni Jezus Chrystus!

Dziś o zaskakującej, rewelacyjnej kampanii społecznej, która właśnie trwa. Kampanii religijnej! Portal „Modlitwa w drodze” proponuje codzienne adwentowe medytacje, połączone z nastrojowa muzyką – do pobrania i przeczytania na stronie portalu. Zwyczajne? Niezwyczajne stało się za sprawa plakatu całej akcji ADWENT 2016. Jezus Chrystus, którego twarz wyświetla się na Twoim smartfonie, i krótkie hasło:  „Odbierz, może to coś ważnego?”

Wpisanie twarzy Chrystusa w naszą technologiczną codzienność, wyjście poza tradycyjny, religijny przekaz przez połączenie duchowości z…  telefonem, do tego trafiające w punkt hasło, które odwołuje się do naszych emocji – gdy dzwoni bliski, zawsze odbierasz, bo może coś się stało? Może to coś ważnego? W tym kryje się genialność pomysłu na „sprzedaż” akcji z założenia zupełnie „niesprzedażowej”, jaką są internetowe rozważania adwentowe. Oczywiście, muzyka w pliku MP3, dodana do rozważań, to też fajny sposób na przyciągnięcie ludzi – ale bez tego plakatu i hasła niewiele osób zwróciłoby na ów dodatek uwagę.

Akcja ADWENT 2016 trwa, nie znamy jeszcze jej wyników – ale jestem pewna, że wejścia na stronę „Modlitwa w drodze” wzrosną niewiarygodnie.

Gdybyśmy chcieli wyciągnąć wnioski z tego pomysłu dla swoich akcji, widać wyraźnie, że w sieci liczy się przełamywanie stereotypów, wychodzenie poza schemat, świeżość i oryginalność. Jeśli masz świetny pomysł – powalcz o niego. Przekonaj swoich klientów – że warto zaryzykować. Oczywiście, w pewnych granicach, które akurat przy opisywanej akcji można by było łatwo przekroczyć. Religia jest chyba najtrudniejszą przestrzenią do wprowadzania nowych pomysłów i wychodzenia z oczywistych ram. A jednak – można!

Gratuluję pomysłu jego twórcom. Naprawdę inspirujące.