Setki nowych botów na polskim Twitterze – codziennie!

Tym razem na celowniku botów na polskim Twitterze znaleźli się najwyżsi polscy politycy związani z polityką zagraniczną. Liczba uśpionych botów rosła dosłownie z minuty na minutę w chwili, gdy pisałam ten tekst – 22 listopada 2017 r. wieczorem. Działo się to na kontach: Donalda Tuska (na jego polskim koncie, nie oficjalnym unijnym), prezydenta Andrzeja Dudy, Radosława Sikorskiego i (co zaskakujące) redaktora Tomasza Lisa. Te nazwiska powtarzały się wśród obserwowanych wszystkich nowo powstających kont. Do nich dołączono media – „Newsweek” oraz TVN 24 (i inne profile z TVN w nazwie). Część kont obserwowała jeszcze: premier Beatę Szydło, redaktora Konrada Piaseckiego i Ryszarda Petru.

Jak możecie zobaczyć na zestawieniach czasowych (w rogu po prawej na dole jest godzina) z konta Radosława Sikorskiego, liczba followersów rosła z częstotliwością ok. 15 kont na 20 minut. Z czego oczywiście część to konta aktywne, prawdziwe i powstałe niezależnie od botów – w tym przypadku są to 4 konta. Czyli 11 botów w ciągu 20 minut, czasem trochę więcej.

Tu są najnowsi obserwujący o godz. 20.37:

n_20.37

Tutaj kolejni o godz. 20.54:

n_20.54

A tutaj kolejni o godz. 20.58:

n_20.58

Ta pula botów jest inna niż opisana przeze mnie w poprzednim tygodniu. Choć mają cechy wspólne – zostały założone w listopadzie 2017 r., nie opublikowały żadnego tweeta, najczęściej nie mają żadnych polubień (lub pojedyncze), brak zdjęć profilowych, brak jakiegokolwiek opisu osoby. Inne jest natomiast sprofilowanie grupy osób, które te boty obserwują.  Nie followują tak wielu polskich polityków, pomijają zupełnie część liderów politycznych, ministrów, marszałków, nie followują również kandydatów na prezydenta Warszawy. Za to również obserwują sporo kont zagranicznych (często sportowych, ale też muzycznych, zdarzają się również pornograficzne), w tym także (i to kolejna różnica) kont polityków, głównie amerykańskich i ukraińskich. Politycy z tych dwóch państw powtarzali się najczęściej.  Niektóre boty obserwują też konta rosyjskie – ale nie jest to zjawisko częste.

Co ciekawe, w grupie botów opisywanej przeze mnie tydzień temu Radosław Sikorski był całkowicie pomijany – tamte boty w ogóle go nie obserwowały. W tej grupie natomiast jest stale obecny.

n3

n6

n7

Moim zdaniem ta grupa botów nastawiona jest głównie na działanie w przestrzeni polityki międzynarodowej. Czy ich obecny przyrost związany jest z jakimś bieżącym wydarzeniem, czy z przygotowaniem do jakichś przewidywanych wydarzeń, nie dowiemy się, dopóki nie zaczną działać.

Dla tych moich czytelników, którzy zastanawiają się, czy taka aktywność botów to wyjątkowy przypadek, czy też może taka liczba nowych kont obserwujących tych polityków to typowe zjawisko, porównam liczby followersów w ostatnich miesiącach, najpierw na profilu Donalda Tuska. W czerwcu miał ich 834 326. Potem w lipcu i sierpniu przyrost był bardzo duży – odpowiednio 29 tys. i 37 tys. Trzeba jednak pamiętać, że te miesiące były okresem o bardzo wysokiej aktywności politycznej w Polsce: lipiec to czas protestów obywatelskich ws. reformy sądów, a 3 sierpnia Donald Tusk był przesłuchiwany  w prokuraturze ws. katastrofy smoleńskiej. Lipiec to także w UE czas intensywnej dyskusji nt. Brexitu. To czynniki, które powodują zupełnie naturalny wzrost liczby follwersów. Nie mam niestety możliwości sprawdzenia, jak wyglądały konta, które wtedy zaczęły obserwować Tuska, trudno mi więc ocenić, czy wtedy także mieliśmy do czynienia z botami. We wrześniu przyrost obserwujących był mniejszy – wyniósł 8 tys. , a w październiku – 10 tys. Listopad wygląda więc na kolejną „górkę”, jeśli chodzi o obserwujących to konto – w ciągu 22 dni tego miesiąca liczba followersów wzrosła o 18 tys.

Sprawdźmy konto Radosława Sikorskiego. W czerwcu miał 948 925 followersów, przyrosty w kolejnych miesiącach wynosiły: 15 tys., 17 tys., 9 tys. we wrześniu i 5 tys. w październiku. W listopadzie na razie jest to 6 tys. , ale w dniu 22 listopada wieczorem liczba obserwujących rosła mu średnio o 55-60 kont w ciągu 2 godzin – gdyby takie tempo się utrzymywało, oznaczałoby to przyrost ok. 700 obserwujących dziennie, czyli  znacząco więcej niż średnia z ostatnich dwóch miesięcy.  Ponieważ przyrost obserwuję na bieżąco, trudno to na razie zestawić w statystykę miesięczną – trzeba poczekać do końca listopada.

Oczywiście, boty obserwujące polityków to nie nowość, są intensywnie obecne w polskiej przestrzeni politycznej social media co najmniej od roku (wcześniej na mniejsza skalę), także u tych polityków mogły pojawiać się więc wcześniej. W opisywanym przeze mnie zjawisku nie chodzi więc o sam fakt pojawienia się botów, a raczej o ich specyfikę, masowość i „uśpienie” – są to konta nieaktywne, a więc dopiero oczekujące na uruchomienie. Kluczowe pytania, na które nie znamy odpowiedzi, to pytania o to, do czego te boty mają zostać użyte – i kto je tworzy. Oraz: na czyje zlecenie.

Tak, nie poznamy dziś odpowiedzi na te pytania. Jestem jednak przekonana, że jedynie obserwowanie tych zjawisk daje nam możliwość wpływania na skutki ich działań. Im więcej użytkowników social media ma świadomość, że boty – czyli sztuczne konta tworzone przez specjalne oprogramowanie – funkcjonują w sieci, tym mniejszy jest wpływ działań podejmowanych przez boty.

Po poprzednim tekście wiele osób mnie pytało, w czym leży problem z botami, skoro boty nie głosują. Otóż boty, czyli sztuczne konta, samą swoją liczbą mogą wpływać na nasze zachowania. Algorytmy tak Facebooka, jak i Twittera, wysoko pozycjonują treści, które mają dużą liczbę reakcji. Tzn. że na swoim timeline` każdy zobaczy jako jedną z pierwszych wiadomość, która została bardzo dużo razy polubiona, podana dalej czy skomentowana. Proszę sobie wyobrazić fakenewsa, którego boty podają dalej (w krótkim czasie) 10 tys. razy.  Algorytm od razu uzna go za bardzo interesujący i udostępni dużej liczbie osób. Taki fakenews dzięki botom rozejdzie się znacznie szerzej niż bez botów – a po kilku godzinach praktycznie nie da się go zdementować, bo dementi (bez botów) dotrze do znacznie mniejszej liczby odbiorców.

Boty mogą też znakomicie hejtować inne konta. Mogą też budować sieciową popularność politykowi, który tak naprawdę ma tę popularność bardzo małą. I racja, boty nie głosują, ale duża liczba pochlebnych komentarzy, retweetów itp. sprawia, że wiele osób (tych prawdziwych) także zaczyna interesować się daną osobą oraz pozytywnie ją oceniać (wzorem wcześniejszych komentarzy). Podobnie jest z negatywnymi komentarzami i hejtem. Działa tu tzw. społeczny dowód słuszności – jak udowadniają psycholodzy społeczni, chętniej robimy to, co robią inni.

Boty można więc bardzo skutecznie wykorzystywać do prowadzenia wojny informacyjnej, dezinformacji, chaosu i destabilizacji oraz do budowania czyjejś popularności. Oczywiście, boty nie są jedynym narzędziem w takich działaniach – ale za to bardzo przydatnym.

 

 

 

Wojna dezinformacyjna na polskim Twitterze? Ona już trwa!

Wojna dezinformacyjna w polskiej polityce? To się już dzieje. Na polskim Twitterze. Przynajmniej 10 tys. uśpionych botów, które na Twitterze pojawiły się w ciągu zaledwie ostatnich 3 tygodni, czeka na rozkazy. Zaatakują na pewno podczas kampanii wyborczej. Kto zlecił zbudowanie tej cyfrowej armii?

Wyobraź sobie, że szykujesz się do wojny informacyjnej w jakimś kraju; wojny, której celem jest dezinformacja, chaos, a w perspektywie – destabilizacja sytuacji w danym państwie. Masz za sobą doświadczenia związane z działaniami w innych krajach, a jeśli nie, to korzystasz ze znanych wzorców:  kampanii dezinformacyjnej w USA podczas prezydenckiej kampanii wyborczej oraz kampanii ws. Brexitu.  Wiesz, że do dezinformacji trzeba wykorzystać social media, bo tam tego typu kampanie najlepiej się udają. Dezinformacja ma dotyczyć polityki przed i w trakcie zbliżającej się kampanii wyborczej.

Co robisz, by się do takiej wojny informacyjnej przygotować? Jakie działania podejmujesz?

Twoim celem jest wpływanie na nastroje społeczne przez przekazywanie nieprawdziwych informacji, podkręcanie emocji (aż do tych skrajnych) w najważniejszych przestrzeniach sporu politycznego i w kluczowych środowiskach zaangażowanych w ów spór, jak najszersze kolportowanie treści zgodnych z Twoim interesem, blokowanie treści niekorzystnych dla Ciebie.

Czego potrzebujesz do realizacji takich celów?

Przede wszystkim – żołnierzy. Cyfrowych żołnierzy, którzy będą mieli dostęp – przez social media, bo to najprostsze – do liderów opinii publicznej, liderów politycznych, głównych bohaterów kampanii wyborczej.  Prawdziwej armii, w dużej części dziś uśpionej, choć w każdej chwili gotowej do ataku (to piechota). Oraz grupy znakomicie wyszkolonych oficerów, którzy przez długie miesiące będą budować w cyfrowej przestrzeni politycznej swoją wiarygodność, wpływy, kontakty z najważniejszymi liderami opiniotwórczymi. Gdy wojna się już zacznie, oficerowie zaczną udostępniać dezinformacyjne treści, a  piechota nada im odpowiedni zasięg, w razie czego – zablokuje kogo trzeba, podkręci nastroje społeczne. I wojna będzie się toczyć.

 A teraz – największa niespodzianka: to się już dzieje! W Polsce, nie za granicą. W Polsce, dokładnie – na polskim Twitterze. Cała armia piechoty już tu jest. Obserwuje. Na razie przysypia, ale jest w każdej chwili gotowa do ataku. To regularna, całkiem nowa armia botów.

10 tysięcy nowych, nieaktywnych kont od 31 października do 18 listopada zaczęło obserwować konta dwóch głównych (stan na 19.11.2017) kandydatów na prezydenta Warszawy: Rafała Trzaskowskiego (PO) i Patryka Jakiego (PiS).  To nie efekt jednorazowego wzrostu zainteresowania tematem w chwili ogłoszenia kandydatury R. Trzaskowskiego 2 listopada – liczba followujących te konta uśpionych profili rośnie sukcesywnie, systematycznie, codziennie, nie wzbudzając tym samym niczyjego zainteresowania. Nie ma żadnego skoku, jest systematycznie rosnąca liczba obserwujących.

jaki_foll

trzaskowski_foll

Znaczna część tych kont obserwuje jednocześnie i Rafała Trzaskowskiego, i Patryka Jakiego. Co więcej, wszystkie one zostały założone w listopadzie 2017 r., nie opublikowały żadnego tweeta (nieliczne opublikowały 1 lub 2 tweety), obserwują od 40 do stu kilkudziesięciu innych kont, nie mają zdjęć profilowych.

Tutaj screeny z informacjami dotyczącymi drobnej części kont obserwujących konto Patryka Jakiego:

A tu screeny z informacjami o kontach obserwujących Rafała Trzaskowskiego:

To z całą pewnością boty – zautomatyzowane konta, zaprogramowane tak, by umieszczały specjalnie sprofilowane treści, udostępniały wskazane tweety itp. Te na razie nie działają. Czekają na wytyczne osób, które je programują. A programiści – na wytyczne tych, którzy prowadzą tę wojnę.  Dziś nie ma możliwości, by bez pomocy samego Twittera stwierdzić, kto to jest czy choćby gdzie założono owe konta. Zleceniodawcy pozostają nieznani.

Przyglądając się botom widać kolejne cechy charakterystyczne, które muszą budzić poważne wątpliwości.  Konta te obserwują od kilkunastu do kilkudziesięciu kont polskich Twitterowiczów – to konta tych, którzy w raportach wpływu polskiego Twittera zajmują najwyższe miejsca. Kiedy przeglądam, kogo followują boty, czuję się, jakbym przeglądała raport polskiego Twittera choćby firmy SoTrender: jest polskie konto papieża Franciszka, jest Robert Lewandowski, a potem Donald Tusk, Kancelaria Premiera, prezydent Andrzej Duda, do tego cała czołówka liderów politycznych – Grzegorz Schetyna, Ryszard Petru, Adrian Zandberg, Janusz Korwin-Mikke, inni wpływowi politycy:  Robert Biedroń, Roman Giertych, Marek Kuchciński; do tego bardzo znani dziennikarze i liderzy opinii: Zbigniew Hołdys, Jarosław Kurski, Jacek Kurski, Krzysztof Stanowski, Kamila Biedrzycka, Katarzyna Kolenda-Zaleska. Te nazwiska powtarzają się na większości z analizowanych przez mnie kont.  Co ważne – to przedstawiciele wszystkich stron polskiej sceny politycznej, dziennikarze z bardzo różnych mediów, liderzy opinii o przeciwstawnych poglądach.  To istotne, bo gdy jakieś polskie ugrupowanie zleca wsparcie swojej działalności przez boty, obserwują one wyłącznie osoby związane z opcją polityczną zleceniodawcy, a nie pełen przekrój polskiej polityki – sprawdzałam to wielokrotnie, analizując działania polskich partii na TT. W przypadku 10 tys. nowych kont-botów jest inaczej.

Pokażę to na przykładzie jednego z takich kont – @Waclaw5509

waclaw1

waclaw2

waclaw3

waclaw4

 

Poza kontami czołówki wpływu na polskim TT znajdziemy tam jeszcze kilka kont znanych osób związanych ze sportem (Zbigniewa Bońka czy Krychowiaka) oraz liczne profile zagraniczne. Najczęściej anglojęzyczne, choć pochodzące z różnych państw – od USA po Hiszpanię. Można znaleźć konta rosyjskojęzyczne, ale jest ich bardzo mało, to pojedyncze przypadki.

Obserwowane przez boty konta zagraniczne to najczęściej konta związane ze sportem lub z rynkiem muzycznym, często z bardzo wysokimi liczbami followersów. Boty nie followują żadnych zagranicznych polityków – wyłącznie polskich.

Kiedy sprawdzam, o ile i komu wzrosła liczba fanów od 31 października do 18 listopada, liczba ok. 10 tys. powtarza się zarówno u  Patryka Jakiego i Rafała Trzaskowskiego, jak u Tomasza Lisa czy Grzegorza Schetyny. Trochę wyższa jest u Donalda Tuska (15 tys.), prezydenta Andrzeja Dudy (13 tys.) i papieża Franciszka (12 tys.).

To tłumaczy, czemu z analiz obserwujących konta Trzaskowskiego czy Jakiego wynika, że bardzo dużo jest wśród nich kont nieaktywnych – to właśnie m.in. nieaktywne boty podnoszą ów wskaźnik.

aplikacje_TT_Jaki

 

aplikacje_TT_trzaskowski

Analizy ich profili wykazują, że obaj politycy mają dziś ok. 9 proc. (lub wg analizy innej aplikacji – 12-16 proc.)  rzeczywiście aktywnych użytkowników wśród tych, którzy ich obserwują.  To i tak tysiące ludzi – ale jednak stanowią oni mniejszość.

 

Wróćmy do początku tekstu.  Mamy więc 10 tys. cyfrowych żołnierzy, obserwujących na Twitterze liderów opinii publicznej w Polsce. Uśpionych, ale w każdej chwili gotowych do użycia. To zdyscyplinowana i nie potrzebująca jedzenia armia, o której wiemy już, że istnieje, ale nie wiemy, kiedy zaatakuje. Prawdopodobnie podczas samorządowej kampanii wyborczej – dlatego konta Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego są przez boty obserwowane.

Do prawdziwej wojny informacyjnej brakuje nam oficerów, którzy wyznaczać będą kierunki działania. Tzn. pewnie i oni już tu są, dla celów wojennych powinni działać już od dłuższego czasu – tylko nie zdołaliśmy ich jeszcze rozpoznać.  Jeśli weźmiemy pod uwagę doniesienia z innych państw, jeśli zdamy sobie sprawę, że coraz więcej „agencji informacyjnych” świadczy usługę dezinformacji w sieci, nie tylko w polityce, ale też np. w biznesie – ta sytuacja nie powinna nas dziwić. Powinniśmy natomiast być świadomi zagrożenia. I tego, że jako społeczeństwo będziemy celem ataku dezinformacji podczas kampanii wyborczej. Na jak wielką skalę?  Przekonamy się zapewne już po wyborach.

 Kluczowe jest oczywiście pytanie, kto szykuje się do tej informacyjnej wojny w Polsce. Czy to ktoś z wewnątrz? Być może, choć moim zdaniem nie jest to żadne z ugrupowań politycznych – te, owszem, wykorzystują boty na coraz intensywniej, ale nie w taki sposób, jak tu opisałam. Musiałby to być ktoś spoza obecnych aktorów sceny politycznej. Albo – ktoś z zewnątrz. Inne państwa po kampaniach, dzięki współpracy z właścicielami Twittera i Facebooka, uzyskały informacje, że za atakami w ich przestrzeni sieciowej stały rosyjskie fabryki trolli. Czy tak jest też u nas? Nie wiem. Nie ma dziś na to dowodów, przynajmniej wśród informacji ogólnie dostępnych. Nie wiemy, kto szykuje się do dezinformowania Polaków na masową skalę. Ale że to robi – jest pewne.

 

Korzystałam z danych uzyskanych z: Sotrender, Twitonomy, FakersApp.

Polityk agresywny jak… Adrian Zandberg?!

„Złodziejstwo; wyśmienicie opłacani medialni aparatczycy; szczucie; moralne dno; pieczeniarze; złodzieje w garniturach; rozdają pieniądze kolesiowskim spółkom; banda cwaniaczków, którzy tylko kombinują, jak się nachapać, działają w stylu uśmiechniętego gangstera” – wiecie, który polski polityk tam mówi?  Nie, tym razem nie cytuję ani posłów Kukiz`15, ani posła Jakiego, ani Krystyny Pawłowicz  (choć przyznaję, oni posługują się bardzo podobnymi sformułowaniami). To Adrian Zandberg. Cytaty pochodzą z jego postów na Facebooku – tych, które cieszyły się największą popularnością.

Przyznaję – długo żyłam w nieświadomości. Adrian Zandberg, lider partii „Razem”, jako polityk kojarzył mi się z człowiekiem umiaru i pewnej powściągliwości, wrażliwym na krzywdę innych, społecznikiem o bardzo lewicowych poglądach. I mimo że się nie zgadzałam ze znaczącą częścią jego spojrzenia na świat, szanowałam jego wrażliwość. Aż nagle postanowiłam przeanalizować jego przekaz na Facebooku – tak jak to zrobiłam z politykami wszystkich innych partii. I… zamarłam ze zdziwienia.

zand10

Przypomnę wyniki moich poprzednich analiz, bo będę się do nich odwoływać: okazało się, że najbardziej agresywnym językiem w przestrzeni publicznej operują posłowie Kukiz`15 i kilku polityków PiS. Ich przekaz opiera się przede wszystkim na atakowaniu innych, budowaniu „wspólnego wroga” (którym są wszyscy nienależący do ich grupy). Niewiele tu pozytywnych propozycji, brak też w social media informacji o tym, co posłowie robią poza polityką i wypowiadaniem się w mediach (nieliczne zdjęcia Pawła Kukiza z wakacji to wyjątki w tej grupie).  Politycy PiS – prawdopodobnie z racji pełnionych funkcji – posługują się dziś językiem bardzo oficjalnym – także w mediach społecznościowych. Politycy opozycji (PO, Nowoczesna, PSL) zaś pokazują w social media swoją działalność polityczna, ale wplatają też elementy życia prywatnego (rodzina, aktywność fizyczna, hobby, zwierzęta domowe, wakacje, czasem nawet przepisy kulinarne). Rzadziej atakują, używają znacznie mniej agresywnego języka.

Jak na tym tle wypada Adrian Zandberg? Analizowałam jego wpisy na oficjalnym fanpage`u na FB, zgodnie z zasadami przyjętymi przeze mnie podczas wcześniejszych badań:  brałam pod uwagę posty z ostatnich trzech miesięcy (sierpień – październik 2017) i tylko te, które cieszyły się największą popularnością, tj. osiągnęły ponad 1 tys. reakcji. Oczywiście, aby mówić o pełnym przekazie, czytałam wszystkie posty zamieszczonego przez niego na FB. Wnioski wbiły mnie w fotel.

zand6

Adrian Zandberg – wnioski:

1. Gdybym mogła obstawiać, uznałabym, że profil posła Adama Andruszkiewicza, najagresywniejszego językowo posła Kukiz`15, i profil Adriana Zandberga prowadzi ten sam admin. Podobieństwa są zadziwiające! Podobny sposób kreowania wizerunku, podobny język. Różnią ich infografiki, którymi partia Razem posługuje się często, a Kukiz`15 – bardzo rzadko. I tyle. Ci dwaj politycy mówią w bardzo podobny sposób – tyle że oczywiście ich oceny mają przeciwny wektor, bo stoją dokładnie po przeciwnych stronach polskiej sceny politycznej. Czyli kiedy Andruszkiewicz pisze o złodziejach, ma najczęściej na myśli Platformę Obywatelską i PSL. Kiedy o złodziejach pisze Zandberg, ma zazwyczaj na myśli Prawo i Sprawiedliwość. Ale obaj potrafią pisać równie źle o wszystkich (poza ich własnym ugrupowaniem). Zandberg o Ryszardzie Petru : „nienachalny intelekt wodza .N”, o Platformie: działa „w stylu uśmiechniętego gangstera”. Andruszkiewicz, jeśli trzeba, równie negatywnie napisze o PiS-e.

zand9

2. W czym przejawia się agresja Zandberga? Tak samo jak u posłów Kukiz`15, w języku. Kilka przykładów już poddałam, służę kolejnymi. To w postach Adriana Zandberga – tych najpopularniejszych, a więc podobających się jego odbiorcom – możemy przeczytać takie frazy: „gęby pełne prawa i sprawiedliwości, a kiedy nikt nie patrzy, wyciągacie miliony złotych z państwowych firm”, „ żałośni geszefciarze”, „ordynarny skok na publiczną kasę”, „ich tradycja to nie AK, raczej szmalcownicy i kolaboranci gestapo”, „państwowy majątek jak koryto”, „skorumpowana elita”, „bezczelne nadużycie”, „złodzieje w garniturach”, „banda cwaniaczków, którzy kombinują, jak się nachapać kosztem państwa”.
Od razu służę – dla porównania – cytatami z postów posłów Kukiz`15: „pasożyty, donosiciele, obłudnicy, zdrajcy, bojówkarze, cwaniacy, kłamcy, karierowicze i aferzyści, którzy knują, robią chlew, marzą o korycie,  dzielą Polskę, straszą, pajacują, rozkradają majątek, zawłaszczają w bolszewicki sposób i „zachowują się jakby oszalali”. Tutaj słów obraźliwych jest trochę więcej niż u Zandberga, Zandberg za to częściej używa słów świadczących o wyższym wykształceniu (obraża bardziej „intelektualnie”), ale określenia mają identyczny ładunek emocjonalny. Część się powtarza.

Czy któraś ze stron ma rację w swoich opiniach? Zapewne przyznasz rację tej stronie, do której Ci bliżej politycznie. Ale chcąc wyrobić sobie pogląd o polityce na podstawie postów tych właśnie polskich polityków, można by dojść do wniosków, że z której strony nie spojrzeć, wszyscy są złodziejami, aferzystami i geszefciarzami oraz cwaniaczkami marzącymi o korycie. Jak żyć???

Znasz jakiegoś polityka osobiście? Ja poznałam wielu, z różnych partii. Byłam dziennikarką polityczną, potem pracowałam w biurze poselskim. Parlamentarzyści to zazwyczaj normalni ludzie – jedni sympatyczni, inni mniej, jeszcze inni w ogóle, ale tak jak Jarosław Kaczyński podczas wywiadu zrobił na mnie wrażenie swoją intelektualną sprawnością (lata temu, przyznaję), tak samo Grzegorz Schetyna oraz Włodzimierz Cimoszewicz ujęli mnie swoją konkretnością. Nie spotkałam też wśród polityków zbyt wielu geszefciarzy, o złodziejach nie wspominając.

To ciekawe, że politycy budujący skrzydła polskiej sceny politycznej (Kukiz`15 i partia „Razem”) budują obraz polityków(czyli grupy społecznej, do której sami należą!)  jako najgorszych ludzi na świecie. To uderza nie tylko w ich politycznych przeciwników, ale też w nich samych! Przeciętny odbiorca uogólnia te stwierdzenia i nie dzieli polityków na złych i dobrych, tylko wszystkim doczepia etykietkę złodziei i pazernych cwaniaków.  Adrian Zandberg i poseł Andruszkiewicz używając tak agresywnego języka szkodzą więc sami sobie – wydaje się jednak, że tego nie dostrzegają.

3. Przekaz Zandberga i polityków Kukiz`15 jest do siebie podobny także przez sposób dobierania prezentowanych treści. Tak jak u Andruszkiewicza, Tyszki czy Jakubiaka, tak samo i u Zandberga z jego fanpage`a nie dowiemy się niczego poza tym, jaki ma pogląd na konkretne tematy polityczne. W ciągu ostatnich trzech miesięcy lider partii „Razem” nie zamieścił ani jednego zdjęcia innego niż stricte polityczne. Nie znajdziemy tam zdjęć z rodziną czy przyjaciółmi, fotografii z wakacji czy jakichkolwiek dowodów na życie inne niż polityczne. Mało jest też informacji o spotkaniach z ludźmi, rozmowach itp. Czytając fanpage Zandberga nie dowiemy się też o nim nic jako o człowieku (poza jego poglądami politycznymi).  Są tam bowiem zamieszczane głównie linki do jego wystąpień medialnych, w tym do felietonów w „Super Expresie”, oraz komentarze do bieżących wydarzeń. Tak samo prowadzą fanpage`e posłowie Kukiz`15 i wielu z PiS – zupełnie inaczej politycy z PO i Nowoczesnej, o czym wspominałam wcześniej.

Oczywiście zaznaczam, że mam na myśli najpopularniejszych polityków każdego ugrupowania – prowadząc analizy skupiałam się na tych o najwyższej liczbie fanów na FB.

4. Co różni Adriana Zandberga od posłów Kukiz`15, poza odwrotnym wektorem wygłaszanych ocen? Otóż Zandberg częściej przedstawia na fapage`u informacje pozytywne, głównie programowe propozycje partii „Razem”. Ma też więcej postów, w których nie używa języka agresji. Co istotne jednak – tego typu posty cieszą się znacznie mniejszym zainteresowaniem niż te agresywne i bardzo krytyczne. Pojawia się więc pytanie, czy Zandberg używa coraz bardziej agresywnego języka, bo to przynosi mu korzyść w postaci większej liczby lajków, wtedy byłby to świadomy zabieg wizerunkowy – czy też jest to normalny dla niego sposób komunikowania się, a lajki są tylko wartością dodaną?

Nie znam odpowiedzi. Wiem natomiast że „skrzydłowi” polskiej sceny politycznej są w zaskakujący sposób do siebie podobni, choć jednocześnie światopoglądowo różnią się wszystkim. Oba skrzydła budują swój najpopularniejszy przekaz na językowej agresji, a tym samym tworzą sobie i swoim fanom świat pełen wrogów, w którym są tylko dwie czarno-białe grupy: ONI – czyli wrogowie, źli politycy, oraz MY – czyli dobrzy politycy, inni niż reszta. A kto nie jest z nami, jest – jak wiadomo od lat – przeciwko nam.