Wielka zmiana w komunikacji, czyli: komu ufają Polacy?

Komu ufają Polacy? Nikomu. Albo prawie nikomu. Z jednym wyjątkiem – w internecie wierzymy we wszystko i (prawie) wszystkim.

Ukazały się właśnie wyniki bardzo ważnych badań dla tych, którzy pracują w przestrzeni komunikacji i PR-u – agencja Lighthouse zaprezentowała wyniki globalnego badania Edelman Trust Barometer* (ETB), które od prawie 20 lat mierzy poziom zaufania społeczeństw do różnego rodzaju instytucji. Z tegorocznego badania wynika kilka bardzo istotnych kwestii.

Po pierwsze – jesteśmy jednym z najbardziej nieufnych narodów w Europie (mniej ufni od nas są tylko Rosjanie).

Po drugie –  spada zaufanie Polaków do mediów tradycyjnych, rośnie – do mediów internetowych, w tym do social media.  Wielu z nas wręcz bezkrytycznie wierzy w to, co znajdzie w internecie, natomiast  bardzo krytycznie ocenia informacje podawane przez media tradycyjne.

Po trzecie – powszechne autorytety przestają mieć znaczenie. Nie wierzymy już w opinię wypowiedzianą przez kogoś powszechnie znanego i cenionego. Bardziej ufamy sąsiadom, znajomym i przyjaciołom niż autorytetom.

Po czwarte – żyjemy we własnych bańkach informacyjnych, czyli nie mamy dostępu do informacji spoza naszej codziennej strefy kontaktów. Lubimy to, co lubią nasi znajomi, popieramy to, co oni.  Jak mówi Przemysław Mitraszewski, partner w Lighthouse (cytuję za portalem www.publicrelations.pl):  „Prawie połowa Polaków nie słucha ludzi i organizacji, z których poglądami się nie zgadza, co więcej – 4,5 razy chętniej pomija informacje, które nie są spójne z ich wizją rzeczywistości, a 3/5 obywateli jest skłonnych zagłosować na polityka, który kłamie. Ta sytuacja pokazuje, że naprawdę coś się zmieniło. I nikt, kto zajmuje się komunikacją, nie powinien bagatelizować tej zmiany.”

Analizę raportu i więcej informacji o danych dotyczących Polaków znajdziecie tutaj:  http://publicrelations.pl/polacy-jednym-z-najbardziej-nieufnych-narodow-na-swiecie-polska-edycja-badania-edelman-trust-barometer-2017/

Sam raport dostępny jest tutaj: http://www.edelman.com/global-results/

Ja natomiast chcę się skupić na wnioskach, jakie wynikają z tego badania. Co te wyniki mówią o zmianie w sposobach skutecznego budowania komunikacji w Polsce?

Przede wszystkim – potwierdzają tezę, że dziś najlepszym marketingowym narzędziem komunikacji jest internet, w tym media społecznościowe. Budowanie społeczności na Facebooku,  wspieranie marki przez kontakty z blogerami, nawiązywanie współpracy z influencerami działającymi w sieci – to podstawa w dotarciu do Polaków, niezależnie od tego, czy zajmujesz się marką biznesową, instytucjonalną czy osobistą.

Jak można przeczytać w podsumowaniu raportu, autorytety się demokratyzują – to znaczy, że demokratyzuje się także internet.  Już dziś dla Twoich klientów największe znaczenie ma to, co powie o Twojej marce sąsiad, przyjaciółka, znajomy z pracy. Kiedy chcesz zatrudnić pracownika, Ty wyszukujesz go w necie – a on szuka informacji u Twoich pracowników, byłych i obecnych. To ich opinia będzie decydująca: czy przyjść na rozmowę o pracę, czy sobie darować; czy zagłosować na tego polityka, czy zapomnieć o jego istnieniu; czy kupić Twój produkt, czy wyrzucić jego nazwę z pamięci.

To oznacza, że głównymi zadaniami specjalistów od komunikacji i marketingowców już są i będą w przyszłości:

– dotarcie do jak najbardziej spersonalizowanego odbiorcy (tu się kłania Big Data),

– budowanie jak najlepszych relacji w sieci z dotychczasowymi klientami oraz osobami zainteresowanymi marką.

Strategicznym błędem marketingowym będzie traktowanie social media jako „tablicy ogłoszeniowej” marki. Nie wystarczy już pochwalić się nowym produktem, wrzucić ładne zdjęcie, poinformować o nowym projekcie czy zamieścić spot. Aby odbiorca czuł się „dopieszczony”, marka będzie musiała wejść z nim w interakcję. A więc: odpowiedzi na komentarze, reagowanie na wiadomości, konkursy, szybkie reagowanie w sytuacjach kryzysowych, monitoring mediów internetowych, by praktycznie w czasie bieżącym odnajdywać klientów, których potrzeby może zaspokoić nasz produkt.  Im bardziej interaktywna będzie marka, tym większą ma szansę na zbudowanie pozytywnego wizerunku wśród użytkowników social media.

Dużą zmianą w przestrzeni wartości jest  funkcjonowanie odbiorców w zamkniętych bańkach informacyjnych, co powoduje odrzucanie przez nich informacji, które nie są spójne z ich wizją rzeczywistości, a także odrzucanie ludzi o innych poglądach.  O bańkach informacyjnych możesz przeczytać tutaj: https://mierzynskamarketing.wordpress.com/2017/01/15/czy-wiesz-ze-zyjesz-w-bance

Jednocześnie okazuje się, że Polacy chyba po raz pierwszy przyznają, że są skłonni zagłosować na polityka, który kłamie. Skąd ta zmiana? Otóż prawda przestała być wartością bezwzględną. Skoro mamy tak niski poziom zaufania, zakładamy prawdopodobnie, że wszyscy kłamią. Skoro wszyscy kłamią, nie ma co oczekiwać prawdy od firmy/polityka/instytucji/organizacji. Nie potrafię powiedzieć, czego w takim razie od nich oczekujemy, ale dziś wiadomo, że na pewno nie prawdy.

Przypuszczam, że jawne i publiczne przyłapanie na kłamstwie nadal będzie miało poważne konsekwencje. Zapewne istotne będzie również to, czego to kłamstwo będzie dotyczyć – uważam, że jeśli uderzy w wartości najważniejsze, do których z pewnością należy dziś w Polsce poczucie bezpieczeństwa najbliższych – kłamstwo zdyskredytuje markę ostatecznie.

Mniej znaczące kłamstwa nie niszczą już jednak związków Polaków z daną marką. Stąd zalew fejknewsów w mediach, których ujawnienie nie wywołuje oburzenia wśród odbiorców. To zmienia zarówno świat reklamy biznesowej, jak i  sposoby budowania personal branding. Bo nagle okazuje się, że można podkoloryzować. Można puścić oczko do odbiorcy – a ten się nie oburzy, tylko zaakceptuje (bo wszyscy tak robią).

Wśród polityków być może także w Polsce przyjmie się metoda prezydenta USA Donalda Trumpa z czasów jego kampanii prezydenckiej: wygłaszał on często poglądy sprzeczne ze sobą. A gdy dziennikarze wytykali mu te sprzeczność i dopytywali, jak jest naprawdę, Trump po prostu ignorował pytania. Zwyczajnie nie udzielał odpowiedzi. I robił swoje. I wygrał.

Jedno jest pewne – w przestrzeni komunikacji, PR-u i wizerunku trwa proces wielkich zmian. Niekoniecznie na lepsze. To proces nie do zatrzymania. Jedyne co mogą robić marketingowcy i PR-owcy, to być ze zmianami na bieżąco i starać się do nich dopasować albo je wykorzystać. To jazda bez trzymanki i po bandzie – ale innego wyjścia chyba nie ma.

 

 

Żółta pani premier – czyli u kobiet wciąż liczy się wygląd

Co powiedziała pani premier Beata Szydło na temat podpisania Deklaracji Rzymskiej podczas ostatniego unijnego szczytu? Nie wiadomo. A jak była ubrana? O, to wie cała Polska! Żółta marynarka i żółta bluzka, w intensywnym, kanarkowym kolorze, oczywiście z broszką w klapie – ten strój zelektryzował rzesze zainteresowanych polityką w Polsce. Liczba komentarzy i memów, jaki pojawiły się w sobotę w polskich mediach społecznościowych, budzi podziw.

Czy premier Szydło popełniła błąd, ubierając się w ten sposób? Hm. To nie jest wcale oczywiste.  Skąd więc tyle nieprzychylnych komentarzy na ten temat?

Po pierwsze – u kobiet nadal w pierwszym rzędzie ocenie podlega wygląd.  Tak jest w przypadku nauczycielki w szkole, sekretarki w gabinecie prezesa, i w przypadku kobiet polityków (polityczek). W tym zakresie mamy pełną demokrację – u kobiety zawsze najważniejszy jest wygląd, a kompetencje  schodzą na dalszy plan – i każda kobieta powinna mieć tego świadomość. Dlatego, jeśli w przestrzeni zawodowej kobieta chce być oceniana na podstawie tego, co robi i mówi, jest strój powinien być w miarę neutralny. Oczywiście, można sobie pozwolić na bardziej wyraziste dodatki, buty, torebki – ale in wyższe stanowisko zajmuje kobieta, tym niestety bardziej powinna wytonować swój wygląd – bo stojąc wysoko jest oceniana przez wiele osób, a jej wygląd jest pierwszym, co zauważamy.  Chyba że ma już bardzo wysoką wypracowaną pozycję – wtedy może sobie pozwolić na pewne odstępstwa od reguł, ale tylko wtedy.

Dlaczego tak? Bo kiedy wygląd kobiety aktywnej zawodowo zdominuje jej wizerunek, nikt nie zwraca uwagi ani na jej słowa, ani na umiejętności, ani na działania. I dokładnie tak się stało w przypadku premier Beaty Szydło podczas unijnego szczytu w Rzymie.

Intensywny żółty to nie jest kolor oficjalny, kolor dyplomatów czy polityków.  Mężczyźni nie pojawiają się na oficjalnych spotkaniach w żółtych garniturach. Ani w czerwonych, fioletowych czy zielonych. Standardem jest granat, ciemny szary, grafit, a na wieczór – czerń. Kobiety, chcąc nie chcąc, w tej wciąż zdominowanej przez mężczyzn przestrzeni politycznej, dopasowują się do narzucanych reguł. Jeśli tego nie zrobią, ich ubranie stanie się głównym tematem komentarzy i skutecznie utrudni udział w merytorycznej dyskusji.

Czy kobiety muszą się dopasowywać do męskich reguł? Kiedy mają mocna pozycję, mogą pozwolić sobie na granie kolorem – pod warunkiem, że zrobią to w przestrzeni, w której są silne, a nie tam, gdzie jadą na gościnne występy. Kiedy uważana za jedną z najbardziej wpływowych polityków dzisiejszej Europy Angela Merkel nakłada czerwony żakiet, podkreśla swoją dominującą pozycję. Jednocześnie daje do zrozumienia: uważaj, nie podchodź za blisko, nie zawaham się zareagować. Kiedy Merkel nakłada marynarkę w innym kolorze (a nosi również żółte 😉 ), jej wysoka pozycja w świecie polityki sprawia, że kolor żakietu nie ma znaczenia. Dodatkowo przy tak intensywnych barwach marynarek Merkel tonuje zestawienie białą lub ciemną bluzką/koszulą, kolor nie rzuca się więc tak w oczy.

Premier Szydło postawiła na bardzo intensywny odcień żółtego i w przypadku marynarki, i bluzki. Wszystko wskazuje na to, że chciała się wyróżnić. Rzeczywiście chciała być zauważona, być może dlatego, by przeciwdziałać jakiemuś pomijaniu przez innych polityków europejskich? Być może był to świadomy zabieg z jej strony (i jej doradców). Jednak gdy na tak ważne oficjalne wydarzenie jedzie się po to, by być zauważonym – trzeba nie tylko ubrać się na żółto, ale też mieć równie intensywny plan działania, a na dodatek – trzeba ten plan zrealizować. Nie wiem, czy w tym przypadku taki plan był – znamy tylko efekty. A te są kiepskie. Opinia publiczna w Polsce uznała, że pani premier nic nie osiągnęła w Rzymie, a po to, żeby w ogóle ktoś ją zauważył, ubrała się na żółto. Komentarzom, memom, porównaniom – nie ma końca. Gdyby pani premier ubrała się na żółto na jakieś wydarzenie w Polsce, podczas którego grałaby główne skrzypce – uwag do jej wyglądu by nie było. Ale ubrała się w  ten sposób podczas spotkania na poziomie europejskim, a to akurat nie jest przestrzeń, w której premier Szydło może ostatnio pochwalić się osiągnięciami.  I w tym zakresie było to błąd wizerunkowy.

Jest też drugi aspekt całej sprawy. Wydaje się, że premier Szydło bardzo szybko, niebezpiecznie dla samej siebie i swojej formacji politycznej, zmierza w kierunku uznania przez Polaków, że jest ona politykiem przynoszącym wstyd. Taka opinia nie  jest dziś popularna wśród jej wyborców – w social media bardzo wielu internautów broniło żółtego stroju pani premier.  Ale wydaje się, że poszerza się grono Polaków, dla których prawie wszystko, co zrobi Beata Szydło, jest – mówiąc językiem sieci – obciachem.  Ten syndrom „obciachowego polityka” poznało wielu polityków przed nią, jednym z nich był prezydent Bronisław Komorowski podczas swojej drugiej kampanii prezydenckiej – przegranej. Moim zdaniem kampania była przegrana między innymi właśnie z powodu pojawienia się tego syndromu. Sprawia on bowiem, że praktycznie każde zachowanie polityka oceniane jest w kategoriach wstydu.  Obarczony syndromem polityk nie może liczyć nawet na cień życzliwości czy serdeczności, wystawiony jest non stop na wyjątkowo krytyczną ocenę. Jeśli zachowa się w sposób neutralny – krytyka na chwilę cichnie. Ale jeśli tylko zrobi coś niestandardowego – opinia publiczna natychmiast uznaje go za obciachowego. A Polacy potrafią wybaczyć politykowi wiele, ale nie to, że przynosi im obciach.

O syndromie wstydu w polityce przeczytaj szerzej tutaj: https://mierzynskamarketing.wordpress.com/2017/03/19/czego-polacy-nie-wybaczaja-politykom/

Na miejscu pani premier i jej doradców nie lekceważyłabym ani syndromu wstydu, którym Beata Szydło jest dotknięta wobec coraz szerszego grona wyborców, ani jej wyglądu. Umiar i neutralność to rada, która sprawdza się wobec każdej aktywnej zawodowo kobiety.  Na niewłaściwym sposobie ubierania się poległa już Magdalena Ogórek, kandydatka na Prezydenta RP (chodziło o jej sukienkę przypominającą koszulkę nocną),  w każdej kadencji znajdziemy w mediach materiały analizujące sposoby ubierania się posłanek (w tej kadencji za jedną z najbardziej „niedopasowanych” do Sejmu uznano posłankę Bernadettę Krynicką, wcześniej długo ten tytuł dzierżyła posłanka Joanna Seneszyn). Na złamanie zasad oficjalnego dress codu można sobie pozwalać, mając wysoką, silną pozycję – zarówno w polityce, jak i w banku, urzędzie czy korporacji. W czasie budowania tej pozycji – szokując wyglądem można sobie wyłącznie zaszkodzić.

Czego Polacy nie wybaczą politykom?

Polacy są narodem wybaczającym. Potrafią darować swoim politycznym przedstawicielom: pijaństwo, gwałt, romanse na boku, lenistwo, rażący brak wiedzy i kompetencji, wulgaryzmy, pychę, korupcję, wywyższanie się, brak kultury osobistej. Ale jednego nie wybaczają nigdy: kiedy muszą się za polityka wstydzić. To właśnie wstyd jest emocją, od której jako obywatele uciekamy i z którą nie chcemy mieć nic wspólnego. Nie chcemy się wstydzić za siebie – a już tym bardziej nie chcemy się wstydzić za tego, którego wybraliśmy.

A kiedy się za niego wstydzimy? Być może odpowiedź właśnie na to pytanie jest najbardziej charakterystyczna dla Polaków. Otóż wstyd za polityka odczuwamy wtedy, gdy wszyscy dookoła mówią, że to, co zrobił ów polityk, jest wstydliwe (albo po prostu – obciachowe). Najważniejsze, gdy mówią o tym media, zwłaszcza media zagraniczne. Oraz gdy mówią o tym ludzie, z których opinią się liczymy.

Czyli: wstydzimy się za polityka nie wtedy, gdy zrobił coś złego lub głupiego, ale gdy nasze otoczenie uważa to za wstydliwe. Ta zasada działa też w drugą stronę – polityk mógł nie zrobić nic złego czy głupiego, mógł w ogóle nic nie zrobić, ale jeśli otoczenie zaczyna mówić o nim, że jest „obciachowy”, natychmiast odcinamy się od popierania obciachu.

Dokładnie w tym momencie polityk  traci poparcie – i przegrywa w najbliższych wyborach.

Przykładów na poparcie tej tezy jest aż nadto. Ale zanim przykłady, zajmijmy się samym wstydem. Wstyd to wg Słownika Języka Polskiego PWN: „przykre uczucie spowodowane świadomością niewłaściwego postępowania, niewłaściwych słów itp., zwykle połączone z lękiem przed utratą dobrej opinii.” Psychologowie rozszerzają tę definicję. Patricia i Ronald Potter-Efronowie w książce „Letting go of shame. Understanding how shame affects your life.” twierdzą, że wstyd to „bolesne przeświadczenie o własnej zasadniczej ułomności jako istoty ludzkiej. A osoba owładnięta wstydem czuje, że jako człowiek ma jakiś zasadniczy brak, defekt czy upośledzenie.” Już J.J. Rousseau pisał: „Nie to najciężej wyznać, co w nas jest zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne.”

Nie chcemy czuć wstydu – i już. Jest gorszy niż złość, smutek czy nienawiść. Stosujemy rozmaite mechanizmy obronne, by go nie czuć: zaprzeczamy, że jest; zaczynamy unikać ludzi i miejsc, które przypominają nam o wstydliwych sytuacjach. Zamieniamy wstyd w złość. Albo też wywyższamy siebie, a poniżamy innych – dzięki temu natychmiast wraca nam dobre samopoczucie.

O mechanizmach obronnych wobec wstydu świetnie pisze Anna Dodziuk: http://www.prometea.pl/index.php?list=go&idx=65

Ponieważ wstyd to tak trudne do zniesienia uczucie, polityk dostaje od swego wyborcy podstawowe zadanie: nie przynieś mi wstydu. To oczekiwanie ważniejsze od działania na rzecz kraju, miasta czy regionu, pomagania potrzebującym, tworzenia dobrego prawa etc. Wyborca oczekuje i żąda, by przez cztery lata nie musiał się wstydzić wyznając kolegom/koleżankom, na kogo głosował. Bo najgorszym obciachem w obywatelskiej Polsce jest głosować na obciachowego polityka. Koniec i kropka.

Problem w spełnieniu tego oczekiwania polega na tym, że polityk przynosi wstyd wtedy, gdy otoczenie uzna, że go przynosi – niezależnie od tego, czy rzeczywiście zrobił coś złego lub głupiego, czy też przytrafił mu się jakiś drobny, zupełnie ludzki błąd (niewstydliwy). Dla wyrobienia opinii istotne jest, czy polityk dał się na swoim błędzie złapać oraz jak na to zareagował – no i jak to zinterpretowały masowe media (do których dziś należy zaliczyć także portale społecznościowe). Jeśli dał się złapać, a na dodatek się tego wypiera – przegrał. Wywołuje obciach i zapłaci za to podczas najbliższych wyborów. Wielu polityków w Polsce doświadczyło tego na własnej skórze.

Oto najbardziej wyraziste przykłady:

1.Ryszard Petru, lider Nowoczesnej. Zrobiono mu zdjęcia, jak podczas kryzysu parlamentarnego w grudniu 2016 roku, gdy członkowie jego partii protestowali w Sejmie okupując salę sejmową, poleciał samolotem na Maderę razem z jedną z posłanek. Na zdjęciach wyglądali na zaprzyjaźnionych.

Czego wstydzili się wyborcy .N? Oficjalnie tego, że Petru złamał zasadę solidarności i w tak trudnej sytuacji zostawił swoich ludzi samych. Nieoficjalnie – prawdopodobnego romansu z posłanką. I tu znowu: nie sam romans był powodem do wstydu, ale fakt, że Ryszard Petru dał się na nim przyłapać. Z analizy opinii na ten temat, które ukazywały się wówczas na portalach społecznościowych, wynika właśnie to – romans nie wzburzył wyborców tak bardzo, jak fakt przyłapania na nim. Co więcej – nie miało znaczenia, że i Ryszard Petru, i posłanka zaprzeczyli swoim bliskim kontaktom, ani też to, że oboje natychmiast po wylądowaniu na Maderze wsiedli w samolot powrotny do Polski. Opinia publiczna już ich oceniła.

Efekt? Wyraźne spadki w poparciu dla .Nowoczesnej, jeszcze większe – dla jej lidera. Na pewno nie tylko z powodu wyjazdu na Maderę, ale największe spadki odnotowano właśnie po nagłośnieniu tego wydarzenia.

2. Jacek Protasiewicz, wówczas wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego i członek Platformy Obywatelskiej. Niemiecki tabloid zamieścił artykuł o tym, jak to (wg dziennikarzy) pijany europoseł na lotnisku we Frankfurcie krzyczał do obsługi lotniska „Heil Hitler”. „Bild” opisał sytuację na swojej stronie internetowej. Według tabloidu, Protasiewicz był pijany, krzyczał „Heil Hitler” i awanturował się z obsługą lotniska. Do tego, według „Bilda”, polski polityk zabrał innemu pasażerowi wózek na bagaże, słaniał się na nogach i jednocześnie był agresywny. Był to spory skandal europejski, bo Protasiewicz był wówczas wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Europoseł twierdził jednak, że było zupełnie inaczej. Przedstawiał swoją wersję wydarzeń, wskazywał na agresję obsługi lotniska – nic to nie dało. Opinia publiczna już uznała go za obciachowego, bo jednym z największych powodów „obciachu” jest napiętnowanie polskiego polityka w mediach zagranicznych.

3. Karol Karski – w 2008 r. jako europoseł PiS pojechał na Cypr na spotkanie Rady Europy. A tam podobno razem z kolegą wsiadł wieczorem do wózka golfowego. Przejażdżka melexem nie tylko odbiła się na stanie hotelu i jego otoczenia, ale też zakończyła się zatopieniem wózka w morzu. Podobno – bo zdjęć nie było. Ale media napisały. Wstyd na całą Polskę… A nawet Europę. Na nic wyjaśnienia głównego bohatera – wstyd był i już. Karol Karski zniknął potem na jakiś czas z polityki, po czym wrócił i udowodnił, że po kilku latach wstyd się zmniejsza, a wyborcy jednak wybaczają – w 2014 roku został ponownie wybrany eurodeputowanym. Ale zauważcie – stało się to dopiero po 6 latach od „akcji meleksowej”.

4. Jacek Saryusz-Wolski – to przykład najnowszy. I przykład na ambiwalencję poczucia wstydu: jedni się Saryusza-Wolskiego dziś bardzo wstydzą, inni widzą w nim wojownika o słuszne sprawy, który wziął na siebie wielką odpowiedzialność. Jacek Sarusz-Wolski, dotychczas eurodeputowany z PO, w marcu 2017 r. został oficjalnym kandydatem polskiego rządu na przewodniczącego Rady Europejskiej – jako konkurent wobec Donalda Tuska. A że rząd polski dziś tworzy PiS, a Donald Tusk to wieloletni lider PO – jedna część Polaków uznała to za zdradę, druga – za bohaterstwo. Oczywiście podobnie ambiwalentnie wypowiadały się na ten temat media. Na dodatek Jacek Saryusz-Wolski w tym czasie zaczął komunikować się z mediami w sposób nietypowy, czyli wyłącznie przez Twittera (niemożliwa była żadna rozmowa bezpośrednia), zaś komunikatami na Twitterze podważał dotychczasowy dorobek europejski Platformy, czyli tym samym – także swój własny, jako że był jednym z czołowych eurodeputowanych tej partii.

Poczuciu wstydu dali wyraz jego wyborcy, na ścianie jego biura poselskiego wieszając kalosz ze słomą i obraźliwy napis. A właśnie głos wyborców jest tu najistotniejszy – to ich opinia ma dla polityka największe znaczenie. Jeśli wyborcy uznają swego wybrańca za obciachowego – ten przegrywa. Na Jacka Saryusza-Wolskiego dziś nie ma kto głosować – żeby pozostać w polityce, będzie musiał do kolejnych wyborów pozyskać nowych wyborców, na dotychczasowych nie ma co liczyć – dla nich bowiem nie wywiązał się z podstawowego zadania, bo przyniósł im wstyd.

5. Bronisław Komorowski – jego przykład z czasów drugiej kampanii prezydenckiej to prawdziwa epopeja o wstydzie, manipulowaniu opinią publiczną i budowaniu czarnego PR-u (skutecznego, trzeba to przyznać). Można by o tym napisać książkę, analizując kolejne wskazywane przez media – ale najpierw przez obóz jego politycznych konkurentów – gafy prezydenta Komorowskiego. Za gafy i wpadki w tym czasie uchodziły nawet pojedyncze słowa, wypowiedziane np. podczas zagranicznej (znowu!) wizyty, drobne gesty, przejęzyczenia podczas publicznych wieców – perfekcyjnie „wydłubywane” z nagrań przez polityczną konkurencję.

Jeśli przypomnimy sobie, że za gigantyczną gafę uchodził fakt, iż polski prezydent podczas nieoficjalnej części wizyty w japońskim parlamencie powiedział do towarzyszącego mu gen. Kozieja: „Chodź Shogunie!” – będziemy mieli pojęcie, z jakich detali tworzono obraz „obciachowego Komorowskiego, który przynosi nam, Polakom, wstyd wszędzie, gdzie się tylko pokaże”. Słynne wejście na taboret w tym samym japońskim parlamencie uznano za kompletny brak wychowania – kto wchodzi na stołek nogami podczas oficjalnej wizyty! Na nic zdały się tłumaczenia, że w japońskim parlamencie stoi specjalny, niski taboret, na którym staje każdy mówca przemawiając. Opinia publiczna zdecydowała – to obciach! A my nie chcemy obciachowego prezydenta!

Mniej bezpośrednio i niezbyt jawnie mówiono też o obciachowej pani prezydentowej. Jako że pani prezydentowa ani nie wchodziła na taboret, ani nie mówiła o Shogunie, trudno jej było tę obciachowość jakoś przypiąć, przypięto ją więc do tego, co opinia publiczna wciąż ocenia u kobiet przede wszystkim – do wyglądu. Pani prezydentowa Komorowska nie była szczupłą, młoda kobietą w najmodniejszym obecnie stylu  – ale przecież wyglądała dokładnie tak samo pięć lat wcześniej, gdy Polacy uznali ją za właściwą do pełnienia funkcji Pierwszej Damy. Tym razem jej wygląd był obciachowy, o czym głośno mówiło się zakulisowo, a oficjalnie tylko sugerowało.

I co? I koniec. Uważam, że żadne pomysły kampanijne Bronisława Komorowskiego nie mogły zmienić wyniku wyborów – właśnie dlatego, że został uznany za obciachowego. Czy naprawdę taki był – nie miało żadnego znaczenia. Opinia publiczna zdecydowała. A Polacy nie chcą mieć obciachowego prezydenta.

6. W tym obrazie polskich polityków warto przyjrzeć się nastawieniu Polaków do niektórych polityków PiS-u. Ich sytuacja doskonale pokazuje bowiem, że poczucie wstydu zależy wyłącznie od reakcji otoczenia. Dziś Polska politycznie to dwa spolaryzowane plemiona. Są ci, którzy kochają PiS, i ci, którzy go nienawidzą. To, co robią niektórzy politycy PiS-u, dla „nienawidzących” jest powodem do wstydu głębokiego, codziennego, budzącego bezsilność, a nawet rozpacz. Wstyd budzą ich publiczne wypowiedzi, jest więc to wstyd odczuwany bardzo często. Podczas jednej z ulicznych demonstracji osoba prowadząca protest czytała głośno wypowiedzi polityków PiS (bez żadnych komentarzy), a tłum skandował: „hańba!”, gwizdał, krzyczał i tupał. Rzecz jasna, była to demonstracja „nienawidzących”.

Jednak te same wypowiedzi u członków plemienia „kochającego” PiS nie budzą wstydu – wręcz przeciwnie, są przejawem troski o najważniejsze wartości społeczne i obywatelskie. U tych osób wstyd budzą wypowiedzi polityków opozycji – i na nie także reagują bardzo gwałtownymi emocjami.

Ten układ, niezależnie od problemu głębokiej polaryzacji społeczeństwa, dla samych polityków nie jest groźny: dopóki ich wypowiedzi popierają ich wyborcy, wstyd politycznych przeciwników nie jest żadnym problemem. Wręcz przeciwnie, budzi jeszcze większe zaangażowanie społeczne. Problemem byłaby sytuacja odwrotna, taka, w jakiej znajduje się poseł Jacek Saryusz-Wolski – jego dzisiejsze wypowiedzi popierane są przez jego dotychczasowych przeciwników politycznych, nie identyfikują się zaś z nimi jego wyborcy. Problem poparcia podczas wyborów nabiera więc realnych kształtów. Natomiast politycy PiS nie muszą się tym martwić – ich wypowiedzi są bowiem w zgodzie z oczekiwaniami ich wyborców.

Uważam, że to właśnie poczucie wstydu zdecyduje, kto przegra, a kto wygra następne wybory w Polsce. Kluczem do zwycięstwa będzie zgromadzenie wokół siebie większości zawstydzonej zachowaniem przeciwników. Oczywiście, najistotniejsze będą opinie mediów oraz użytkowników portali społecznościowych.  Kto zdoła zbudować przekonanie w innych, że „konkurenci to obciach” – wygra. Jak to przekonanie zbuduje – to już odrębna historia. Jednak polityczne używanie wstydu to zawsze gra stricte manipulacyjna, niezależnie od tego, kto prowadzi tę rozgrywkę.

Ps. Wg badań dr Brene Brown, która badaniu wstydu poświęciła wiele lat życia, dla mężczyzny największym wstydem jest… porażka. Dlatego często jako społeczeństwo wstydzimy się przegranych. Częściej wstydzą się ich mężczyźni niż kobiety (dla kobiet porażka nie musi wiązać się z poczuciem wstydu).

Tu możesz posłuchać wystąpienia Brene Brown o wstydzie: https://www.ted.com/talks/brene_brown_listening_to_shame?language=pl

Co więc robią przegrani politycy? Chowają się. Przynajmniej na jakiś czas. Możesz to łatwo sprawdzić: przypomnij sobie jakiegoś wielkiego przegranego i sprawdź, przez jaki czas po porażce nie było o nim słychać.

Co ciekawe, w polityce przegranym nie zawsze jest ten, który naprawdę przegrał. Czyli niekoniecznie wstydzić musi się np. kandydat, który poniósł klęskę w wyborach. Poczucie wstydu za jego porażkę może być przerzucone na kogoś innego, np. na jednego z doradców, na szefa sztabu wyborczego, na autora strategii wizerunkowej. Bo przecież kluczowe jest to, kogo wskaże otoczenie – a nie kto naprawdę ponosi odpowiedzialność za klęskę.

Że już nie wspomnę o tym, iż porażka nie jest powodem do wstydu!

Ale cóż – jestem kobietą. 😉

 

Jaki masz typ osobowości? Rozwiąż test!

Dziś trochę zabawy, a trochę poznawania siebie – w relacjach z innymi. 🙂 Zgodnie z zasadą: jak nas widzą (i postrzegają), tak nas piszą. Żeby opinie innych o nas samych nie budziły zdziwienia, warto poznać swój styl komunikowania się, styl pracy, sposób podejmowania decyzji czy stopień otwartości na innych. Taylor Hartman, autor książki „Kod kolorów – typy osobowości zaszyfrowane w kolorach” wyodrębnił cztery podstawowe typy osobowości  i oznaczył je kolorami – czerwony, żółty, niebieski i biały.

Ja jestem czerwono-niebieska. 😉

Rzadko należymy do jednego typu, zazwyczaj jesteśmy mieszanką dwóch, a nawet trzech, ale jednak jeden z nich dominuje i to on głównie determinuje nasze zachowania.

Wielu z nas do wyników testów podchodzi z dystansem, ale test Hartmana to profesjonalne narzędzie coachingowe, stosowane także przez doradców zawodowych, warto więc zwrócić na niego uwagę.

Sprawdź tutaj, do którego typu należysz:  http://www.colorcode.com/free_personality_test/

Tutaj masz test po polsku, ale trzeba zanotować odpowiedzi i policzyć punkty: http://www.oeiizk.edu.pl/wychowawca/debowska/3.pdf

I co, zgadza się?

Przyjrzyj się sobie, ale i tym, z którymi najczęściej współpracujesz. Kiedy zrozumiesz swoje i ich zachowanie, będzie Wam łatwiej razem działać. To ważne zwłaszcza, gdy kierujesz jakimś zespołem. Pamiętam, że gdy pierwszy raz przyjrzałam się temu kolorystycznemu podziałowi, nareszcie zrozumiałam niepojęte do tej pory zachowania moich kolegów i koleżanek.  Przestali mnie irytować, ich inność uznałam za ich normę i przestałam reagować negatywnie. Życie stało się prostsze. 🙂

Test pomaga także zrozumieć samego siebie i nazwać swoje cechy. Dzięki temu łatwiej ocenić, jaki rodzaj pracy będzie dla nas najlepszy, w czym się sprawdzimy, a w jakim zawodzie będziemy czuli się fatalnie.

Oto charakterystyki każdego typu osobowości:

TYP CZERWONY – najbardziej emocjonalny i gorącokrwisty

To człowiek bardzo energiczny. Typowy ekstrawertyk, żyje wśród ludzi i dla ludzi. Jest zorientowany na działanie, żyje akcją, czynem, aktywnością. Łatwo podejmuje decyzje, lubi kontrolować, kierować i rządzić. Liczą się dla niego cele – i oczywiście rezultaty. Rzadko dyskutuje, w czasie rozmowy najczęściej po prostu przedstawia swoje racje. Jest kiepskim słuchaczem – odczuwa natychmiastową potrzebę działania, a nie słuchania. Niecierpliwy, odważny, nie znosi przegrywać. Często wierzy, że emocje w życiu nie mają żadnego znaczenia, bo liczą się czyny i fakty – tymczasem to właśnie emocje są jego słabą stroną. Lubi rywalizację, jest wymagający i krytyczny – zarówno wobec  siebie, jak i innych. Jest bezpośredni, podczas zebrań przejmuje prowadzenie, jednocześnie ma dużą potrzebę niezależności. Typowy aktywny lider. Zdyscyplinowany, konsekwentny, znakomity organizator. Nie znosi podważania jego autorytetu. W konfliktach często doprowadza do konfrontacji – ale w wymiarze zadaniowym, nie personalnym. Chce po prostu natychmiast wyjaśnić sytuację, by dalej działać bez przeszkód.

Nie potrafi docenić ani zrozumieć poglądów i uczuć innych. Nie ma co liczyć u niego na silnie rozwiniętą empatię. Problemy innych go… niecierpliwią.

TYP NIEBIESKI – porządkuje rzeczywistość. Klasyczny analityk.

To introwertyk, którego celem jest głębokie poznanie i zrozumienie otaczającego go świata. Zanim coś zrobi, musi to przemyśleć i szczegółowo przeanalizować. Ma duży dystans do otoczenia, ceni sobie intelekt, logikę, fakty, liczby – i niezależność. Zawsze szczegółowy, precyzyjny, dokładny. Bywa perfekcjonista i szczególarzem. Jeśli coś robi, stara się to robić najlepiej, jak potrafi. Ostrożny, rozważny, formalny. Dużo pyta. Ma doskonałą pamięć – co sprawia też, że długo pamięta urazy. Bardzo krytyczny wobec innych i siebie. Decyzje podejmuje powoli i z namysłem, analizuje, co sprawdziło się w przeszłości. Woli pracować indywidualnie niż w zespole. Jest wspaniałym obserwatorem, źle znosi porażki, boi się impulsywności i emocjonalnych decyzji. Rzadko podejmuje ryzyko. Każdy element sprawy uważa za równie ważny, ma więc problem z ustaleniem priorytetów.

TYP BIAŁY – wszyscy go lubią.

Dla białego najważniejsze są relacje międzyludzkie. Jego celem jest bycie godnym zaufania dla innych – dlatego bardzo wysoko ocenia takie wartości jak  lojalność, życzliwość i zaufanie. Cierpliwy, spokojny, stonowany. Miły i życzliwy dla każdego. Wysoce empatyczny, troskliwy i wspierający. Pełen równowagi, ma duże umiejętności dyplomatyczne – to wszystko sprawia, że jest powszechnie lubiany i ma wielu przyjaciół. Nie lubi podejmować decyzji, podczas zebrań rzadko się odzywa, długo rozważa skutki. Zazwyczaj dostosowuje swoje potrzeby do innych.  Jest znakomitym słuchaczem, natomiast bardzo nie lubi się spieszyć. Nie stawia innym nadmiernych wymagań, nie lubi szybkich zmian. Znakomicie rozwiązuje konflikty, sprawia, że emocje opadają, potrafi doprowadzić do porozumienia. Świetnie pracuje w grupie. Kiedy ktoś wywiera na niego presję, potrafi być uparty i nieugięty. Wtedy zamyka się w sobie i okopuje na swoich pozycjach.

TYP ŻÓŁTY – największy entuzjasta życia.

Ekstrawertyk, lubi ludzi, lubi z nimi być, poznawać ich. Odpoczywa w towarzystwie innych. Pełen życia, entuzjastycznie podchodzi do nowych pomysłów, zmian, nowych sytuacji. Dusza towarzystwa. Ten, wokół którego na imprezie wszyscy się gromadzą. J Spontaniczny, lubi, gdy wokół niego coś się dzieje. Nie cierpi nudy – a ta pojawia się zawsze, gdy za długo panuje spokój. Niecierpliwy, gadatliwy, ekspresywny. Szybko podejmuje decyzje. Otwarty i bezpośredni. Impulsywny, ma problemy z dyscypliną. Osiąga sukcesy na krótkich dystansach, ale na pewno nie należy do długodystansowców. Podejmuje się zbyt wielu zadań w tym samym czasie. Jednocześnie swoim zapałem zaraża innych, a więc świetnie motywuje ludzi. Żyje chwilą, jest powszechnie lubiany.

Odnalazłeś siebie? Może pasują do Ciebie cechy kilku typów? To normalne.  Pogratuluj sobie swoich mocnych stron – jesteś wspaniały/-a! Ale zerknij też na słabsze strony – po to, by zdecydować, czy chcesz je zmienić; by sprawdzić, czy przeszkadzają Ci na co dzień.

I ciesz się z tego, kim jesteś! 🙂

Piszesz w sieci? Pisz bez błędów. Język to Twoje internetowe lustro.

Ostatnio dostałam oficjalną, mailową informację o pewnej imprezie, dość dużej, kilkudniowej. Pierwszy mail od przedstawiciela organizatorów zawierał mnóstwo błędów stylistycznych, trochę ortograficznych. Pomyślałam, że zawinił pośpiech, i nie zwróciłam na błędy większej uwagi. Ale kiedy dostałam informację prasową sformułowaną w podobny sposób, trochę się podłamałam. Bo jeśli ktoś zachęca mnie do wydarzenia o charakterze  „rozwojowym”, a słowa „Podlasie” i „Polska” pisze małymi literami, to zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno jesteśmy na tym samym poziomie rozwoju?

Jeśli zastanawiasz się, jak pisać w internecie, mam dla Ciebie pierwszą wskazówkę – pisz bez rażących błędów. Wielu osobom ta uwaga może się wydawać oczywista, niestety, wcale taka nie jest. Wiadomo, literówka, przeoczenie – to w tekście pisanym może się zdarzyć każdemu, zwłaszcza gdy się spieszymy albo zwyczajnie nie zauważamy drobnych błędów we własnym tekście. Czym innym są jednak rażące błędy – błędy ortograficzne w popularnych słowach,  dziwna składnia czy stylistyka. Dwa razy zastanów się, zanim wyślesz do kogoś swój tekst albo opublikujesz go na swojej stronie internetowej. Przeczytaj go kilkakrotnie. Sprawdź go nie tylko za pomocą słownika programu Word, sprawdź też samodzielnie albo poproś kogoś, by to zrobił.

Kiedy piszesz tekst, język jest Twoim zwierciadłem. Odbija Twój obraz, bardzo szybko przekazuje czytelnikowi informacje o Tobie. To właśnie na podstawie języka Twój odbiorca wyrabia sobie opinię o Tobie, sprawdza wiarygodność, reaguje pozytywnie lub negatywnie na zawartość merytoryczną. W tekście język jest tym samym, czym pierwsze wrażenie podczas pierwszego spotkania dwóch osób. Dbaj o swój językowy wizerunek.

To ważne – zwłaszcza gdy chcesz zaprezentować się jako ekspert w konkretnej dziedzinie, a także kiedy prowadzisz fanpage poważnej instytucji, organizacji czy firmy. Często znacznie większe znaczenie od tego, co piszesz, ma to, jak piszesz. Tak, wiem, żyjemy w pośpiechu, w czasach, gdy nie dba się o formę, operuje się hashtagami (a wtedy nie odmieniamy  wyrazów), skrótowcami, trzeba zmieścić się w 140 znakach na Twitterze. Rozumiem to, bo sama często mierzę się z tymi „socialmediowymi” wyzwaniami. Ale skróty i hashtagi są pewną manierą pisania w sieci i różnią się od rażących błędów językowych. Kiedy w oficjalnej informacji czytam, że mężczyzna „jest pasjonatą”, a na imprezie „każdy znajdują coś dla siebie”, mam wątpliwości co do wiarygodności organizatorów wydarzenia.

Pamiętaj, że język, jakim się posługujesz, opowiada o Tobie, jest częścią publicznego wizerunku. Mimo pośpiechu, postnowoczesności i internetu reguły poprawności językowej wciąż obowiązują – a słowniki, w których je zapisano, nadal istnieją. Jeśli masz wątpliwości, sprawdź, jak napisać wyraz czy frazę. To tak samo ważny element Twojego wizerunku, jak wyraz twarzy na zdjęciu profilowym czy logo na produkcie.

Ps. Trudno jest Ci pisać bezbłędnie? Jak sobie z tym radzisz? Może masz jakąś świetną metodę, która pomoże innym – podzielisz się nią?
A może tak jak ja – właśnie dostałaś/-eś maila z rażącymi błędami? Czy to wpływa na wizerunek nadawcy maila, czy nie ma dla Ciebie znaczenia?