Kto w Polsce stracił followersów i czemu część botów nadal jest na Twitterze?

Co prawda Twitter coraz intensywniej usuwa fake`owe konta dążąc do oczyszczenia swego medium z fałszywych aktywności, zlikwidował ich już ponad 70 milionów w ciągu dwóch miesięcy, a ostatnia akcja ich usuwania była doskonale widoczna także u polskich użytkowników – ale jeśli ktoś uważa, że po 12 lipca już nie ma botów czy sztucznych kont wśród polskich followersów, grubo się myli. Spora część automatycznych kont na TT wciąż istnieje i ma się dobrze! Czyli – kolejne spadki followersów jeszcze przed nami.

Przyjrzyjmy się najpierw, jak wyglądały spadki na największych polskich kontach politycznych oraz na kilku mniejszych, ale również popularnych, w terminie zapowiadanym przez Twittera, czyli w dniach 11-13 lipca. Wyliczyłam je procentowo, bo to najlepsze porównanie. Otóż nie jesteśmy w światowej czołówce. 😉 W USA najwięcej straciło konto… samego Twittera (12,33 proc.). Duże spadki odnotowały też znane piosenkarki, np. Mariah Carey – 4,29 proc., Alicia Keys – 3,59 proc., Britney Spears – 3,59 proc. Liczby bezwzględne są tu oczywiście bardzo wysokie – w  przypadku Britney te 3,5 proc. to… ponad 2 miliony followersów (dane podaję za New York Times). Barack Obama stracił 2,26 proc. obserwujących, Donald Trump – zaledwie 0,58 proc. (czyli 307 tys. fanów).

W tym kontekście spójrzmy na Polskę. Największe spadki odnotowały konta tych polityków, którzy funkcjonują na scenie światowej lub europejskiej, czyli rozpoznawalni są szerzej niż tylko w kraju. Sama mam możliwość sprawdzenia 10 dużych kont, dzięki danym opublikowanym przez konto @SocialowaSowa dołączam dane jeszcze 5 kont.

Oto zestawienie – procentowo podaję straty fanów w dniach 11-13 lipca:

Jerzy Buzek: -2,97 %

Radosław Sikorski: -2,37 %

Michał Boni: -1,9 %

Donald Tusk: -1,8 %

Tomasz Lis: -1,6 %

Platforma Obywatelska: -1,34 %

Ryszard Czarnecki: -1,24 %

Leszek Balcerowicz: -1,22 %

@eucopresident (konto funkcyjne Donalda Tuska): -0,94 %

Andrzej Duda: -0,89 %

Prawo i Sprawiedliwość: -0,7 %

Rafał Trzaskowski: -0,39 %

Patryk Jaki: -0,32 % b

Grzegorz Schetyna: -0,3 %

Paweł Kukiz: -0,25 %

Zestawienie uwzględniające wszystkie konta da nam dopiero całościowy raport SoTrender, wtedy okaże się, czy ktoś nie stracił jeszcze więcej – ale tego dowiemy się dopiero w połowie sierpnia (wtedy SoTrender zaprezentuje zestawienie dotyczące lipca).

Błędem byłoby jednak patrzenie na proces czyszczenia Twittera tylko z perspektywy kilku lipcowych dni. Jak poinformowano  na oficjalnym blogu Twittera, 70 milionów fake`owych kont usunięto w poprzednich dwóch miesiącach, czyli w maju i czerwcu. Te działania także były widoczne u polskich polityków, choć nie były ilościowo tak spektakularne jak działania lipcowe. Jak wynika z raportu SoTrender za maj, już wtedy praktycznie wszystkie duże konta odnotowały spadki liczby całkowitej followersów (jeszcze w kwietniu na tych samych kontach notowano wzrosty).

spadki

Maj był też okresem ogromnej dynamiki zmian liczby followersów na niektórych kontach, co doskonale widać choćby na wykresie dotyczącym konta Radosława Sikorskiego: gdy tylko liczba fanów spadała o 1000, po kilku dniach rosła np. o 500.

sikorski_przyrosty

Podobną sytuację widać było na innych kontach polskich polityków związanych z polityką europejska i światową, w tym u Donalda Tuska czy Jerzego Buzka. Takie wahania trwały do 23 maja. Twitter nie informował wówczas oficjalnie o swoich działaniach dotyczących kont fake`owych, ale w tych samych dniach odnotowano spadki followersów także na znanych kontach światowych: Barackowi Obamie ubyło wówczas 48 tys. fanów, a Cristiano Ronaldo – 77 tys. Przypominam – mówię teraz o maju, a nie o lipcu.

Warto więc patrzeć na zmiany liczby followersów z szerszej perspektywy niż tylko lipcowa. Poniżej przedstawiam dwa porównania przyrostów i spadków fanów na 10 kontach: pierwsze pokazuje zmiany od początku maja:

przyrost_ogolne_odmaja

Drugie dokumentuje zmiany lipcowe (za dwa pierwsze tygodnie lipca, nie tylko za dni: 11-13 lipca):

przyrost_ogolne_lipiec.png

Najciekawsze zostawiłam jednak na koniec. Otóż ze względu na wielokrotnie obserwowane przeze mnie w różnych okresach czasu fermy botów pojawiające się na polskim Twitterze, które opisywałam w kilku poprzednich tekstach od 2017 roku, mam bogatą bazę danych dokumentującą takie konta. Sprawdziłam, czy np. chińskie boty (chińskie, bo w ten sposób identyfikował je Twitter), które pojawiły się w kwietniu na polskim TT, oraz inne znane mi konta automatyczne nadal istnieją. I co się okazało? Istnieją i mają się naprawdę dobrze! Twitter jeszcze do nich nie dotarł, być może dlatego, że są to konta uśpione i nieaktywne. Bardzo prawdopodobne, że algorytmy Twittera nastawione obecnie na wyłapywanie kont fake`owych działają m.in. w oparciu o rozpoznawanie rodzajów aktywności charakterystycznych dla kont automatycznych (botów). Znacznie trudniej jest im więc rozpoznać konta nieaktywne. Te więc wciąż istnieją – i oczywiście w każdej chwili mogą zostać uaktywnione przez osobę zarządzająca taką botową fermą. Albo też nigdy nie zostaną wykorzystane.

Na dowód – kilka screenów fake`owych, które pojawiły się na kontach polskich polityków w kwietniu 2018 r. Po kolei pokazuję Wam zestawienia dotyczące followersów Grzegorza Schetyny, Donalda Tuska i Jarosława Kurskiego. Na te trzy plansze nie istnieją tylko trzy konta. Wszystkie inne – uśpione – nadal funkcjonują na TT.

nowi_schetyna3

Nowi followersi G. Schetyny – screen z kwietnia 2018 r.

nowi_tusk1

Nowi followersi Donalda Tuska – screen z kwietnia 2018 r.

nowi_jaroslawkurski

Nowi followersi Jarosława Kurskiego – screen z kwietnia 2018 r.

 

Wniosek jest z tego prosty: Twitter co prawda intensywnie walczy z fake`owymi kontami, ale jeszcze nie dotarł do wszystkich. Spektakularne lipcowe spadki liczby followersów na kontach to tylko jedna z wielu odsłon walki o czysty Twitter. Czeka nas jeszcze wiele takich sytuacji, bo automatycznych botów wciąż na kontach jest sporo.

Drugi wniosek jest jeszcze prostszy: liczba followersów na koncie nie jest bezpośrednim dowodem na popularność takiego konta. Dlatego nie wierzcie zestawieniom i analizom, które mówią o tym, jak bardzo popularny jest dany polityk, wyłącznie na podstawie takich danych. Zwłaszcza teraz, gdy Twitter systematycznie usuwa fake`i, ale wcale wszystkich nie usunął. Spadki na czyimś koncie nie muszą, jak sami widzicie, dowodzić spadku popularności czy – tym bardziej – poparcia jakiejś osoby. Mogą być częścią dużo szerszego zjawiska, jak choćby czyszczenia Twittera.

Kwietniowe boty na polskim Twitterze. Chińczycy nas obserwują?

Tysiące nowych botowych kont pojawiło się na polskim Twitterze w kwietniu 2018 r. Co ciekawe, wiele z nich rozpoznawanych jest przez TT jako konta chińskie. Chińczycy nas obserwują? Raczej nie. Po prostu ktoś, kto tworzy te boty, używa chińskiego języka, być może także lokalizowanych w Chinach numerów IP.

Kwietniowe boty obserwują wielu polskich polityków i publicystów – od prawej do lewej strony sceny politycznej.  Są nieaktywne, anonimowe, najczęściej nie mają żadnych zdjęć profilowych. Te zagraniczne z reguły mają cyfry w nazwach użytkowników (łączone z literami), żadnych nazwisk, brak imion. Większość identyfikowana jest jako konta posługujące się językiem chińskim lub brytyjskim (choć znalazłam konto obserwujące Donalda Tuska, które posługuje się językiem… farsi). Zauważą je na swoich profilach zarówno Grzegorz Schetyna, Donald Tusk, Radosław Sikorski, Paweł Graś i Roman Giertych, jak i prezydent Andrzej Duda, Zbigniew Ziobro, Beata Szydło czy Paweł Kukiz – oczywiście w różnej ilości.

Tak wyglądają nowi followersi na koncie Grzegorza Schetyny:

nowi_schetyna1

Takich znajdziemy u Donalda Tuska:

nowi_tusk1

Do tej samej grupy należą followersi Jarosława Kurskiego:

nowi_jaroslawkurski

 

Chińskie boty obserwują również m.in. Elizę Michalik, Michała Majewskiego, Tomasza Lisa, Cezarego Gmyza, Dawida Wildsteina, Jacka Kurskiego.

Ile ich jest? Z wstępnych danych wynika, że w kwietniu pojawiło się ich ok. 4 tysiące. Jak na polskiego Twittera to niezbyt dużo, z tym że ich napływ wciąż trwa, liczby więc zmieniają się każdego dnia. Poza polskimi politykami boty obserwują zagraniczne konta komercyjne, celebryckie, związane z rozrywką i sportem, nie interesują się natomiast politykami zagranicznymi. Poza kontami anglo- i chińskojęzycznymi zdarzają się również konta rosyjskie – ale jest ich niewiele. Ze względu na brak aktywności trudno dziś powiedzieć, w jakim celu ktoś tworzy tę farmę zagranicznych botów oraz kto to robi.

Druga grupa to również anonimowe boty, ale polskie. Te są znacznie bardziej zróżnicowane regionalnie i wydają się rzeczywiście być elementem jakichś przygotowań do kampanii samorządowej. Obserwują czołówkę polskich polityków (Tusk, Duda, Sikorski, Szydło), ale poza tym także działaczy obu obozów politycznych, tyle że związanych z konkretnymi województwami i miastami (m.in. Wrocław czy Łódź).

Tak wygląda część nowych followersów prezydent Łodzi Hanny Zdanowicz:

nowi_zdanowska1

Osoby odpowiadające za zakładanie tych kont mają najwyraźniej nieźle zrobiony research regionalny, bo do grona obserwowanych włączają nie tylko znanych polityków, ale też osoby istotne regionalne, np. niektórych radnych miejskich. W polu  zainteresowania znajdują się też Rafał Trzaskowski i Patryk Jaki, politycy związani z wyborami samorządowymi w Warszawie.

Ta grupa botów w nazwach użytkowników częściej ma imiona i nazwiska, choć bywa że w skróconej wersji,  nie zobaczymy natomiast zdjęć profilowych ani  jakiejkolwiek innej aktywności poza obserwowaniem wybranej grupy ludzi. Wydaje się, że tego typu botów jest maksymalnie ok. 2 tys.

Powinniśmy się przyzwyczaić do pojawiania się masowych ilości kont botowych na polskich Twitterze – przez długi czas będzie to zapewne jedna z metod kampanii wyborczej w mediach społecznościowych. Warto pamiętać, że boty służą wyłącznie jako wzmacniacze określonych treści. Ponieważ nie mają siatki prawdziwych obserwujących, aby za ich pomocą zbudować rozległy zasięg jakiegoś posta, trzeba użyć tysięcy kont. Właśnie dlatego farmy botów zawsze są tak liczne – boty spełniają swoją rolę wyłącznie wtedy, gdy jest ich dużo.

W takich zautomatyzowanych kontach najciekawsze jest, kto je zakłada i jakie treści nagłaśnia. Jeśli chodzi o nowo powstałą grupę kont polskich – zapewne stoi za nim jakaś polska agencja marketingowa, pracująca na zlecenie któregoś środowiska. Dużo ciekawiej wyglądają konta identyfikowane dziś jako zagraniczne. Warto obserwować, do czego zostaną wykorzystane. Dopiero wtedy można będzie odpowiedzieć na więcej pytań na ich temat.

Wpadki publiczne. Jak stracić zaufanie w jeden dzień

Pustki w ławach sejmowych podczas wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich. Obecność Prezes Sądu Najwyższego na zaprzysiężeniu sędziego TK. Wyjazd R. Petru na Maderę podczas kryzysu w Sejmie. Dlaczego te drobne wpadki mają tak ogromne znaczenie? Bo dla osób zaangażowanych są zdradą.

Gdyby przyjrzeć się każdemu z tych zdarzeń oddzielnie, trzeba by przyznać, że nie zdarzyło się nic strasznego. Petru pojechał na Maderę, ale członkowie jego partii zostali w Sejmie, protest trwał, jego obecność formalnie nic by nie zmieniła. Nowy sędzia Trybunału Konstytucyjnego (wybrany niezgodnie z konstytucją, jak uważa wielu Polaków) zostałby zaprzysiężony niezależnie od tego, czy na uroczystości pojawiłaby się pani prezes SN czy nie. Sprawozdanie RPO przed Sejmem jest czystą formalnością, prace nad nim i tak odbywają się przede wszystkim na sejmowych komisjach, sama jego prezentacja nic nie zmienia.

A jednak w odbiorze społecznym każde z tych zdarzeń miało ogromne znaczenie – oczywiście negatywne. Wizerunkowo stracili wszyscy wymieni, a obserwując Ryszarda Petru wiemy, że  takie straty odbudowuje się wyjątkowo długo. Dlaczego? O co w tym chodzi?

Po pierwsze – o autentyczność.

Po drugie – o przywództwo.

Po trzecie – o symbole.

Odrobienie strat w każdej z tych przestrzeni to wizerunkowo prawdziwe wyzwanie. Strata w trzech przestrzeniach jednocześnie  – to już mega wyzwanie, któremu można sprostać tylko pod warunkiem rozpoczęcia intensywnej naprawy natychmiast po zdarzeniu. Jednak często bohaterowie wpadki nie rozumieją, jak wielkie straty ponieśli i nie próbują niczego nadrabiać – a wtedy ich wizerunek zyskuje głęboką rysę, biegnącą przez sam środek.

 

  1. Autentyczność

Dla wszystkich osób publicznych, ale też dla znanych marek biznesowych, zaufanie jest podstawą efektywności. Bez zaufania poseł nie będzie posłem, a firma nie sprzeda produktu. Zaufanie buduje się między innymi na autentyczności. Słownikowo oznacza to po prostu szczerość, uczciwość i zgodność z rzeczywistością. Przekładając na język wizerunku: jeśli polityk coś robi – zostanie to dobrze przyjęte tylko wtedy, gdy będzie prawdziwe i spójne z tym, co robił i jak się zachowywał dotychczas. Kiedy pojawia się sprzeczność między słowami a czynami; między tym, co polityk (czy firma) robi, a co deklaruje – zaufanie leci na łeb, na szyję. Jeśli firma ogłosi, że od teraz dba o ekologię, a po chwili okaże się, że spuszcza ścieki prosto do rzeki – właśnie okazała się firmą fałszywą i straciła autentyczność. Jeśli polityk chce uchodzić za dobrotliwego, budującego zgodę i łączącego ludzi, a jednocześnie jako myśliwy zabija zwierzęta – mamy sprzeczność. To dlatego Bronisław Komorowski podczas swojej pierwszej kampanii publicznie oświadczył, że więcej nie weźmie strzelby do rąk. Co więcej – był regularnie pytany podczas swojej prezydentury, czy wypełnia tę obietnicę.

Z dotychczasowych badań i analiz wynika, że jeśli chodzi o przestrzeń publiczną w Polsce, wśród Polaków jest dziś ogromne zapotrzebowanie na autentyczność. Widać to zwłaszcza w grupie ludzi młodych (18-25 lat) – pisałam o tym tutaj: https://mierzynskamarketing.wordpress.com/2017/07/02/dlaczego-mlodzi-odwracaja-sie-od-polityki-praktyczne-wnioski/ oraz w szerokiej grupie antyPiS (o oczekiwaniach tej grupy – tutaj: https://mierzynskamarketing.wordpress.com/2017/09/08/do-ktorej-polski-mowisz-polityku/ ).

Polacy chcą, by osoby zaufania społecznego były autentyczne. Powszechność nagrań, transmisji live, szybki dostęp do wielu źródeł informacji sprawiają zaś, że tę autentyczność bardzo łatwo sprawdzić. Każdy, kto nie bierze tego pod uwagę – prędzej czy później wypadnie z gry.

 

  1. Przywództwo

Grupa z reguły potrzebuje przywódcy. Lidera, któremu można zaufać. Zaufanie jest tym bardziej potrzebne, im trudniejsza jest sytuacja, w której znajduje się grupa. Każdy jej członek angażując się w trudne sprawy, w jakimś stopniu ryzykuje osobiście – oczekuje więc od lidera, że ten będzie ryzykował tak samo albo bardziej. Im intensywniejsza walka, tym ważniejsze, by dowódca trwał zawsze na posterunku, a z tonącego okrętu schodził ostatni. Przywódca, który w czasie walki wyjeżdża na urlop – po prostu przestaje być przywódcą, i tyle.

Dziś w Polsce dla osób zaangażowanych obywatelsko przestrzeń publiczna jest najczęściej przestrzenią walki – politycznej oczywiście. Retoryka wojny to obecnie standard przekazowy wszystkich ugrupowań politycznych, zwłaszcza w momentach kryzysów. Zaangażowani członkowie każdej grupy narażają swoje interesy, poświęcają czas i energię na rzecz określonych wartości – a przynajmniej tak to odczuwają. I z tego powodu oczekują, że liderzy będą w tej walce razem z nimi. Oznacza to przede wszystkim stałą obecność lidera podczas najtrudniejszych sytuacji, ale też – wierność poglądom i sprawom, o które toczy się bój.

Nie można oczekiwać od grupy, że będzie bronić niezależności sądów, a potem publicznie demonstrować współpracę z tymi, którzy tę niezależność sądów ograniczają.  Nie można domagać się aktywności obywatelskiej od ludzi, by walczyli o swoje państwo, namawiać ich do aktywności, do protestów (także w czasie wakacji) – a potem robić sobie wolne w piątkowe popołudnie, gdy jeden z nielicznych dziś reprezentantów państwa, uznawanych przez obóz antyPiS za obrońcę demokracji, staje do walki w Sejmie. Dla tych, którzy walczą, to jest autentyczna zdrada.

 

  1. SYMBOLE

Takie sytuacje urastają do poziomu zdrady dlatego, że uderzają w fundamentalne dla danej grupy wartości. Uderzają w symbole – i same stają się symbolami, tyle że z ujemnym wektorem: symbolem nielojalności i fałszu. Nie przez przypadek to właśnie kilka dni po wpadce pani prezes SN i opozycji w Sejmie na Twitterze pojawiły się głosy „obywatelskich publicystów”, że… mają dość i rezygnują. To jest dokładnie ten efekt – skrajnej demotywacji i utraty wiary. Nic bardziej nie demotywuje niż poczucie, że ja walczę ze wszystkich sił, a lider w ogóle się nie wysila i niczym się nie przejmuje, więc leci sobie na Maderę.  Albo jest nielojalny wobec spraw, o które walczy cała grupa.

Odbiór tych sytuacji opiera się na ogromnych emocjach, właściwych całej rozległej grupie społecznej. Wiedząc o tym trzeba też pamiętać, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Posłowie, liderzy, sędziowie potrzebują czasem odpocząć, zająć się rodziną, zjeść, pójść spać, zrelaksować się w gronie znajomych. Jak wszyscy popełniają też błędy – bywa, że tak istotne jak opisane wcześniej.

Co powinni zrobić, gdy błąd stał się faktem, a grupa uważa go za zdradę? Przede wszystkim przeprosić. I wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Ale wyjaśnić prawdziwie, autentycznie – a nie powoływać się na własną bezrefleksyjność, bo to również godzi w zaufanie. Dalej – poinformować o tym, co zostanie zrobione, żeby sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Zrobić to. I to jak najszybciej, bez czekania! Dokładnie tak zachowują się w kryzysie dbające o swój wizerunek międzynarodowe korporacje, to zresztą podstawowe działania w każdej sytuacji kryzysowej: przyznać się do błędu, przeprosić, wyjaśnić, pokazać działania naprawcze.

Niestety, w Polsce najczęściej możemy doczekać się lekceważenia wpadki. Bo przecież nic wielkiego się nie stało. Albo wyjaśnień przekazywanych dopiero po kilku dniach, jakby od niechcenia. Albo milczenia.

Za takie błędy – zwłaszcza te w reagowaniu na zdarzenie – płaci się  tym, co jest bezcenne: zaufaniem. Tu nawet karta Mastercards nie pomoże… Ani żadna inna. Wie o tym duży biznes. Dobrze, by wiedziały także osoby publiczne.

 

Kukiz` 15 – najbardziej agresywny język polityki w Polsce

Pasożyty, donosiciele, obłudnicy, zdrajcy, dzikusy, bojówkarze, cwaniacy, kłamcy, karierowicze i aferzyści. Co robią? Knują, robią chlew, marzą o korycie, dzielą Polskę, straszą, pajacują, rozkradają majątek, zawłaszczają w bolszewicki sposób i „zachowują się jakby oszalali”. To prawdziwe cytaty z oficjalnych profili facebookowych polityków ugrupowania Kukiz`15  zamieszczone tam w ciągu zaledwie dwóch miesięcy 2017 roku – czerwca i lipca. Nie ma wątpliwości – najbardziej radykalnego, oceniającego i obraźliwego języka w polskich social media wśród polityków używają właśnie posłowie Kukiz`15. Są bardzo agresywni werbalnie – znacznie bardziej niż przedstawiciele innych ugrupowań.

Jednocześnie – ci, którzy używają tak radykalnego języka, mają na Facebooku ogromne liczby fanów i mogą liczyć na ich ogromne zaangażowanie. Nawet biorąc pod uwagę,
że część reakcji jest fejkowa (tak samo jak na fanpage`ach innych polityków) – liczba tych prawdziwych i tak robi wrażenie. Analiza ich fanpage`y wyraźnie pokazuje, kto jest liderem przekazu politycznego w social media i kto wyznacza linię masowego dotarcia do Polaków o silnie prawicowym światopoglądzie. Zmusza też do postawienia pytania: co tak bardzo przyciąga użytkowników social media do postów polityków Kukiz`15?

 

Co analizowałam:

Przeanalizowałam posty prawicowych parlamentarzystów na Facebooku z dwóch miesięcy – czerwca i lipca 2017. Analizowałam oficjalne fanpage`e tych, którzy mają największą liczbę fanów – od Janusza Korwina-Mikke poczynając (784 623 fanów)
na Adamie Andruszkiewiczu (113 619 fanów) kończąc.  Trzeba tu zaznaczyć, że liczba fanów profilu nie świadczy o wysokim poziomie zainteresowania wpisami. Wyraźnie mniej reakcji na posty ma Korwin-Mikke niż Andruszkiewicz. Ostatni z wymienionych posługuje się skrajnie radykalnym językiem, który – jak wskazują reakcje – trafia jednak w zapotrzebowanie jego wyborców (głównie radykalnych narodowców, Andruszkiewicz jest bowiem jednocześnie prezesem Stowarzyszenia Endecja), dlatego może liczyć
na rzadko spotykane na polskim FB zaangażowanie swoich fanów.

andruszkiewicz

 

Dobrzy „my”, źli „oni” – czyli najważniejszy jest wróg

Sociamediowy przekaz ugrupowania Kukiz`15 jest świadomie budowany. Podstawową konstrukcją  jest twardy podział „my – oni”. Na nim „zawieszane” są wszystkie treści.  Ten podział jest potrzebny Kukiz`15 do określenia tożsamości swojego elektoratu – swoistej grupy społecznej. Im słabsze są pozytywne więzi każdej tego typu grupy (czyli im rzadziej członkowie grupy identyfikują się z nią dzięki jasno określonym zasadom, działaniom i wartościom), tym silniejsze jest zapotrzebowanie na więzi negatywne – bez nich bowiem grupa się rozpadnie. Posłowie Kukiz`15 konstruują więc monumentalnego wroga – i wokół niego budują swoją wspólnotę. Dzięki temu niewiele muszą mówić o sobie. Wystarczy opowiadać o wrogu i nakręcać nastrój zagrożenia, by utrzymać więzi w grupie.

„Oni” – wrogowie –  są (bo muszą być!) przede wszystkim bardzo źli i parlamentarzyści dają temu wyraz prawie codziennie.  Tylko w czerwcu i lipcu, poseł Andruszkiewicz mówił o „onych” używając określeń: brzydzę się Wami; jesteście pasożytami; donosiciele, obłudnicy, zdrajcy, wrogowie Polski; Wasza wina, Wasza głupota; pajacujecie, robicie cyrk w Sejmie, straszycie Polaków.

Poseł Tyszka używał innych słów, ale o równie pejoratywnym znaczeniu: ojkofobia, partiokracja, partyjniactwo, histeryczna opozycja, knują przeciw Polsce, robią chlew
w Sejmie, robią burdy, są agresywni, to szaleństwo.

tyszka

Poseł Marek Jakubiak pisał o groźnych ludziach, dzikusach, bojówkarzach, „egocentrycznych karierowiczach marzących o korycie”. Natomiast sam lider ugrupowania, Paweł Kukiz, na swoim profilu na FB używał m.in. takich określeń: trutnie, cynicy, „maderowcy u Sowy spasione”, manipulatorzy, dwa zwalczające się plemiona, cwaniaki, horror, dno, rzeźnia, „bolszewicki sposób” , „zobaczyć Was za kratkami”.

Jak wynika z treści postów, „oni” to wszyscy, którzy myślą inaczej. Najczęściej jest to opozycja, ale – gdy sytuacja wymaga – także PiS (np. w lipcu podczas sporu o sądy).

Natomiast  o „my” wiadomo niewiele. „My” – jak piszą posłowie – „idziemy swoją drogą, prosto”, „nie jesteśmy partią” (Paweł Kukiz), „jesteśmy jedynymi, którzy od początku wiedzą, co trzeba robić” (Marek Jakubiak), „idziemy odzyskać Polskę dla Obywateli” (S. Tyszka), „nie jesteśmy już Waszymi pachołkami” (Andruszkiewicz).
I jeszcze zdanie autorstwa kilku polityków: „my tu, w naszym domu, sami sobie damy radę”. Do tego parę określeń zaznaczających wspaniałe oblicze grupy: dumni, uczciwi, merytoryczni, odważni, pokojowo nastawieni. I tyle.

Widać wyraźnie, że posłowie Kukiz`15 budują wspólnotę  głównie przez pokazywanie, czym ta wspólnota nie jest. Dużo większy problem mają z określeniem, czym jest.

 

Kukiz`15 nie istnieje bez wroga

Kukiz`15 w przekazie nie istnieje bez opozycji.  Znacząca większość postów na FB (gdzie to ugrupowanie bije rekordy popularności) to reakcje na wypowiedzi
i działania polityków Platformy lub Nowoczesnej.  Wystarczyłaby milcząca opozycja – i Kukiz`15, by istnieć, musiałby natychmiast znaleźć jakiegoś krajowego wroga.  
Oczywiście do grupy „onych”, czyli złych, należą również Niemcy, Żydzi  i uchodźcy, są jednak na tyle daleko, że samo powoływanie się na nich nie wystarczyłoby do utrzymania tożsamości grupy.

Co ważne – reaktywność przekazu posłów Kukiz`15 nie przeszkadza odbiorcom. Wręcz przeciwnie, liczba lajków i serduszek pod postami pokazuje, że uderzanie
w  „onych” spełnia oczekiwania tego elektoratu.  Oto pierwszy z brzegu, tym razem sierpniowy przykład: post posła Andruszkiewicza rozpoczynający się od słów: „Islamistyczna dzicz znów morduje Europejczyków w ich własnych miastach…”  ma
w chwili, gdy to piszę, 11 tys. reakcji i prawie 4,5 tys. udostępnień. Takim poziomem zaangażowania może pochwalić się w Polsce zaledwie dwóch – trzech najwyższych polityków w kraju.

andruszk_rimini

Paweł Kukiz ma tych reakcji mniej, choć też może je liczyć w tysiącach – jego język jest jednak delikatniejszy niż Andruszkiewicza. Kukiz o złodziejach i oszustach mówi tylko raz na jakiś czas, Andruszkiewicz – regularnie.

kukiz

 

PiS (na ogół) łagodniejszy od Kukiz`15

Porównanie wpisów social media polityków PiS i Kukiz`15 pokazuje, że język PiS-u jest łagodniejszy. Na Facebooku spora część fanpage`y polityków PiS to fanpage`e oficjalne – premiera, prezydenta, ministrów. Tam używany jest język urzędowy. Tylko nieliczni politycy partii rządzącej decydują się na wpisy odbiegające od urzędowej normy. Powszechnie znana jest budząca silne kontrowersje socialmediowa aktywność posłanki Krystyny Pawłowicz. Ale jednym z  liderów tego typu przekazu jest młody PiS-owski polityk – Patryk Jaki. Wiceminister sprawiedliwości  buduje swój przekaz na bardzo twardym podziale „my – oni”, podobnie jak Kukiz`15. „My” to – jak napisał w jednym z postów – „nowa młoda polska armia”, która jest bezkompromisowa
i sprawiedliwa,
bo odzyskuje, chroni i odbija. Ta wojenna retoryka uzasadniana jest jednoznacznym określeniem przeciwników. „Oni” to mafia, przestępcy, złodzieje, którzy rozkradli majątek i skręcili sobie miliony. Post nt. gwałtu w Rimini, w którym wiceminister stwierdził, że tacy przestępcy zasłużyli sobie na karę śmierci i tortury,
nie jest więc w jego przekazie czymś zaskakującym, raczej – następstwem dotychczas używanego języka.

jaki

Na mocno radykalne określenia pozwala sobie również Beata Mazurek, rzecznik Klubu Parlamentarnego PiS (czyli, z założenia, osoba określająca oficjalny przekaz klubu). „Onych” opisuje jako oszustów, którzy powinni siedzieć w kryminale; jako tych, którzy straszą Polaków i zrujnowali Polskę.

 

„Oni” to i Wałęsa, i opozycja, i komuchy

Język konstruuje nam świat. Dlatego analizowanie języka, jakiego używają politycy, jest tak istotne – według niego tworzymy obraz politycznej i społecznej rzeczywistości.
W Polsce podział „my – oni”, tak chętnie stosowany dziś w wypowiedziach polityków, ma dodatkową wagę. Otóż nie tak dawno temu „oni” to byli po prostu komuniści. „My” – to uciskane społeczeństwo. Gdy dziś politycy prawicy wskazują na złych „onych”, automatycznie uruchamiają skojarzenia z komunistami, czyli najgorszymi z najgorszych. W ten prosty sposób dzisiejsza opozycja zostaje skojarzona z komuną. Z tej perspektywy nie powinny więc dziwić okrzyki na manifestacjach „precz z komuną”, wznoszone wobec opozycyjnych polityków.

(A`propos: podział „my – oni” wykorzystuje również opozycja, jednak jej odbiorcy mają inne oczekiwania i z tego powodu język opozycji nie służy jej zwolennikom do opisywania świata, przez co jej przekaz nie jest tak skuteczny.)

Podprogowo politycy prawicy budują w swoich zwolennikach przekonanie, że „oni” – ci źli – to zarówno dzisiejsza opozycja, jak i komuniści, zarówno Niemcy, Żydzi, jak i Lech Wałęsa czy Donald Tusk. Ten zbiór rozszerza się zależnie od sytuacji i potrzeb, ale jednocześnie tworzy historyczną ciągłość. Buduje historyczną narrację, zrozumiałą przede wszystkim dla Polaków niezadowolonych ze swego życia, którzy dzięki tej narracji mogą nie tylko odnaleźć się we wspólnocie podobnie czujących, nie tylko odnaleźć winnych swego złego samopoczucia – ale jeszcze do tego odkryć sens swoich życiowych problemów (wynikający z polskiej martyrologii).  To narracja równie nieprawdziwa, co groźna, realnie rzecz biorąc nie ma faktycznych ani symbolicznych łączników między dzisiejszą opozycją a komunistami, tak samo jak nie ma związku między historycznymi tragediami Polaków a nieudanym życiem dzisiejszego wyborcy. A jednak narracja ta, trafiając w silne zapotrzebowanie określonej grupy, wciąż się rozrasta i pozwala rozwijać językowej agresji.

Parlamentarzyści Kukiz`15 są w budowaniu tej narracji skuteczni – ich zwolennicy bowiem, jak można sądzić patrząc na poziom poparcia partii w sondażach i poziom zaangażowania fanów w social media – chcą, oczekują i potrzebują takiego właśnie przekazu. Bo jeśli dzięki niemu wiedzą, że nie należą do „onych”, to znaczy,
że wreszcie należą do grupy „my”, która jest dobra i uczciwa, choć wcześniej  była uciskana przez złych. Grupa ta teraz właśnie „wstaje z kolan”, czyli wydobywa się spod ucisku „manipulatorów, cyników, cwaniaków, dzikusów, złodziei
i aferzystów”
.  I choć  sformułowanie o wstawaniu Polski z kolan dla innych grup odbiorców jest skrajną ironią, dla elektoratu prawicowego jest autentyczne, prawdziwe i dowartościowujące.

Trzeba jednak pamiętać, że skuteczność każdej narracji kończy się wtedy, gdy znikają jej odbiorcy. Nie wszyscy Polacy potrzebują wstawania z kolan, nie wszyscy oczekują od polityków dzielenia świata na dobrych i złych ani używania konfrontacyjnego, obraźliwego języka.  Dlatego gdybym miała odpowiedzieć
na pytanie, czy dobrą metodą dla opozycji na skuteczny przekaz jest budowanie równie twardego podziału „my – oni”, tyle że odwróconego wobec obrazu konstruowanego przez prawicę – odpowiedziałabym, że nie, że to fatalny pomysł.
Dlaczego?  O tym napiszę szerzej w następnym tekście.

Dla nas wszystkich najważniejsze jest jednak pytanie o konsekwencje, jakie przyniesie konstruowanie świata za pomocą tak konfrontacyjnego języka.  Co z nami jako społeczeństwem zrobi podział na „my – oni”, radykalizowany przez lata?

To, co dziś może zrobić każdy, to uczestniczyć w debacie publicznej ze  świadomością, że ten podział nie jest rzeczywistością, tylko narzędziem do realizacji interesów konkretnych grup politycznych. Nikt z nas nie musi temu narzędziu ulegać.

 

 

Nie wierz politycznym fanom na FB! Manipulacje w sieci cz. 2

Co trzecia reakcja na Facebooku pod postami najbardziej znanych polskich polityków to reakcja z konta fejkowego lub przejętego od właściciela. Jeszcze gorzej jest z najbardziej aktywnymi komentatorami fanpage`y polityków – połowa z nich… nie istnieje. To, co się dzieje na polskim politycznym Facebooku, jest klasyczną dezinformacją!

Kilka tygodni temu przeczytałam o wynikach analiz naukowców z Oxfordu dotyczących polskiego politycznego Twittera. Okazało się, że co trzeci polski tweet o prawicowym zabarwieniu to tweet płatnego trolla.  Mocne, prawda? Postanowiłam więc przyjrzeć się bliżej polskiemu politycznemu Facebookowi.  Po analizie prawie 1000 profili – z czego ponad 700 analizowałam szczegółowo, notując dane statystycznie – wiem jedno: wyniki są zatrważające. Reakcje pod postami największych polskich polityków mają więcej wspólnego z klasyczną, świadomą i planową dezinformacją niż z prawdziwymi nastrojami i opiniami Polaków. I dotyczy to zarówno fanpage`y polityków partii rządzącej, jak i opozycji.

 

Co i jak analizowałam:

Przeanalizowałam blisko 1000 profili użytkowników na Facebooku. Analizowałam fanów czworga polskich polityków: prezydenta Andrzeja Dudy, premier Beaty Szydło, szefa PO Grzegorza Schetyny i szefa .N Ryszarda Petru. Na bazie raportów, dotyczących ich oficjalnych profili na FB, a wykonanych przez SoTrender, przeanalizowałam po kilkudziesięciu liderów aktywności (czyli najbardziej aktywnych fanów) na profilu każdego z tych polityków (ranking dotyczył lipca 2017 r.). Na fanpage`u każdego z ww. polityków przeanalizowałam również profile osób reagujących pod ich postami . Wybierałam posty, pod którymi znalazło się więcej niż 1000 reakcji, sprawdzałam konta 100 pierwszych reagujących osób, wyświetlanych przez FB. Do tego kontrolnie analizowałam dwa publiczne fanpage`e o innej tematyce niż polityczna, dokładnie na tych samych zasadach – dla porównania.

Sprawdzałam aktywność i zawartość profili.  Oczywiście brałam pod uwagę to, że część profili jest dostępna tylko dla znajomych (dla mnie więc będzie niewidoczna), że każdy użytkownik FB może mieć własne sposoby prowadzenia profilu, aktywności na nim itp. Jednak pewne elementy są typowe dla większość polskich użytkowników.  Wciąż większość z nas nie blokuje swoich profili i są one ogólnie dostępne, a jeśli nie, FB wyświetla formułę, ze jeśli chcemy zobaczyć więcej, trzeba dołączyć do znajomych danej osoby. Jeśli mamy prawdziwych i aktywnych znajomych, najczęściej (statystycznie rzecz biorąc) reagują oni na nasze zdjęcia profilowe i w ogóle na te, na których nas widać, lubią również przysłowiowe kotki, pieski i małe dzieci, oraz składają nam życzenia urodzinowe. To standard. Użytkownicy FB na swoich profilach często używają funkcji oznaczania siebie i znajomych na zdjęciach, określają swoją lokalizację, a wstawiając zdjęcie lub link piszą kilka słów od siebie lub choćby wstawiają emotikony.

Szukałam profili różniących się od tych typowych. Jeśli przynajmniej jeden z wyżej wymienionych elementów pojawiał się na profilu, uznawałam ów profil za „typowy”.

 

Jak wyglądały konta osób aktywnych na fanpage`ach polityków:

Natychmiast okazało się, że osoby aktywne na fanpage`ach polityków to w dużej mierze użytkownicy… nietypowi. Wśród reagujących na posty polityczne co trzecia reakcja pochodziła z konta nietypowego. W rankingu najbardziej aktywnych użytkowników było jeszcze gorzej – reakcje z kont „nietypowych” wynosiły średnio 50 proc.! Przy czym różnice między politykami nie były znaczące – podobną liczbę „nietypowych” fanów miał i np. Grzegorz Schetyna, i prezydent Andrzej Duda. W analizowanym okresie trochę więcej miała ich premier Szydło, odrobinę mniej – Ryszard Petru. 50 proc. to średnia wyliczona z fanpage`y tych czworga polityków.

Na sprawdzanych w tym samym czasie fanpage`ach niepolitycznych reakcje z kont nietypowych to ok. 10-12 proc. Różnica jest więc znacząca.

 

Jak wyglądają „nietypowe” konta na FB?

Najczęściej są to profile, które – choć otwarte – mają tylko zdjęcia profilowe – i na tym kończy się aktywność użytkownika. W sekcji informacyjnej o użytkowniku nie ma nic albo prawie nic, nie ma też żadnych innych postów poza zdjęciami profilowymi i tymi w tle. Co ciekawe, nie ma też lajków pod zdjęciami profilowymi – albo jest ich zaledwie kilka. Liczba znajomych bywa różna – od kilku do kilkuset. Zdjęcia profilowe to albo fotografie, na których nie ma ludzi (np. jakiś krajobraz), albo skany fotografii rodzinnych lub legitymacyjnych sprzed lat – zupełnie jakby ktoś utworzył album z rodzinnymi zdjęciami, wyjął jedno i zeskanował. Typowa jest natomiast przynależność takiego użytkownika do wielu różnych grup na FB. Bywają też konta zupełnie puste, na których nie ma nawet zdjęć profilowych.

Jeszcze inna opcja to konto działające aktywnie, zupełnie typowe, ale tylko do jakiegoś czasu. Potem jest duża przerwa (np. od 2014 lub 2015 roku) aż do dziś. To są prawdopodobnie konta prawdziwe, ale nieużywane, za to przejęte przez kogoś (metod przejęcia konta jest kilka, bez problemu można je znaleźć wpisując odpowiednią frazę w Google) i używane w konkretnym celu.  Zdarzają się też konta nieużywane od dłuższego czasu, ale nagle, po długiej przerwie,  pojawiają się na nim nowe linki – wyłącznie polityczne.  Pod udostępnionymi  linkami nie ma jednak ani lajków, ani komentarzy – albo pojedyncze. Widać, że konto służy wyłącznie rozpowszechnianiu określonych treści – rozpowszechnianiu statystycznemu, bo na koncie reakcji brak.

Zdarzają się też konta kompletnie niespójne (np. emerytka, która udostępnia tylko linki do gierek online), konta ze zdjęciami profilowymi wziętymi z darmowych banków zdjęć lub ze zdjęciami gwiazd (znalazłam m.in. Michała Szpaka i Bogusława Lindę oraz piękną blondynkę, w innych miejscach w sieci obrazującą makijaże ślubne dla blondynek).

Przypominam, że nie mówimy o przypadkowych profilach, założonych na FB i porzuconych, tylko o tych, których właściciele wykazują wysoką aktywność na profilach największych polskich polityków podczas ostatniego miesiąca! Najbardziej aktywny w lipcu komentator postów prezydenta Andrzeja Dudy nie istnieje w sieci nigdzie poza Facebookiem. Najbardziej aktywny komentator postów Grzegorza Schetyny posługuje się zdjęciem rodziny z przełomu XIX i XX wieku oraz początku XX wieku, ma sześciu (sic!) znajomych i także nie istnieje w sieci nigdzie poza FB.

Przy czym rankingi najbardziej aktywnych fanów polityków zmieniają się dosłownie co kilka dni. I nie chodzi o to, że dotychczasowy czołowy komentator  spadł na np. 4. czy 5. miejsce. Oni po prostu z tych rankingów znikają. Ranking fanów oglądany tydzień po tygodniu praktycznie nie zawiera tych samych nazwisk. Zmiana jest prawie 100-procentowa!

 

Oto przykładowe screeny z takich „nietypowych” kont (zamazania nazwisk i zdjęć znajomych – moje):

schetyna_fanzrankingu_nowego

Powyżej screen z konta jednego z najaktywniejszych fanów Grzegorza Schetyny. To całość jego konta. Jak widać – ten użytkownik ma 1 znajomego, a ostatni publiczny post zamieścił w 2011 r. – uczył się wówczas w Londynie.

duda_fanz rankingu_nowego2

A to screen z konta jednej z najaktywniejszych fanek prezydenta Andrzeja Dudy. Znajomych – brak.

 

Wnioski:

Trzeba jasno powiedzieć, że znacząca część aktywności na fanpage`ach polskich polityków pochodzi z kont fejkowych lub przejętych od ich dotychczasowych użytkowników. Ich liczba jest tak duża, że wpływają one bezpośrednio na odbiór działań danego polityka. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że – jak wynika z najnowszego badania Edelman Trust Barometer – Polacy ufają temu, co przeczytają w sieci (a nie np. mediom tradycyjnym) – siła wpływu społecznego fejkowych kont na FB jest rzeczywiście znacząca, co daje możliwość bezpośredniego oddziaływania na nastroje społeczne w Polsce.

Skąd się biorą fejkowe konta? Cóż, to zwykły biznes, prowadzony w Polsce masowo. W sieci można bez problemu znaleźć ogłoszenia o sprzedaży kont ( patrz niżej), można też znaleźć szczegółowe opisy, jak założyć fejkowe konto na FB, by wyglądało na prawdziwe.

To biznes – nieetyczny i nielegalny, ale istniejący. Wiadomo, kto próbuje na nim zarabiać – wszyscy, którzy widza w tym dla siebie szansę na łatwe pieniądze. Pytanie kluczowe dotyczy jednak tego, kto za takie konta płaci?

Przestrzegam przed najprostszym wnioskiem – że oto polscy politycy kupują sobie po prostu aktywność na FB z nielegalnych, choć powszechnie dostępnych farm lajków, żeby poprawić sobie statystyki – stąd takie wyniki analizy. Być może kupują, tego nie sposób ani potwierdzić, ani wykluczyć na tym etapie analiz. Taki wniosek nie wyjaśnia jednak podstawowej kwestii – otóż większość z nietypowych fanów aktywnych na fanpage`ach polityków to użytkownicy bardzo krytyczni wobec nich. Czasem są to zwykłe trolle, komentujące wulgarnie i po chamsku. Wielu jednak komentuje w sposób nietypowy dla trolli, wdaje się w dyskusje, reaguje na posty natychmiast po ich wrzuceniu – i często są to reakcje negatywne.

Można by też wysnuć inny wniosek: skoro nie chodzi farmy lajków, to jest to właśnie trollowanie, tyle że trollowanie jakby na wyższym poziomie, nie polegające na słownym „waleniu się po mordach”, a budowaniu negatywnego obrazu przeciwnika. I że to też  dzieje się na zlecenie polityków, tyle że zlecają nie kupowanie lajków dla siebie, lecz trollowanie przeciwników.

Gdyby tak było, musielibyśmy przyjąć do wiadomości, że każda ze stron politycznego sporu w Polsce wydaje grube pieniądze nie na budowanie swojego wizerunku, lecz na niszczenie wizerunku przeciwnika. A chodzi naprawdę grube pieniądze, bo ten poziom trollingu – systematycznego, ciągłego, zmasowanego, rozległego i wymagającego wysiłku intelektualnego musiałby kosztować setki tysięcy złotych. Rocznie – nawet miliony. Czy polskich polityków byłoby na to stać? Zwłaszcza że każdy z nich musiałby wydawać mniej więcej podobną kwotę, by osiągnąć opisywany efekt.  Mało prawdopodobne.

Im więcej kont analizowałam, tym częściej zastanawiałam się, czy jest płatny zleceniodawca  takich działań, a jeśli tak – kto nim jest?

Powtórzę jeszcze raz – fejkowe i przejęte konta są aktywne na fanpage`ach polskich polityków ze wszystkich stron sceny politycznej, na mniej więcej tym samym poziomie statystycznym.

Czy komuś zależy na zniszczeniu wizerunku wszystkich czołowych polskich polityków?

Czy komuś zależy na prowadzeniu systematycznej, długookresowej dezinformacji w polskim społeczeństwie, która perfekcyjnie destabilizuje układ polityczny w Polsce?

Oczywiście nie znam odpowiedzi. I nie pojawi się ona dzięki analizie kont na FB. Ale może warto pytać o to coraz głośniej?

Czego Polacy nie wybaczą politykom?

Polacy są narodem wybaczającym. Potrafią darować swoim politycznym przedstawicielom: pijaństwo, gwałt, romanse na boku, lenistwo, rażący brak wiedzy i kompetencji, wulgaryzmy, pychę, korupcję, wywyższanie się, brak kultury osobistej. Ale jednego nie wybaczają nigdy: kiedy muszą się za polityka wstydzić. To właśnie wstyd jest emocją, od której jako obywatele uciekamy i z którą nie chcemy mieć nic wspólnego. Nie chcemy się wstydzić za siebie – a już tym bardziej nie chcemy się wstydzić za tego, którego wybraliśmy.

A kiedy się za niego wstydzimy? Być może odpowiedź właśnie na to pytanie jest najbardziej charakterystyczna dla Polaków. Otóż wstyd za polityka odczuwamy wtedy, gdy wszyscy dookoła mówią, że to, co zrobił ów polityk, jest wstydliwe (albo po prostu – obciachowe). Najważniejsze, gdy mówią o tym media, zwłaszcza media zagraniczne. Oraz gdy mówią o tym ludzie, z których opinią się liczymy.

Czyli: wstydzimy się za polityka nie wtedy, gdy zrobił coś złego lub głupiego, ale gdy nasze otoczenie uważa to za wstydliwe. Ta zasada działa też w drugą stronę – polityk mógł nie zrobić nic złego czy głupiego, mógł w ogóle nic nie zrobić, ale jeśli otoczenie zaczyna mówić o nim, że jest „obciachowy”, natychmiast odcinamy się od popierania obciachu.

Dokładnie w tym momencie polityk  traci poparcie – i przegrywa w najbliższych wyborach.

Przykładów na poparcie tej tezy jest aż nadto. Ale zanim przykłady, zajmijmy się samym wstydem. Wstyd to wg Słownika Języka Polskiego PWN: „przykre uczucie spowodowane świadomością niewłaściwego postępowania, niewłaściwych słów itp., zwykle połączone z lękiem przed utratą dobrej opinii.” Psychologowie rozszerzają tę definicję. Patricia i Ronald Potter-Efronowie w książce „Letting go of shame. Understanding how shame affects your life.” twierdzą, że wstyd to „bolesne przeświadczenie o własnej zasadniczej ułomności jako istoty ludzkiej. A osoba owładnięta wstydem czuje, że jako człowiek ma jakiś zasadniczy brak, defekt czy upośledzenie.” Już J.J. Rousseau pisał: „Nie to najciężej wyznać, co w nas jest zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne.”

Nie chcemy czuć wstydu – i już. Jest gorszy niż złość, smutek czy nienawiść. Stosujemy rozmaite mechanizmy obronne, by go nie czuć: zaprzeczamy, że jest; zaczynamy unikać ludzi i miejsc, które przypominają nam o wstydliwych sytuacjach. Zamieniamy wstyd w złość. Albo też wywyższamy siebie, a poniżamy innych – dzięki temu natychmiast wraca nam dobre samopoczucie.

O mechanizmach obronnych wobec wstydu świetnie pisze Anna Dodziuk: http://www.prometea.pl/index.php?list=go&idx=65

Ponieważ wstyd to tak trudne do zniesienia uczucie, polityk dostaje od swego wyborcy podstawowe zadanie: nie przynieś mi wstydu. To oczekiwanie ważniejsze od działania na rzecz kraju, miasta czy regionu, pomagania potrzebującym, tworzenia dobrego prawa etc. Wyborca oczekuje i żąda, by przez cztery lata nie musiał się wstydzić wyznając kolegom/koleżankom, na kogo głosował. Bo najgorszym obciachem w obywatelskiej Polsce jest głosować na obciachowego polityka. Koniec i kropka.

Problem w spełnieniu tego oczekiwania polega na tym, że polityk przynosi wstyd wtedy, gdy otoczenie uzna, że go przynosi – niezależnie od tego, czy rzeczywiście zrobił coś złego lub głupiego, czy też przytrafił mu się jakiś drobny, zupełnie ludzki błąd (niewstydliwy). Dla wyrobienia opinii istotne jest, czy polityk dał się na swoim błędzie złapać oraz jak na to zareagował – no i jak to zinterpretowały masowe media (do których dziś należy zaliczyć także portale społecznościowe). Jeśli dał się złapać, a na dodatek się tego wypiera – przegrał. Wywołuje obciach i zapłaci za to podczas najbliższych wyborów. Wielu polityków w Polsce doświadczyło tego na własnej skórze.

Oto najbardziej wyraziste przykłady:

1.Ryszard Petru, lider Nowoczesnej. Zrobiono mu zdjęcia, jak podczas kryzysu parlamentarnego w grudniu 2016 roku, gdy członkowie jego partii protestowali w Sejmie okupując salę sejmową, poleciał samolotem na Maderę razem z jedną z posłanek. Na zdjęciach wyglądali na zaprzyjaźnionych.

Czego wstydzili się wyborcy .N? Oficjalnie tego, że Petru złamał zasadę solidarności i w tak trudnej sytuacji zostawił swoich ludzi samych. Nieoficjalnie – prawdopodobnego romansu z posłanką. I tu znowu: nie sam romans był powodem do wstydu, ale fakt, że Ryszard Petru dał się na nim przyłapać. Z analizy opinii na ten temat, które ukazywały się wówczas na portalach społecznościowych, wynika właśnie to – romans nie wzburzył wyborców tak bardzo, jak fakt przyłapania na nim. Co więcej – nie miało znaczenia, że i Ryszard Petru, i posłanka zaprzeczyli swoim bliskim kontaktom, ani też to, że oboje natychmiast po wylądowaniu na Maderze wsiedli w samolot powrotny do Polski. Opinia publiczna już ich oceniła.

Efekt? Wyraźne spadki w poparciu dla .Nowoczesnej, jeszcze większe – dla jej lidera. Na pewno nie tylko z powodu wyjazdu na Maderę, ale największe spadki odnotowano właśnie po nagłośnieniu tego wydarzenia.

2. Jacek Protasiewicz, wówczas wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego i członek Platformy Obywatelskiej. Niemiecki tabloid zamieścił artykuł o tym, jak to (wg dziennikarzy) pijany europoseł na lotnisku we Frankfurcie krzyczał do obsługi lotniska „Heil Hitler”. „Bild” opisał sytuację na swojej stronie internetowej. Według tabloidu, Protasiewicz był pijany, krzyczał „Heil Hitler” i awanturował się z obsługą lotniska. Do tego, według „Bilda”, polski polityk zabrał innemu pasażerowi wózek na bagaże, słaniał się na nogach i jednocześnie był agresywny. Był to spory skandal europejski, bo Protasiewicz był wówczas wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Europoseł twierdził jednak, że było zupełnie inaczej. Przedstawiał swoją wersję wydarzeń, wskazywał na agresję obsługi lotniska – nic to nie dało. Opinia publiczna już uznała go za obciachowego, bo jednym z największych powodów „obciachu” jest napiętnowanie polskiego polityka w mediach zagranicznych.

3. Karol Karski – w 2008 r. jako europoseł PiS pojechał na Cypr na spotkanie Rady Europy. A tam podobno razem z kolegą wsiadł wieczorem do wózka golfowego. Przejażdżka melexem nie tylko odbiła się na stanie hotelu i jego otoczenia, ale też zakończyła się zatopieniem wózka w morzu. Podobno – bo zdjęć nie było. Ale media napisały. Wstyd na całą Polskę… A nawet Europę. Na nic wyjaśnienia głównego bohatera – wstyd był i już. Karol Karski zniknął potem na jakiś czas z polityki, po czym wrócił i udowodnił, że po kilku latach wstyd się zmniejsza, a wyborcy jednak wybaczają – w 2014 roku został ponownie wybrany eurodeputowanym. Ale zauważcie – stało się to dopiero po 6 latach od „akcji meleksowej”.

4. Jacek Saryusz-Wolski – to przykład najnowszy. I przykład na ambiwalencję poczucia wstydu: jedni się Saryusza-Wolskiego dziś bardzo wstydzą, inni widzą w nim wojownika o słuszne sprawy, który wziął na siebie wielką odpowiedzialność. Jacek Sarusz-Wolski, dotychczas eurodeputowany z PO, w marcu 2017 r. został oficjalnym kandydatem polskiego rządu na przewodniczącego Rady Europejskiej – jako konkurent wobec Donalda Tuska. A że rząd polski dziś tworzy PiS, a Donald Tusk to wieloletni lider PO – jedna część Polaków uznała to za zdradę, druga – za bohaterstwo. Oczywiście podobnie ambiwalentnie wypowiadały się na ten temat media. Na dodatek Jacek Saryusz-Wolski w tym czasie zaczął komunikować się z mediami w sposób nietypowy, czyli wyłącznie przez Twittera (niemożliwa była żadna rozmowa bezpośrednia), zaś komunikatami na Twitterze podważał dotychczasowy dorobek europejski Platformy, czyli tym samym – także swój własny, jako że był jednym z czołowych eurodeputowanych tej partii.

Poczuciu wstydu dali wyraz jego wyborcy, na ścianie jego biura poselskiego wieszając kalosz ze słomą i obraźliwy napis. A właśnie głos wyborców jest tu najistotniejszy – to ich opinia ma dla polityka największe znaczenie. Jeśli wyborcy uznają swego wybrańca za obciachowego – ten przegrywa. Na Jacka Saryusza-Wolskiego dziś nie ma kto głosować – żeby pozostać w polityce, będzie musiał do kolejnych wyborów pozyskać nowych wyborców, na dotychczasowych nie ma co liczyć – dla nich bowiem nie wywiązał się z podstawowego zadania, bo przyniósł im wstyd.

5. Bronisław Komorowski – jego przykład z czasów drugiej kampanii prezydenckiej to prawdziwa epopeja o wstydzie, manipulowaniu opinią publiczną i budowaniu czarnego PR-u (skutecznego, trzeba to przyznać). Można by o tym napisać książkę, analizując kolejne wskazywane przez media – ale najpierw przez obóz jego politycznych konkurentów – gafy prezydenta Komorowskiego. Za gafy i wpadki w tym czasie uchodziły nawet pojedyncze słowa, wypowiedziane np. podczas zagranicznej (znowu!) wizyty, drobne gesty, przejęzyczenia podczas publicznych wieców – perfekcyjnie „wydłubywane” z nagrań przez polityczną konkurencję.

Jeśli przypomnimy sobie, że za gigantyczną gafę uchodził fakt, iż polski prezydent podczas nieoficjalnej części wizyty w japońskim parlamencie powiedział do towarzyszącego mu gen. Kozieja: „Chodź Shogunie!” – będziemy mieli pojęcie, z jakich detali tworzono obraz „obciachowego Komorowskiego, który przynosi nam, Polakom, wstyd wszędzie, gdzie się tylko pokaże”. Słynne wejście na taboret w tym samym japońskim parlamencie uznano za kompletny brak wychowania – kto wchodzi na stołek nogami podczas oficjalnej wizyty! Na nic zdały się tłumaczenia, że w japońskim parlamencie stoi specjalny, niski taboret, na którym staje każdy mówca przemawiając. Opinia publiczna zdecydowała – to obciach! A my nie chcemy obciachowego prezydenta!

Mniej bezpośrednio i niezbyt jawnie mówiono też o obciachowej pani prezydentowej. Jako że pani prezydentowa ani nie wchodziła na taboret, ani nie mówiła o Shogunie, trudno jej było tę obciachowość jakoś przypiąć, przypięto ją więc do tego, co opinia publiczna wciąż ocenia u kobiet przede wszystkim – do wyglądu. Pani prezydentowa Komorowska nie była szczupłą, młoda kobietą w najmodniejszym obecnie stylu  – ale przecież wyglądała dokładnie tak samo pięć lat wcześniej, gdy Polacy uznali ją za właściwą do pełnienia funkcji Pierwszej Damy. Tym razem jej wygląd był obciachowy, o czym głośno mówiło się zakulisowo, a oficjalnie tylko sugerowało.

I co? I koniec. Uważam, że żadne pomysły kampanijne Bronisława Komorowskiego nie mogły zmienić wyniku wyborów – właśnie dlatego, że został uznany za obciachowego. Czy naprawdę taki był – nie miało żadnego znaczenia. Opinia publiczna zdecydowała. A Polacy nie chcą mieć obciachowego prezydenta.

6. W tym obrazie polskich polityków warto przyjrzeć się nastawieniu Polaków do niektórych polityków PiS-u. Ich sytuacja doskonale pokazuje bowiem, że poczucie wstydu zależy wyłącznie od reakcji otoczenia. Dziś Polska politycznie to dwa spolaryzowane plemiona. Są ci, którzy kochają PiS, i ci, którzy go nienawidzą. To, co robią niektórzy politycy PiS-u, dla „nienawidzących” jest powodem do wstydu głębokiego, codziennego, budzącego bezsilność, a nawet rozpacz. Wstyd budzą ich publiczne wypowiedzi, jest więc to wstyd odczuwany bardzo często. Podczas jednej z ulicznych demonstracji osoba prowadząca protest czytała głośno wypowiedzi polityków PiS (bez żadnych komentarzy), a tłum skandował: „hańba!”, gwizdał, krzyczał i tupał. Rzecz jasna, była to demonstracja „nienawidzących”.

Jednak te same wypowiedzi u członków plemienia „kochającego” PiS nie budzą wstydu – wręcz przeciwnie, są przejawem troski o najważniejsze wartości społeczne i obywatelskie. U tych osób wstyd budzą wypowiedzi polityków opozycji – i na nie także reagują bardzo gwałtownymi emocjami.

Ten układ, niezależnie od problemu głębokiej polaryzacji społeczeństwa, dla samych polityków nie jest groźny: dopóki ich wypowiedzi popierają ich wyborcy, wstyd politycznych przeciwników nie jest żadnym problemem. Wręcz przeciwnie, budzi jeszcze większe zaangażowanie społeczne. Problemem byłaby sytuacja odwrotna, taka, w jakiej znajduje się poseł Jacek Saryusz-Wolski – jego dzisiejsze wypowiedzi popierane są przez jego dotychczasowych przeciwników politycznych, nie identyfikują się zaś z nimi jego wyborcy. Problem poparcia podczas wyborów nabiera więc realnych kształtów. Natomiast politycy PiS nie muszą się tym martwić – ich wypowiedzi są bowiem w zgodzie z oczekiwaniami ich wyborców.

Uważam, że to właśnie poczucie wstydu zdecyduje, kto przegra, a kto wygra następne wybory w Polsce. Kluczem do zwycięstwa będzie zgromadzenie wokół siebie większości zawstydzonej zachowaniem przeciwników. Oczywiście, najistotniejsze będą opinie mediów oraz użytkowników portali społecznościowych.  Kto zdoła zbudować przekonanie w innych, że „konkurenci to obciach” – wygra. Jak to przekonanie zbuduje – to już odrębna historia. Jednak polityczne używanie wstydu to zawsze gra stricte manipulacyjna, niezależnie od tego, kto prowadzi tę rozgrywkę.

Ps. Wg badań dr Brene Brown, która badaniu wstydu poświęciła wiele lat życia, dla mężczyzny największym wstydem jest… porażka. Dlatego często jako społeczeństwo wstydzimy się przegranych. Częściej wstydzą się ich mężczyźni niż kobiety (dla kobiet porażka nie musi wiązać się z poczuciem wstydu).

Tu możesz posłuchać wystąpienia Brene Brown o wstydzie: https://www.ted.com/talks/brene_brown_listening_to_shame?language=pl

Co więc robią przegrani politycy? Chowają się. Przynajmniej na jakiś czas. Możesz to łatwo sprawdzić: przypomnij sobie jakiegoś wielkiego przegranego i sprawdź, przez jaki czas po porażce nie było o nim słychać.

Co ciekawe, w polityce przegranym nie zawsze jest ten, który naprawdę przegrał. Czyli niekoniecznie wstydzić musi się np. kandydat, który poniósł klęskę w wyborach. Poczucie wstydu za jego porażkę może być przerzucone na kogoś innego, np. na jednego z doradców, na szefa sztabu wyborczego, na autora strategii wizerunkowej. Bo przecież kluczowe jest to, kogo wskaże otoczenie – a nie kto naprawdę ponosi odpowiedzialność za klęskę.

Że już nie wspomnę o tym, iż porażka nie jest powodem do wstydu!

Ale cóż – jestem kobietą. 😉