Boty Dudy to nie wszystko. Polityczna manipulacja w sieci jest wszechobecna

Politycy w Polsce używają nie tylko botów. Powszechnie wykorzystywane są też inne internetowe narzędzia, a głównym problemem jest ich niejawność. Nie mamy pojęcia, że ulegamy wpływowi fake’owych kont, kupionych lajków czy automatycznie generowanych wpisów. Potrzebujemy przejrzystości i prawnych regulacji social mediów, by skończyć z manipulowaniem wyborcami.

Dowód na użycie botów, czyli automatycznych kont tworzących wpisy, w kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy opublikowały w piątek Gazeta Wyborcza i Radio Zet. Dziennikarze Wojciech Czuchnowski i Mariusz Gierszewski znaleźli w dokumentach Państwowej Komisji Wyborczej załącznik do umowy zawartej przez Komitet Wyborczy  Dudy, w którym zapisano, że firma ma co miesiąc stworzyć tysiąc wątków tematycznych i dokonać 5 tys. wpisów automatycznych, za każdy otrzymując 2 zł. Pod umową znajduje się pieczęć i podpis pełnomocnika finansowego komitetu wyborczego. Umowę zawarto ze spółką ELCHUPACABRA. Jej właścicielami było dwóch asystentów posła PiS Adama Bielana.

Ta informacja wywołała burzę. Adam Bielan stwierdził, że umowa dotyczyła moderowania strony internetowej andrzejduda.pl (taki adres znajduje się w umowie), a nie używania botów, ale jednocześnie zaznaczył, że sam nie brał udziału w kampanii. Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski zapewnił, że w kampanii Andrzeja Dudy nie podejmowano żadnych nieetycznych działań, a sam prezydent w sobotę na Twitterze napisał, że informacje medialne nt. botów to „typowy fake news”. Jednak treść opisanego załącznika jest jasna. Wpisy automatyczne nie mogą oznaczać nic więcej jak właśnie użycie botów – bo boty to konta generujące automatyczne reakcje lub komentarze w sieci.

Mamy twardy dowód

Oczywiście, wpisy mogły pojawiać się w różnych miejscach: w określonych mediach społecznościowych, na forach albo np. na stronie andrzejduda.pl. Niezależnie od miejsca 5 tys. wygenerowanych sztucznie komentarzy miesięcznie musiało mieć wpływ na wizerunek kandydata – lub jego przeciwnika, nie wiemy przecież, jaka była treść wpisów.

Nawet gdyby więc przyjąć wyjaśnienia za dobrą monetę i uznać, że wszystkie automatyczne wpisy pojawiały się na witrynie kandydata – także wtedy oddziaływały one na poglądy wyborców, nieświadomych, że czytają opinie nie prawdziwych ludzi, lecz sztucznych kont, i że opinie te zostały przygotowane przez firmę współpracującą ze sztabem wyborczym.

Najistotniejsze nie jest jednak to, gdzie automatyczne wpisy się pojawiały, tylko fakt, że mamy wreszcie twardy – inny niż analiza sieci – dowód na użycie płatnych sztucznych kont w kampanii.

Warto pamiętać, że mówimy o 2015 roku, kiedy to po raz pierwszy na tak dużą skalę w polskiej polityce wykorzystano tego typu narzędzia internetowe. Do ich stosowania przygotowany był sztab Dudy, nie był natomiast – sztab Komorowskiego. Nic nie wiedzieli o nich również wyborcy – i to jest najistotniejsze. O tym, jak wpływają na użytkowników sieci boty, mieliśmy się dowiedzieć dopiero rok później, po ujawnieniu praktyk internetowych w kampanii Trumpa. Dziś nikt nie jest więc w stanie ocenić, w jakim stopniu automaty wpłynęły na wynik polskich wyborów prezydenckich. Wiadomo jednak, że swoją rolę w zniechęcaniu wyborców do Bronisława Komorowskiego odegrało wyśmiewanie jego zachowań, mocno nakręcane właśnie w mediach społecznościowych.

Trolle: milionowe zasięgi w ciągu kilku godzin

Ale konta automatyczne to tylko jedno z kilku używanych narzędzi. Innym są konta trollerskie, zorganizowane w duże grupy, mające swoich koordynatorów. Ich celem jest sianie hejtu i ośmieszanie konkretnych akcji, wpisów czy ludzi. Trolli używał zarówno PiS, jak i PO – do czego przyznała się w 2015 roku premier Ewa Kopacz. Była to wówczas reakcja PO na działania PiS-u w kampanii prezydenckiej. Grupy trollerskie działające po prawej stronie działają jednak do dziś, i są na tyle dobrze zorganizowane, że potrafią w ciągu kilku godzin, przy wsparciu prawicowych portali informacyjnych, wygenerować na Twitterze akcję, która dociera do miliona użytkowników. Jedną z ostatnich była sytuacja, gdy na Twitterze pojawił się filmik z Rafałem Trzaskowskim, kandydatem Koalicji Obywatelskiej (PO i .N) na prezydenta Warszawy, mocującym prowizorycznie szybę do drzwi za pomocą taśmy klejącej. Film był powszechnie obśmiewany, ale po jakimś czasie prawa strona stworzyła hashtag #RobotaRafała – i to właśnie on w ciągu dwóch godzin zdobył milionowy zasięg na Twitterze. W szczycie aktywności tweety z hashtagiem pojawiały się co kilkanaście sekund. To samo działo się w przypadku hashtagu #ACTA2 – prawa strona wykorzystała go do uderzenia w Platformę, w szczytowym momencie tweety pojawiały się z częstotliwością 42 wpisów na minutę.

Czy podczas takich akcji wykorzystywane są boty? Możliwe. Boty służą przede wszystkim do rozpowszechniania określonych treści w sieci. Generują niskie zasięgi (ponieważ zazwyczaj nikt takich kont nie obserwuje albo są to nieliczni użytkownicy), ale za to wysokie liczby reakcji pod postem. A to jest sygnał dla algorytmów obsługujących media społecznościowe, by promować angażujący wpis, pokazując go większej liczbie użytkowników. Boty można wykorzystać również do zamieszczania automatycznych wpisów czy komentarzy. Z reguły są one podobne do siebie, mało finezyjne w treści – ale wpływają już nie tylko na algorytmy, ale też na psychikę czytelników.

Uruchamia się wówczas tzw. zasada społecznego dowodu słuszności, opisana przez znanego włoskiego psychologa Roberta B. Cialdiniego: kiedy nie wiemy, jak się zachować, kierujemy się tym, co robi większość. Dlatego najłatwiej jest nam zareagować na wpis tak samo, jak inni. Im więcej osób uważa jakiś wpis za wartościowy, tym chętniej do nich dołączymy.

A jeśli zobaczymy dużo komentarzy krytycznych, obśmiewających post czy osobę, też chętnie przyjmujemy to samo zdanie, głównie po to, by poczuć się bezpiecznie i komfortowo. Automatycznie generowane, sztuczne wpisy, podobnie jak trolle, mogą w ten sposób wpływać na nasz sposób myślenia np. o konkretnym kandydacie.

500 tweetów dziennie – boty na politycznych usługach

W 2015 roku boty były nowością w polskiej polityce. Dziś są powszechnym narzędziem. Choć polscy politycy twierdzą, że ich nie używają, tak naprawdę korzysta z nich wiele ugrupowań. Niektórzy politycy kupują też komercyjne lajki czy fanów, by poprawić swój wizerunek w mediach społecznościowych. W użyciu są także lajki ukryte, czyli takie, które podnoszą liczbę reakcji pod wpisem, ale same pozostają niewidoczne. To też służy oddziaływaniu na algorytmy.

Przykładem bota opozycyjnego jest konto „Witold Głogowski”. Istnieje przynajmniej siedem kont o nieco różniących się od siebie nazwach, ale założonych na to samo nazwisko.

Konta były aktywne w różnych okresach, obecnie są nieużywane – ale łatwo na przykładzie jednego z nich zaobserwować sposób działania botów. Konto @WitoldOgowski działało – jak wynika z analizy dokonanej za pomocą narzędzia Social Bearing – od 24 września 2017 roku. Jego ostatni tweet pochodzi z 12 listopada 2017. Przez 49 dni konto wygenerowało 26765 tweetów, z czego 99 proc. to były retweety, czyli wpisy podane dalej – to bardzo charakterystyczna struktura dla botów, które nie tworzą własnych treści. Oznacza to, że dziennie ten bot podawał dalej 546 tweetów. Po czym zamilkł i dziś jest to konto nieaktywne.

Z lewej strony znajdują się dane ogólne na temat konta; liczba tweetów na dzień liczona jest tak, jakby konto cały czas było aktywne, choć nie działa od listopada 2017, stąd różnica w danej na wykresie i w artykule; po prawej stronie pokazywana jest struktura części analizowanych tweetów, stąd inne liczby całościowe)

Na rzecz prawej strony działało natomiast choćby konto @AwekWolny, już nieistniejące, które opisywałam w czerwcu w artykule na temat botów aktywnych podczas kampanii prezydenckiej w Warszawie. Było charakterystyczne, bo (jak widać na poniższych screenach) m.in. wielokrotnie publikowało te same treści lub zdjęcia, o treści anty-opozycyjnej oraz korzystnej dla PiS. Dziennie tworzyło w ten sposób średnio 173 tweety.

Inne, wciąż aktywne konto działające na rzecz PiS, nosi nazwę @kozalinka53, istnieje od grudnia 2015 roku, wygenerowało 126531 tweetów, a w ostatnich sześciu dniach – 2596 tweetów, czyli średnio 432 tweety dziennie, i są to same re-tweety, nie ma żadnej własnej aktywności. Teoretycznie jest możliwe, że takie konto obsługuje człowiek, który non stop podaje dalej czyjeś tweety – ale nawet jeśli, to jego wpływ w sieci jest dokładnie taki sam jak automatycznych kont. A przecież chodzi właśnie o oddziaływanie, a nie o to, czy udało się czynność podawania dalej zautomatyzować, czy też wciąż klikaniem zajmuje się człowiek.

Warto przy tym wiedzieć, że zarządzający botami programiści mogą w każdej chwili zrezygnować z automatyzacji konta, a wtedy – np. dla udowodnienia, że wcale nie mamy do czynienia z botem, pojawia się na nim kilka zwyczajnych wpisów. To nie zmienia jednak ogólnego jego zachowania.  Z tego powodu jednak naukowcy zajmujący się botami ostrożnie je opisują, wskazując głównie na charakterystyczną strukturę ich aktywności, poza tym mówią również o cyborgach – czyli kontach łączących aktywność maszyny i człowieka, oraz ogólnie o kontach fake`owych, czyli takich, za którymi nie stoi zwyczajny, nieopłacany użytkownik social media. Są ich miliony.  Jak podawała niedawno Gazeta Wyborcza, wg najnowszych danych na Facebooku istnieje nawet 90 mln fałszywych kont, na Twitterze – do 10 mln. Większość jest wykorzystywana w biznesie, nie w polityce.

Potrzebujemy jawności w korzystaniu z narzędzi internetowych w kampanii

W polskiej sieci jest też wiele uśpionych botów, które obserwują czołówkę polskiej sceny politycznej. Nowe fermy botów pojawiające się co jakiś czas obserwuję od listopada 2017  zarówno u prezydenta Andrzeja Dudy, Donalda Tuska, Grzegorza Schetyny, jak i Janusza Korwin-Mikkego, innych krajowych polityków czy znanych publicystów. Są wśród nich konta zarówno polskie, jak i zagraniczne (np. ferma chińskich botów z wiosny 2018). W lipcu, gdy Twitter oficjalnie zapowiedział, że usuwa fake’owe konta, w Polsce Jerzy Buzek stracił 2,97 proc. fanów, Andrzej Duda – 0,89 proc., a np. Ryszard Czarnecki – 1,24 proc.

To jednak nie w narzędziach leży główny problem dotyczący polskich kampanii wyborczych. Nowoczesne narzędzia internetowe są i będą używane. Najważniejsze jest, by nie służyły do manipulacji wyborcami.  A to oznacza jawność ich wykorzystania, która powinna być zapisana w Kodeksie Wyborczym. Podczas prac nad kodeksem konieczne będzie ustalenie, które narzędzia są dopuszczalne, a które nie.

  • Czy zgodzimy się jako społeczeństwo na boty, czy też uznamy, że są na tyle nieetyczne, iż nie mogą służyć do przekonywania wyborców?
  • A co z kupowaniem fanów lub lajków?
  • Jeśli jest to dopuszczalne, w jaki sposób my jako użytkownicy social media powinniśmy się o takiej praktyce dowiadywać?
  • Co z sytuacją, gdy reklamę wyborczą finansuje ktoś z zewnątrz, np. z innego państwa – a może się to dziać nawet bez wiedzy osoby reklamowanej?

Taka dyskusja w Polsce się jeszcze nie odbyła, choć pilnie jej potrzebujemy.

 

Artykuł opublikowany na Oko.Press

Deklaracja Prawdy – czy to recepta na walkę z fake newsami, także w Polsce?

Czy to w ogóle możliwe? Staroświecka nieco – jako mechanizm samokontroli społecznej – przysięga, w której deklaruje się w konkretny sposób dbać o prawdę w Internecie: czy to może być jedna z metod zwalczających fake newsy w sieci? Amerykańscy naukowcy nie tylko wymyślili ten sposób, ale i sprawdzili po pewnym czasie jego skuteczność. Co się okazało? Przysięga zadziałała! Ponieważ w Polsce także mamy rosnący problem z fake newsami, warto przyjrzeć się pomysłowi Amerykanów – i być może dołączyć do ich projektu. To prostsze niż mogłoby się wydawać.

Cały demokratyczny świat szuka dziś recepty na zalewającą Internet falę fake newsów – fałszywych informacji, świadomie udostępnianych w sieci, by wprowadzić w błąd odbiorców i osiągnąć z góry założony cel. Do tej pory, poza rosnącymi oczekiwaniami wobec firm zarządzających mediami społecznościowymi oraz stronami fakt-checkingowymi, nie było pomysłu, jak z nimi walczyć. Pojawił się jednak pewien ciekawy – bo bardzo prosty i dostępny dla każdego – pomysł. Zaproponowała go grupa naukowców skupionych wokół projektu Pro-Truth Pledge. Przetłumaczę tę nazwę roboczo jako Deklaracja Prawdy.

Gleb Tsipursky z Uniwersytetu w Ohio napisał ostatnio o tym projekcie, ale i o badaniach potwierdzających jego skuteczność (to ważne!)  na stronie https://theconversation.com/uk i do tego tekstu będę się przede wszystkim odnosić. Sam projekt oczywiście również ma swoją witrynę: https://www.protruthpledge.org/.

Chodzi o inicjatywę amerykańskich behawiorystów, którzy postanowili wykorzystać swoją wiedzę o zachowaniach ludzi do walki z fake newsami. Jak wynika z badań przeprowadzonych w wielu krajach na świecie, znacząca część użytkowników sieci – ok. 70-76 procent – udostępnia informacje w mediach społecznościowych nie czytając ich. Aż tyle osób poprzestaje na przeczytaniu nagłówka! Jednocześnie w USA (w Polsce brak danych) 14 proc. Amerykanów przyznało się, że udostępnia fake newsy świadomie, gdy przynoszą one korzyści dla grupy, z którą się identyfikują – np. partii politycznej.

 

Deklaracja Prawdy – 12 wskazówek, jak się zachowywać w sieci

Jak zauważyli behawioryści, jednocześnie jednak ludzie mają potrzebę bycia uczciwymi, a przynajmniej – bycia postrzeganymi w ten sposób. Przy tym – ludzie kłamią znacznie rzadziej, gdy wiedzą, że mogą z tego powodu ponieść negatywne konsekwencje, ale też gdy przypomina się im o zasadach etycznych lub gdy sami zobowiązują się do uczciwości. To żadne odkrycie, lecz prawidłowość znana od lat, mamy przecież długowieczną tradycję składania przysięgi czy przyrzeczenia, wykorzystywaną w najpoważniejszych przestrzeniach życia, m.in. w sądach czy kościołach.

Naukowcy z Uniwersytetu w Ohio i Uniwersytetu of Pennsylvania wpadli na pomysł, by mechanizm ten wykorzystać do walki z dezinformacją.  Stworzyli zobowiązanie, którego celem jest promowanie uczciwości w Internecie. W Deklaracji Prawdy wskazano 12 zachowań, w które mają angażować się ci, którzy podejmą zobowiązanie. Chodzi przede wszystkim o czytanie informacji przed udostępnieniem, sprawdzanie wiarygodności źródeł, proszenie innych o wycofanie się z fałszywych informacji czy zniechęcanie do korzystania z niewiarygodnych źródeł. Ale też – co w Polsce szczególnie ważne – o obronę tych, którzy są atakowani za udostępnianie w sieci prawdziwych choć niewygodnych informacji.

protruth

Koordynacją projektu zajęła się organizacja pozarządowa International Insights. Do tej pory przysięgę złożyło ponad 7 tysięcy osób, w tym naukowcy, filozofowie, prawnicy.

 

Przysięga zadziałała!

Najciekawsze zaczyna się jednak dopiero teraz. 10 miesięcy po rozpoczęciu projektu pomysłodawcy zbadali, czy podjęcie się zobowiązania rzeczywiście wpływa na ograniczenie rozprzestrzeniania się fake newsów. Uczestnicy wypełniali ankietę, w której oceniali swoje zachowanie sprzed złożenia przysięgi i po jej złożeniu. Sprawdzono też ich rzeczywiste działania na Facebooku – oceniono, jakie wiadomości udostępniali przed i po podjęciu zobowiązania. W obu przypadkach okazało się, że przysięga wpłynęła na zachowanie badanych. Stwierdzono istotne, wyraźnie widoczne statystycznie zmiany – uczestnicy udostępniali znacznie mniej nieprawdziwych informacji, powoływali się również na bardziej wiarygodne źródła.

Czyli – zadziałało! Złożenie przysięgi i poinformowanie o tym publicznie (uczestnicy są prezentowani na stronie internetowej projektu) wywołało znaczący efekt w postaci samokontroli swego zachowania w sieci.

Oczywiście, takie zobowiązanie może być tylko częścią walki z dezinformacją w sieci. Nie zmieni ono potrzeby wprowadzania rozwiązań systemowych przez m.in. właścicieli mediów społecznościowych. Może natomiast wpłynąć na zachowania dużych grup ludzi – jeśli do projektu włączą się osoby będące autorytetami w swoich środowiskach.

Uważam, że poziom dezinformacji w polskich mediach społecznościowych jest dziś tak wysoki (a będzie jeszcze rósł podczas wszystkich kampanii wyborczych), że powinniśmy poważnie rozważyć każdy pomysł, dający szanse na ograniczenie tego zjawiska. Pomysł Amerykanów jest genialny – bo prosty, bezkosztowy i dający możliwość uczestnictwa każdemu zainteresowanemu. Aby zafunkcjonował w Polsce, potrzebni są liderzy – uznane autorytety, które podejmą to zobowiązanie; potrzebna jest także organizacja czy instytucja, która jako pierwsza włączy się w projekt i podejmie działania koordynujące. Potrzeba więc woli działania – i decyzji.

Pytanie, czy stać nas dziś na to, by uczynić znów prawdę priorytetem w życiu publicznym?

Czy damy radę to zrobić?

Czy znajdą się ludzie, którym na tym zależy?

Bardzo do tego namawiam.

 

Oto przetłumaczona „na roboczo” Deklaracja Prawdy:

Przysięgam, że będę usilnie starał się:

1. Dzielić się prawdą:

  • Weryfikacja: sprawdzaj, czy informacje o faktach są prawdziwe, zanim je zaakceptujesz i udostępnisz.
  • Równowaga: podziel się całą prawdą, nawet jeśli niektóre jej aspekty nie potwierdzają Twojej opinii.
  • Cytowanie: udostępniaj źródła, aby inni mogli zweryfikować Twoje informacje.
  • Wyjaśnianie: rozróżnij opinię od faktów.

2. Honorować prawdę:

  • Potwierdzanie: potwierdzaj, że inni dzielą się prawdziwymi informacjami, nawet jeśli nie zgadzasz się z nimi.
  • Ponowne sprawdzanie: sprawdź ponownie, czy dane nie są kwestionowane, wycofaj się, jeśli nie możesz ich zweryfikować.
  • Obrona: broń innych, kiedy są atakowani za udostępnianie prawdziwych informacji, nawet jeśli nie zgadzasz się z tymi informacjami.
  • Porządkowanie: dopasuj swoje opinie i działania do prawdziwych informacji.

3. Zachęcać do prawdy:

  • Naprawianie: proś ludzi o wycofanie informacji, które wiarygodne źródła obaliły, nawet jeśli są oni Twoimi sprzymierzeńcami, a obalone informacje są zgodne z Twoim światopoglądem.
  • Edukacja: współczująco informuj osoby wokół Ciebie, że używają niewiarygodnych źródeł i proś o zaprzestanie ich używania, nawet jeśli te źródła wspierają Twoją opinię.
  • Odroczenie: uznaj, że opinie ekspertów będą bardziej trafne, gdy fakty zostaną merytorycznie przedyskutowane.
  • Celebrowanie: uszanuj i pogratuluj tym, którzy wycofają niepoprawne stwierdzenia. Aktualizuj swoje przekonania tak, by były prawdziwe.

Dezinformacja z 10 sekund milczenia Schetyny. Manipulacje w sieci

Widziałeś/-aś w sieci filmik o tym, jak to niby Schetynę „zatkało” i podobno nie umiał podać ani jednego sukcesu swojego rządu? To była jedna z bardziej cynicznych akcji świadomego rozpowszechniania dezinformacji w polskiej przestrzeni publicznej w ostatnich miesiącach. Manipulacja jakby żywcem wyjęta ze słownikowej definicji tego pojęcia. W rolach głównych: Grzegorz Schetyna jako przedmiot manipulacji; oraz manipulatorzy – Paweł Kukiz i TVP Info. Do dezinformacji wystarczyło 10 sekund milczenia Schetyny podczas konferencji.

19 kwietnia lider Platformy Grzegorz Schetyna ma konferencję prasową w Szczecinie. W którymś momencie pytanie zadaje mu dziennikarz lokalnej telewizji internetowej TV Goleniów.  Chce, by Schetyna wymienił kilka sukcesów rządu PO/PSL. Schetyna się zastanawia – przez 10 sekund. Potem odpowiada, dość długo. TV Goleniów montuje fragment nagrania z pytaniem dziennikarza i 10 sekundami milczenia Schetyny, kończąc całość planszą z napisem:” Chcesz poznać odpowiedź? Zapraszamy na www.goleniow.net.pl”. Wrzuca to do Internetu (https://www.youtube.com/watch?v=o6Cf7g-UVuk), jednocześnie zamieszczając też całość nagrania z konferencji (https://www.youtube.com/watch?v=0OYt5YJN0Ag).

 

Pierwszy śmieje się Paweł Kukiz

Nikt, kto obejrzy do końca krótką zajawkę, nie może sądzić, że odpowiedzi nie było – była, tylko żeby ją obejrzeć, trzeba wejść na inną stronę. Potem jednak ktoś przemontowuje filmik: usuwa końcowe plansze i domontowuje fragment z polskiego filmu „Rejs”. Ostatnia zamieszczona w nagraniu fraza z „Rejsu” brzmi: „Pytania są tendencyjne!”. Nagranie w tej wersji zamieszcza na swoim profilu internetowym Paweł Kukiz – robi to 20 kwietnia o godz. 7.57 rano.

dezinfo_schetyna_kukiz1

Nagranie chwyta, ma setki tysięcy wyświetleń i tysiące udostępnień. Wszyscy padają ze śmiechu, że „Schetynę zatkało” i nie potrafił wymienić ani jednego sukcesu rządu PO/PSL.  Tego samego dnia film pojawia się w sieci w jeszcze jednej wersji – 20 sekund nagrania, bez planszy TV Goleniów i bez fragmentów z „Rejsu”. Tę wersję oraz wersję Pawła Kukiza zaczynają rozpowszechniać w sieci nie tylko zwykli użytkownicy, ale też prawicowe portale: Niezależna.pl, Wprawo.pl, Wmeritum.pl, TelewizjaRepublika.pl, Dorzeczy.pl. Informują co prawda, że Schetyna ostatecznie „powiedział parę zdań”, ale „w pamięci pozostaje pierwsza reakcja Schetyny” (Dorzeczy.pl).

Do portali dołączają kolejni politycy, np. w piątek o godz. 9.21 nagranie publikuje na swoim profilu poseł Patryk Jaki. Pisze przy tym o znokautowaniu opozycji przez dziennikarza TV Goleniów.

dezinfo_schetyna_jaki

Żadne z mediów nie zamieszcza linku do pełnego nagrania konferencji, które cały czas jest dostępne na stronie internetowej lokalnej telewizji – ba, nikt nawet o nim nie wspomina! Bańki informacyjne (czyli ograniczenie kontaktów w mediach społecznościowych do własnego środowiska) sprawiają, że przez długi czas nikt z opozycji nie odnosi się do nagrania, może więc ono funkcjonować w sieci bez żadnego dementi.

 

TVP Info: Grzegorz Schetyna zaniemówił

W sobotę, 21 kwietnia 2018 r. ok. godz. 14.30 20-sekundowy film udostępnia na Twitterze TVP Info. To moment, w którym nagranie wychodzi z prawicowej bańki informacyjnej i dociera do obozu antyPiS. Dwie godziny później jako pierwsze z antyPiS-owskiej przestrzeni konto @Polskawruinie1 upublicznia pod tweetem TVP link do pełnego nagrania z konferencji.

dezinfo_schetyna1

To przełom. Zaczyna się dementowanie, zestawiane są dwa nagrania – opublikowane przez TVP Info oraz całościowe. W komentarzach pojawiają się stwierdzenia, że to manipulacja. Jednak TVP Info jeszcze przez wiele godzin ma tę wiadomość na pierwszym miejscu swojego timeline`a – tweet został przypięty, tzn. oznaczono go tak, by był widoczny jako pierwszy dla każdego, kto wejdzie na konto TVP. To skuteczny sposób promowania treści.

Czy TVP Info albo Paweł Kukiz mogli manipulować przekazem w sposób nieświadomy? Trudno uwierzyć, by osoby doświadczone medialnie nie miały świadomości, że nagranie jest tylko fragmentem większej całości. A jeśli miały, to dezinformację zamieszczono celowo i świadomie ją rozpowszechniano, wiedząc, że prawda o konferencji jest zupełnie inna: Schetyna odpowiedział na pytanie.

 

Dezinformacje? To będzie ich czas w Polsce. Niestety.

Obserwowanie mediów społecznościowych w Polsce każe przypuszczać, że dezinformacje będą coraz częściej wykorzystywane do walki politycznej. Są skuteczne i trudne do zdementowania. Niestety, powstają już aplikacje, dzięki którym w prosty sposób można będzie nie tylko wycinać fragmenty nagrań, ale też podkładać głos pod nagranie tak, by odbiorcy nie wiedzieli o zmianie ścieżki dźwiękowej. W sieci popularny jest film obrazujący to zjawisko: jeden z amerykańskich aktorów podkłada głos pod nagranie wypowiedzi prezydenta Obamy. Robi to w taki sposób, że odbiorca nie ma szans, by zorientować się w manipulacji.

Kiedy tego typu aplikacje upowszechnią się i staną się jeszcze prostsze w obsłudze, możemy spodziewać się ich wykorzystania w polskiej polityce. Niestety, dziś nie ma narzędzia, które pozwoliłoby w prosty sposób ujawnić, iż tego typu nagranie jest fałszywe. Wydaje się, że w przestrzeni publicznej jedyną możliwą obroną będzie prezentowanie prawdziwego nagrania oraz wytaczanie procesów sądowych. Chyba nic poza nieuchronnością kary nie ochroni nas przed tego typu oszustwami.

 

Fragment tekstu opublikowanego także na portalu OKO Press.

Kto bronił ministra Macierewicza? Dezinformacja na polskim Twitterze – akcja 2

Polski mistrz dezinformacji objawił się na Twitterze. Pod utworzoną przez niego, kpiąco-ironiczną z jego punktu widzenia petycją w obronie Antoniego Macierewicza podpisało się ponad 9 tysięcy osób. Autor chyba nie przewidział, że w jego apel tak gremialnie uwierzą zwolennicy polityka. Niezależnie od intencji jego petycja zamieniła się w wielką polską sieciową dezinformację – i jako taka przejdzie do klasyki polskich mediów społecznościowych.

9 stycznia premier Mateusz Morawiecki ogłasza zmiany w rządzie. Jednym z najgorętszych tematów natychmiast robi się dymisja ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza. Ten polityk ma tak wielu zwolenników, że decyzja premiera wyraźnie oburza część elektoratu partii rządzącej.  Popierający Macierewicza od końca listopada podpisywali petycję w jego obronie na portalu Niezalezna.pl, jest tam ponad 16 tysięcy podpisów. Ale 9 stycznia sytuacja zmienia się na gorszą – minister traci stanowisko. Prawicowy elektorat wrze. Jak wynika z danych udostępnianych przez portal Polityka w sieci, liczba  wzmianek na temat Macierewicza na Twitterze tego dnia rośnie w szalony sposób, ostatecznie osiągając prawie 16 tysięcy.

mac11

09.01.2018, 19.37: „A gdyby tak rzucić prawym kochanym petycję…”

Wieczorem tego dnia jeden z użytkowników polskiego Twittera, używający nicka @Napalony Wikary, wpada na pomysł, by na jednym z portali zbierających podpisy pod petycjami online założyć petycję w obronie Antoniego Macierewicza. Pisze o tym o godz. 19.37 jako o żarcie, kpinie.

mac9

Kilka minut po 20-tej petycja już jest. Zaczyna się od słów: „Żądamy przywrócenia Antoniego Macierewicza na stanowisko Ministra Obrony.” Autorem petycji jest anonimowy Bartosz Z.  I jak się okazuje, trafia swoim pomysłem w sam środek rozgrzanego do czerwoności kotła.

@Napalony Wikary o 20.09 tweetem informuje o założeniu petycji, używając przy tym hashtagów charakterystycznych dla użytkowników Twittera, którzy popierają partię rządzącą:  #DrugaZmiana oraz #Prawi. W następnym wpisie zawiadamia o petycji kilku prawicowych dziennikarzy i portali informacyjnych oraz prawicowych użytkowników Twittera z dużymi zasięgami postów.

mac10

 

09.01.2018 między 20.09 a 21.12: tweet zaczyna się rozchodzić

Od początku większość odbiorców w petycji nie widzi żartu ani fake`a, tylko prawdziwą obywatelską reakcję na decyzję podjętą przez premiera. Co ciekawe, w takim jej odbiorze nie przeszkadzają nawet mocne polityczne sformułowania w treści petycji, które ustawiają prawicowy elektorat przeciwko rządzącym: „Niestety, polityczne intrygi części obozu „dobrej zmiany” oraz środowisk dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych najpierw doprowadziły do kampanii zohydzającej postać Antoniego Macierewicza, a następnie do jego odwołania z piastowanego stanowiska Ministra Obrony Narodowej. W związku z powyższym my, wyborcy Prawa i Sprawiedliwości oraz wielu innych środowisk patriotycznych, zwracamy się z apelem do Pana Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy, Pana Prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego o przerwanie antypolskiego chocholego tańca i przywrócenie Antoniego Macierewicza na zajmowane uprzednio stanowisko.”

Jak twierdzi pomysłodawca apelu, on chciał „strollować prawych kochanych, ale wyszło jak wyszło”.

mac13

 

09.01.2018, 21.12: Petycję z Twittera uwiarygadniają media

Dezinformacja od pierwszej chwili udaje się perfekcyjnie. Już o godz. 21.12 artykuł o petycji zamieszcza bardzo szacowne medium – dziennik „Rzeczpospolita”.  Petycja ma wówczas zebranych zaledwie kilkanaście podpisów, ale informacja idzie w świat.

mac12

Tuż po godz. 22-giej „Rzeczpospolita” aktualizuje tekst dodając, że petycja ma charakter prześmiewczy, jednak informację o zbiórce podpisów podają kolejne media. Najpierw Wirtualna Polska i Niezależna.pl. Następnego dnia rano – Dorzeczy.pl, Wolnosc24.pl, NaTemat.pl, Wprost.pl, Radio Zet, Kresy.pl, a nawet Radio Maryja. Niektóre informują (często na końcu tekstu) o prześmiewczym wg jej autora charakterze petycji, inne nie.

mac_media

10 stycznia od rana rusza lawina. Petycja rozchodzi się błyskawicznie w mediach społecznościowych. Do jej podpisywania zachęcają się użytkownicy Facebooka w wielu prawicowych grupach, np. „Polska zawsze niepodległa” (12 tys. członków). Na Twitterze o petycji informują znane, influencerskie prawicowe konta oraz media.

 

10.01.2018 po południu:  anonimowe konta rozpowszechniają link na Twitterze

10 stycznia po południu na TT obserwuję wysoką aktywność nowych, anonimowych kont – albo właśnie założonych, albo istniejących od niedawna, mało aktywnych – które udostępniają link do petycji. Wygląda to na czyjeś zaplanowane działanie – nowe konta powstają dziesiątkami, w ciągu kilku godzin.  Portal udostępniający petycję daje możliwość automatycznego udostępnienia linku do niej w mediach społecznościowych – jak wynika z informacji na portalu, do 14 stycznia z możliwości udostępnienia tego linku na Twitterze skorzystano 765 razy.  Można to jednak zrobić tylko posiadając konto na TT. Dziesiątki nowych – zawsze anonimowych – kont w tym medium społecznościowym powstaje więc tylko po to, by ten link rozpowszechniać.  Kto realizuję tę akcję – nie wiadomo.

mac16

Na Facebooku udostępnienie linka bezpośrednio ze strony z petycją jest znacząco większe – zrobiono tak 4074 razy. E-mailowo link przesłano 898 razy (dane z 14.01 godz. 19.00).

 

10.01.2018 późne popołudnie:  „Zorganizował ją lewak w celu wyłudzenia danych!”

Jednocześnie na Twitterze część użytkowników dementuje informację, jakoby petycja rzeczywiście miała być wysłana do premiera i w ogóle – że powstała „na poważnie”. Dementi podają najczęściej followersi @Napalony Wikary, on sam na swoim koncie pokazuje kolejne tweety osób, które uwierzyły w wiarygodność petycji. Przez większość dnia informacja, iż petycja była żartem, nie przebija się jednak do zwolenników ministra Macierewicza. Dochodzi do tego dopiero późnym po południem. Wtedy pojawia się informacja, że „Lewak @Napalony Wikary utworzył petycję po to, aby zbierać nazwiska i adresy osób z prawej strony”. Ten wątek powtarza się wielokrotnie – petycja to prowokacja stworzona po to, żeby zebrać maile osób popierających prawicę.

 

14.01.2018 wieczorem: 9150 podpisów pod petycją

Informacja o zbieraniu maili „przez lewaka” sprawia, że masowa akcja linkowania do petycji wygasa, ta jest jednak ciągle podpisywana. 10 stycznia liczba podpisów przekracza 4,5 tysiąca, 12 stycznia jest pod nią ok. 7 tysięcy podpisów, 14 stycznia wieczorem – 9150 i ciągle rośnie. Choć oczywiście w niedzielę wzrost jest dużo wolniejszy niż w poprzednich dniach. Nie do wszystkich użytkowników sieci dotarła więc informacja, że petycja jest  dezinformacją, fake`em.

petycja3

 

Podsumujmy:

Ponad 9 tysięcy osób uwierzyło w petycję do tego stopnia, że złożyło pod nią swój podpis i podało dane. Nie mam dostępu do listy, ale można założyć (oceniając np. akcję tworzenia nowych kont na TT), że część z tych podpisów jest fałszywa, nie należy do osób rzeczywiście istniejących. Jak duża – nie wiadomo. Na pewno jednak podpisało się pod nią także wielu autentycznych zwolenników Antoniego Macierewicza – mimo że petycja była sygnowana przez anonimowego autora. Jej wiarygodność zbudowały jednak przekazy medialne.

Po ujawnieniu, iż petycja była fake`em, część  mediów usunęła informacje o niej ze swoich stron (np. Radio Maryja), inne zaktualizowały artykuły.

To kolejny przykład akcji dezinformacyjnej w Polsce – moim zdaniem zupełnie niezamierzonej w tym wymiarze. Miało być dużo śmiechu.  Było dużo powagi i zaangażowania ze strony ludzi, którzy uwierzyli w petycję, oraz poczucia bycia oszukanym, gdy zdementowano „powagę” apelu.

 

Polskie media: szybkość czy prawda?

Opisywałam już w grudniu akcję dezinformacji wymierzoną przeciwko politykom PO i środowisku sędziowskiemu. Tym razem dezinformacja uderzyła w obóz zwolenników PiS-u.  Obie te sytuacje doskonale pokazują po pierwsze mechanizmy rozchodzenia się dezinformacji w sieci, a po drugie – zagrożenie, jakie fałszywe informacje sprawiają dla stabilności nastrojów społecznych. Zwłaszcza gdy rozpowszechniają je wiarygodne (z punktu widzenia odbiorców) media.

Po raz kolejny widać, jak ogromne znaczenie ma sposób sprawdzania informacji przez dziennikarzy – kluczowe jest potwierdzanie danych z różnych źródeł, opieranie się wyłącznie na wiarygodnych informatorach – i dawanie sobie czasu na sprawdzenie, czy news jest prawdziwy oraz o co w nim naprawdę chodzi. Jeśli tweet z newsem pojawia się na Twitterze o godz. 20.09, a już o godz. 21.12 artykuł na ten temat na swoim portalu ma „Rzeczpospolita” – tzn. że autor tekstu nie miał czasu na zebranie dodatkowych danych poza przeczytaniem tweeta i petycji oraz napisaniem newsa. To nie wina autora – system obiegu informacji, w którym dziś funkcjonujemy, wymusza na mediach działanie: „poinformuj o tym jak najszybciej, potem poprawimy”.  Każde medium chce być szybsze od konkurencji. To sprawia, że dezinformacja rozchodzi się w Polsce wyjątkowo szybko i w ciągu kilku godzin nabiera charakteru nawet nie kuli śnieżnej, tylko lawiny.

Dopóki balans między szybkością a prawdą w polskich mediach nie przesunie się na stronę prawdy – każda akcja dezinformacyjna będzie się miała w Polsce doskonale.

TOP 10 polskich fake newsów 2017 roku!

„Fake news” zostało właśnie uznane za Słowo Roku 2017 wg autorów słownika Collins Dictionary.  Jak policzono, użycie tego zwrotu wzrosło w ostatnich miesiącach aż o 365 procent. Postanowiłam sprawdzić i przypomnieć, czym żyliśmy w 2017 roku w Polsce, jakie fake newsy zrobiły największą „karierę” i były najszerzej komentowane przez Polaków.  Zapraszam do subiektywnego przeglądu najbardziej wpływowych lub najgłośniejszych fake newsów ostatniego roku!

Zaczynamy od mijsca 10., niech Wasza ciekawość rośnie z każdym kolejnym fake newsem! 🙂

10. W Oceanie Atlantyckim pływa 500-letni rekin polarny – takie informacje pojawiły się w sieci całkiem niedawno, w serwisach na całym świecie. W informacjach podawano, że wiek rekina obliczono na podstawie długości jego ciała i wagi. I choć ten gatunek zwierząt rzeczywiście jest długowieczny (ale nie aż tak!), a naukowcy opublikowali dementi tej informacji, fake news o rekinie wciąż krąży na wielu portalach internetowych.

rekin3

9. Przed nami zima stulecia!
– informowały we wrześniu media. Miało być przeraźliwie zimno, miał nas zasypać śnieg, a mróz trzymać wyjątkowo długo. Jak to wygląda naprawdę, możecie przekonać się sami wyglądając za okno… Fake news był bardzo popularny w polskich mediach, mówiono o nim intensywnie, bo ponoć taką prognozę miała przedstawić NASA. Informację odkłamywały serwisy pogodowe, zwłaszcza portal ems.meteoprognoza.pl, argumentując, że nie ma dziś takich możliwości prognozowania pogody, by we wrześniu przewidzieć, jaka będzie zima. Mimo to informacja o najbardziej mroźnej i śnieżnej zimie stulecia długo krążyła po sieci.

fakenews_zima1

8. Znany vloger Łukasz Jakóbiak w słynnym talk show Ellen DeGeneres! Taką informację opublikował sam Jakóbiak na swoim vlogu, pokazał też zdjęcia z DeGeneres. Kiedy fani zachwycili się sławą vlogera, okazało się, że… wszystko jest mistyfikacją, a Jakóbiak sam odtworzył studio, w którym nagrywany jest talk show, znalazł sobowtóra dziennikarki i… wymyślił całe spotkanie. Wyjaśniał potem, że w ten sposób wizualizował swoje marzenie – ale wielu fanów poczuło się oszukanych i dało temu jednoznaczny wyraz w internecie.

jaku

7. Film o „tajnym” spotkaniu polityków PO i sędziów Trybunału Konstytucyjnego – to fake news z grudnia. Na początku miesiąca nieznane wcześniej nagranie o „tajnym” spotkaniu ujawniła na portalu internetowym Niezależna.pl, na You Tube i na Twitter film wrzucił je nieznany użytkownik (anonimowe konta). Choć film pokazywał, jak uczestnicy całkiem oficjalnego spotkania wychodzą razem z budynku przy ul. Wiejskiej w Warszawie w dniu wysłuchania publicznego organizowanego przez PO, w którym brali udział właśnie sędziowie TK, news o „tajnym” spotkaniu, wypuszczony w dniu kolejnego „protestu sądowego”, szybko zdobył bardzo duże zasięgi w sieci. Następnego dnia mówiono o nim w mediach publicznych, a posłowie PiS domagali się oficjalnych wyjaśnień. Ten fake news jest doskonałym przykładem mechanizmu rozpowszechniania nieprawdziwych (albo nieprawdziwie prezentowanych) informacji. Napisałam o nim szeroką analizę, zapraszam do lektury.

film14

6. „Rząd nie zgadza się, by Sopot przyjął 10 sierot z Aleppo” – czyli wielka burza w lutym 2017 r. Fake news polegał tu na niedokładności podawanych informacji. Prezydent Sopotu rzeczywiście wystąpił do rządu z pytaniem o możliwość sprowadzenia do Polski dzieci z rodzinami z Aleppo, nie podając ich liczby ani innych szczegółów. Rząd odpowiedział, że ze względu na sytuację w Aleppo nie ma możliwości prowadzenia z niego ewakuacji. I się zaczęło ! Po chwili było już wiadomo, że chodzi o 10 sierot, choć nie bardzo wiadomo, skąd się wzięła ta liczba, poza tym od początku mówiono o dzieciach i ich rodzinach –czyli nie o sierotach. Mimo to wielu Polaków poruszyła nieczułość polskiego rządu, a rząd długo tłumaczył, że ta informacja to fake news.

aleppo

5. Wielka fuzja bankowa! W grudniu w newsach gospodarczych pojawiła się informacja, że w 2018 roku dwa polskie banki: PKO BP i Pekao SA zamierzają się połączyć. Informacja ta była najmocniejszym tegorocznym fake newsem gospodarczym i doskonale pokazuje, jak wielkim zagrożeniem dla stabilności gospodarczej każdego kraju mają tego typu fałszywe informacje – i jak łatwo je stworzyć. Ten news na szczęście udało się szybko zdementować, ponieważ oba banki natychmiast zaprzeczyły doniesieniom.

faknews_bank1

4. „Siadaj, Kulson!” Tegoroczne Święto Niepodległości obfitowało w fake newsy ze względu na ogromny poziom emocji wokół obchodów w Warszawie. Jednym z nich była sprawa Kulsona. Najpierw w sieci pojawiło się nagranie podczas interwencji policji 11 listopada. Z nagrania wynikało, że policjant do jednej z kobiet miało powiedzieć „Siadaj, ku…o”. Wywołało to ogromne oburzenie wśród komentatorów. Policja jednak dość szybko zaczęła wyjaśniać, że funkcjonariusz nie użył wulgarnego słowa, tylko słowami „Siadaj, Kulson” zwrócił się do kolegi z oddziału. Ponieważ nikt w to nie uwierzył, policja przedstawiła na konferencji prasowej aspiranta Mateusza K., który potwierdził, że nosi przezwisko „Kulson” i do niego właśnie zwracał się przełożony. Co więcej, część komentatorów w tej sytuacji zaczęła precyzyjnie sprawdzać nagranie, niektórzy doszli do wniosku, że rzeczywiście nie padło wówczas wulgarne słowo. Zdarzały się nawet na Twitterze za podanie nieprawdziwej informacji.

kulson

3. Minister Witold Waszczykowski i tworzenie korytarzy humanitarnych dla uchodźców. W maju w wywiadzie dla „Die Welt” minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski poinformował, że rozważane jest rozpoczęcie wydawania wiz humanitarnych osobom rannym w działaniach wojennych i dzieciom z traumą wojenną. Stwierdził, że MSZ jest w trakcie rozmów z Watykanem, polskim Kościołem i Caritas, sprawdzana jest również liczba szpitalnych łóżek, które mogłyby zostać w Polsce udostępnione. Kiedy sprawa trafiła do polskich mediów, te postanowiły dopytać o szczegóły Kościół i Caritas. I wtedy Caritas zdementowało te informacje. Zaprzeczało także samo Ministerstwo Spraw Zagranicznych (podaję za Oko Press). Korytarze humanitarne do dziś nie powstały, choć temat co jakiś czas wraca, minister więc twierdzi, że wcale nie był to fake news, tylko informacja o rozważanym pomyśle.

waszczykowski

2. Amerykanka Dee Dee szuka Polaka, Wojtka! Film oznaczony jako #POLISH BOY WANTED pojawił się w mediach społecznościowych w marcu i bardzo szybko „rozniósł” się po sieci. Wielu użytkowników uwierzyło, że Amerykanka rzeczywiście zakochała się w Wojtku z Warszawy i postanowiło jej pomóc, udostępniając filmik. W akcję poszukiwania chłopaka włączyły się także ogólnopolskie media – internetowe i tradycyjne. Dopiero gdy filmik osiągnął już milionowe odsłony, okazało się, że jest on… kampanią reklamową firmy Reserved, a poszukiwany Wojtek nie istnieje. Część odbiorców śmiała się z konceptu, ale część poczuła się oburzona i uznała, że została oszukana.

reserved

1. 60 tysięcy nazistów przeszło ulicami Warszawy podczas Marszu Niepodległości, którego hasłem było „Módlmy się za islamski holocaust” – to fake news, który zasługuje na pierwsze miejsce w 2017 roku głównie ze względu na swój zasięg. Fake stworzył tweet byłego rzecznika Hillary Clinton, Jesse Lehricha, który napisał: „60,000 nazistów przeszło ulicami Warszawy. Na banerach: czysta krew, Europa będzie biała, Módlmy się o islamski holocaust”. Dołączył do tweeta zdjęcie z obrzucanego racami placu w Warszawie. Tymczasem napis o islamskim holokauście pochodzi z transparentu sprzed dwóch lat, wywieszonego na wiadukcie w Poznaniu. Hasło tegorocznego Marszu Niepodległości brzmiało natomiast „My chcemy Boga”.  I choć podczas marszu pojawiły się rozmaite hasła, także jednoznacznie rasistowskie, choć brały w nim organizacje radykalnie prawicowe i faszyzujące, nie jest prawdą stwierdzenie, że w marszu wzięło udział 60 tys. nazistów. Ta liczba oraz określenie nazistami wszystkich uczestników marszu to właśnie fake – choć sama informacja o marszu, część haseł oraz zdjęcie są prawdziwe.

 

fake_marsz2

 

Fake newsy to problem narastający na całym świecie. Kiedyś fałszywe plotki potrafiły zniszczyć życie ludziom, ale miały ograniczony zasięg. Dziś jedna fałszywa informacja może wywołać destabilizację na giełdzie albo zamieszki w kraju. Kluczową umiejętnością dla nas wszystkich w najbliższym czasie będzie umiejętność odróżniania wiarygodnych informacji od fake newsów, choćby tych najprostszych. Tworząc ranking chciałam Wam pokazać, jak różnorodne są fałszywe informacje, jak różnymi mechanizmami operują. Pamiętajmy: fake newsy są groźne, dopóki im wierzymy.