Czy sieć wie już o Tobie wszystko? Sprawdź! Po prostu kliknij.

Jesteś żonaty/zamężna, czy jesteś singlem? Wolisz partie liberalne czy konserwatywne? Jesteś religijny czy nie? Ja nie wiem. Ty wiesz. Ale wie też – sieć. Coraz głośniej mówi się o metodzie analizy naszych śladów zostawianych w sieci, stworzonej na Uniwersytecie Stanforda przez Polaka, dr. Michała Kosińskiego. Wymyślił on, w jaki sposób zanalizować nasze lajki, komentarze, udostępnienia , czyli wszelkie aktywności na Facebooku, by na ich podstawie stworzyć (bez naszego udziału) indywidualny profil każdego użytkownika FB. I nie, to nie jest fajna zabawa.  To potężne narzędzie, które można wykorzystywać w rozmaity sposób – także w ten niebezpieczny: do manipulacji.

Zanim jednak wyjaśnię, dlaczego jest to niebezpieczne, sprawdź na stronie Uniwersytetu w Cambridge, co mówią o Tobie Twoje lajki (twórcy tej wersji zapewniają, że nie gromadzą danych zebranych podczas analizy):  https://applymagicsauce.com/demo.html

Zwróć uwagę, że nie musisz wypełniać żadnego tekstu, odpowiadać na żadne pytania – wystarczy połączenie z Twoim profilem na Facebooku.

Już? I jak wyniki – prawdziwe w znacznym stopniu?

A teraz wyobraź sobie, że jesteś właścicielem międzynarodowej korporacji, która sprzedaje luksusowe samochody. Ze swoją nową ofertą chcesz dotrzeć tylko do klientów, których stać na luksus. Kupujesz więc usługę analizy profili na FB pod kątem finansowym, korzystania z dóbr luksusowych etc. – i za jakiś czas masz swoich klientów. System jest tak zbudowany, że już dziś można nie tylko zanalizować profile, ale też do właścicieli profili wysłać spersonalizowaną ofertę zwrotną – zatem Twoją luksusową ofertę zobaczą tylko wybrani, i nikt więcej. Trafność reklamy – chyba powyżej 90 proc.

To nic groźnego, prawda? Nawet fajne.

A teraz wyobraź sobie, że jest polityk, który chce zostać prezydentem swojego kraju. Wie, że potrzebuje masowego poparcia. Zamawia analizy profili obywateli swego państwa dzięki FB (choć można oczywiście analizować inne ślady w sieci, nie muszą być zostawiane na FB). Uzyskane wyniki selekcjonuje wg oczekiwań obywateli: ci chcą mieć dostęp do broni bez zezwoleń, inni chcą zakazu sprzedaży broni; ci są za polowaniami na zwierzęta; inni są za zakazem polowań – i tak dalej. A potem każdej z tych grup wysyła swój program wyborczy z pełnym dostosowaniem postulatów do oczekiwań wyborców. Czyli ci, którzy chcą polowań – dostają informację, że ów polityk też tego chce. Ale ci, którzy nie chcą polowań, dostają informację, że ten sam polityk jest za wprowadzeniem zakazu. Wygrywa wybory? Na pewno. Przecież daje wszystkim to, czego oczekują. W kampanii oczywiście.

Czy to jest oszustwo? Sam odpowiedz na to pytanie.

Czy to jest manipulacja? Stuprocentowa.

Czy to jest odległa przyszłość, która nie należy się dziś martwić? Skąd! Jest już polityk, który w ten sposób (jeśli chodzi o narzędzia) prowadził swoją kampanię. I wygrał. To Donald Trump, prezydent USA.

Możesz o tym przeczytać tutaj: https://ceo.com.pl/czy-donald-trump-wygral-wybory-w-usa-dzieki-big-data-43326

Fatalne, prawda? Moim zdaniem również przerażające. Trochę – choć na szczęście na zupełnie inną skalę – jest podobne do dylematu Alfreda Nobla, który wynalazł dynamit. A potem zobaczył, że jego wynalazek jest używany do zabijania ludzi… Narzędzie jak zawsze jest tylko narzędziem. Reszta zależy od tego, jak je wykorzystamy. Młotek może służyć do wbijania gwoździ – albo do pozbawienia kogoś życia. Analiza profili w sieci może służyć docieraniu z właściwymi informacji do właściwych ludzi. Ale może być podstawą manipulacji na wielką skalę.

Więcej o skutkach prowadzenia analizy naszych śladów w sieci: https://mierzynskamarketing.wordpress.com/2017/01/15/czy-wiesz-ze-zyjesz-w-bance/

Ratunkiem jest nasza własna analiza tego, co jest nam podsuwane w sieci; szukanie innych źródeł informacji na własną rękę; porównywanie propozycji, które do nas docierają, z propozycjami, które dostają inni. To wymaga aktywności, krytycznego myślenia, ciągłego uczenia się. Ale moim zdaniem warto. Jeśli zdamy się tylko na to, co do nas trafia, może się okazać, że też jesteśmy narzędziem. Tylko narzędziem. W rękach największych manipulatorów świata. A jak nas wykorzystają, to będzie zależało od ich interesów, nie od naszej woli.

 

 

Fot. Robert Kędzierski

Klub „Wow”, czyli jak wykorzystać swoje 5 minut

Najbardziej znany klub w Białymstoku?  Oczywiście klub „Wow”! Rozsławiony przez dziennik „Fakt”, który poinformował, że w tym właśnie klubie bawił się Bartłomiej Misiewicz z Ministerstwa Obrony Narodowej – klub „Wow” natychmiast znalazł się na ustach ogromnej liczby Polaków. Znany dotychczas jedynie środowiskowo, teraz może pochwalić się rozpoznawalnością w całym kraju. Dla klubu to najlepsza historia marketingowa, jaka mogła mu się przydarzyć! Szkoda, że jej nie wykorzystuje.

Przeanalizujmy krótko przekaz wynikający z informacji dziennika „Fakt”: pracownik MON spotkał się w klubie ze znajomymi, bawił się tam z dziewczynami, pił alkohol. Kontrowersje w tym przekazie dotyczą pracownika ministerstwa – tego, co robił, co mówił, czym do klubu przyjechał (był w służbowej delegacji). Ale klub? Klub pokazano rewelacyjnie – dokładnie tak, jak chciałby tego chyba każdy właściciel takiego lokalu. Białostocki klub „Wow” dziś jawi się jako przestrzeń najlepszej zabawy w typowo polskim, młodzieżowym stylu. Czyli – wow!

Za tak efektywną reklamę normalnie płaci się miliony – a mimo to efekt nie zawsze jest zgodny z oczekiwanym. Klub „Wow” dostał reklamę w prezencie. Wymarzona sytuacja dla real time marketingu, inaczej nazywanego marketingiem chwili. Opiera się on na wykorzystaniu bieżącej sytuacji do promowania swojej marki. To jedno z lepszych narzędzi marketingowych ostatnich lat – skutecznie wykorzystywane. Gdy świat obiegła informacja, iż Brad Pitt się rozwodzi, norweskie linie lotnicze natychmiast zareklamowały swoje przeloty do Los Angeles hasłem „Brad is single”.

wow2

A kiedy minister Waszczykowski przejęzyczył się i powiedział o państwie San Escobar, jeden z dealerów Skody reklamował ją na FB jako najlepszy samochód do jazdy w tym kraju, zaś sklep internetowy Koszulkowo wypuścił na rynek cała serię „escobarskich” koszulek.

To jest właśnie real time marketing- reagujemy twórczo na to, co nam życie przynosi, i wykorzystujemy to do reklamy. Trzeba do tego kreatywności, dobrego rozeznania w sieci (musimy szybko wyłapać, co budzi emocje) i krótkiej ścieżki decyzyjnej w firmie, która chce się tak reklamować (zbyt długa spowoduje, że temat stanie się przebrzmiały, zanim wypuścimy reklamę). Ale za to jakie efekty! Gdy uda Ci się ze swoją reklamą trafić w szczyt popularności jakiegoś tematu, masz szansę na naprawdę wielkie zasięgi!

Taki marketing jest wymarzonym narzędziem dla Klubu „Wow” w Białymstoku. Jego rozpoznawalność właśnie została zbudowana na poziomie krajowym, teraz warto  podtrzymać zainteresowanie. Choćby w sieci, gdzie dobre filmiki i memy rozchodzą się wirusowo błyskawicznie, a dowcipny mem Klubu „Wow” mógłby dziś pobić wszelkie rekordy! Czy właściciele klubu zechcą skorzystać z wielkiej marketingowej szansy?

Nie jesteś właścicielem najbardziej znanego klubu w Białymstoku? Cóż, nie każdy może liczyć na takie wsparcie w reklamowaniu swojej działalności. 😉 Ale czasem można (i warto) podpiąć się pod coś, co właśnie budzi emocje wśród Twoich odbiorców, a może być świetnym chwytem reklamowym. Reaguj więc – szybko, najlepiej z humorem, dystansem do swojej marki. Ludzie lubią się śmiać – wykorzystuj to.    

Sympatia czy szacunek? Na czym budujesz swój wizerunek?

Chcesz odnieść osobisty sukces?  Jeśli tak, zapewne chcesz być widoczna i widziana. Rozpoznawalna i jak najlepiej oceniana – przede wszystkim w tej przestrzeni, na której Ci zależy.  Planujesz swoje działania, uczysz się, rozwijasz, podejmujesz wyzwania, realizujesz kolejne projekty. Ale też ze wszystkich sił starasz się, by wszyscy Cię lubili – prawda?

Piszę to w rodzaju żeńskim, bo wydaje mi się, że dylemat, o którym jest ten tekst, dotyczy znacznie częściej kobiet niż mężczyzn – ale jeśli jesteś mężczyzną i czytasz ten tekst, wiedz, że jest on prawdziwy również dla Ciebie .

Dylematem jest wybór:  powszechna sympatia czy o szacunek? Wolisz, by wszyscy Cię lubili, czy chcesz, by czuli przed Tobą respekt? Co wybierasz?

Od razu uspokajam: jedno nie wyklucza drugiego. Można być szanowanym i budzić sympatię – ale nie u wszystkich. Kluczem do zrozumienia tego dylematu są słowa „powszechna” i „wszyscy”. To właśnie kobiety często uważają, że przede wszystkim powinny być lubiane. Przez wszystkich. Za każdą cenę.  Dziś przeciwstawiam szacunek właśnie takiej powszechnej sympatii. Jeśli zamierzasz coś osiągnąć, chcesz piąć się do góry, bo masz dużo do zaoferowania światu, jesteś świetna w swojej dziedzinie i chcesz wykorzystać swój potencjał, wcześniej czy później będziesz musiała świadomie zdecydować: sympatia czy szacunek?

Odpowiedź na to pytanie silnie wpływa na sposób budowania własnego wizerunku.

Pamiętam, że przed kilkunastoma laty sama stanęłam przed takim wyborem. Pracowałam w gazecie i zazdrościłam koledze z innego medium. Był najlepszym dziennikarzem w mieście. Cała sfera publiczna zaczynała dzień od sprawdzenia, o czym dziś powiedział. Też tak chciałam. Zaczęłam analizować jego pracę i szybko okazało się, że kolega jest co prawda bardzo wpływowy, ale jednocześnie – nie jest powszechnie lubiany. Trzeba się było z nim liczyć, ale fakt, że wyrażał własne zdanie, odkrywał publiczne tajemnice, ujawniał niewygodne rzeczy – to wszystko sprawiało, że nie budził powszechnej sympatii.  Lubili go ludzie, którzy reprezentowali podobne wartości – cenili prawdę, byli legalistami, nie popełniali nadużyć.  Ale ci, którzy żyli zgodnie z powiedzeniem „wszystko da się załatwić, tak czy inaczej” – po prostu go nie cierpieli. Jednak nawet oni musieli go szanować.

To nie jest tylko dziennikarska historia. Sympatia czy szacunek – ten wybór dotyczy każdego, zwłaszcza tych osób, które publicznie przedstawiają się światu.  Twoja decyzja w tym zakresie wskaże, która wartość jest dla Ciebie priorytetem.

Chcesz być lubiana i nie mieć wrogów, i taki cel przed sobą stawiasz? Ok, każdy wybór jest dobry, kluczowe są jednak efekty. Osoba, dla której sympatia innych jest najważniejsza, ma kłopoty z wyrażaniem swojego zdania – bo komuś może się ono przecież nie spodobać. A nawet jeśli je wyrazi, na pewno nie będzie go bronić (ryzyko utraty sympatii!). Jeśli wszyscy mają Cię lubić, będziesz też spełniać wszystkie wyrażane wobec Ciebie oczekiwania, polecenia i prośby, inaczej ktoś mógłby się obrazić. Ciężkie życie. Naprawdę ciężkie. Na dodatek nie daje szans na osobisty sukces. Kiedy zdobywając powszechną sympatię ciągle dopasowujesz się do innych, Twoja osobowość znika, rozpływa się wśród oczekiwań innych ludzi. Co więcej, w ich oczach dość szybko zdobywasz wizerunek „tej, na która można wszystko zrzucić, bo przecież ona nigdy nie odmawia”.

Jeśli wybierzesz szacunek, też nie będzie zbyt prosto (ale kto powiedział, że ma być?).  Za to będziesz mogła wyrazić własne zdanie, realizować swoje projekty, starać się o lepsze stanowiska, bronić swoich pomysłów – czyli realizować Twój własny potencjał. Powiedzmy jasno: to się na pewno komuś nie spodoba.  Otwarcie i świadomie budując siebie spotkasz bratnie dusze, czyli ludzi o podobnych wartościach, którzy polubią Cię od razu; ale spotkasz też ludzi o kompletnie przeciwnych poglądach, opiniach, odmiennym sposobie zachowania i widzenia świata;  spotkasz też takich, którzy nie będą chcieli z Tobą dyskutować, tylko od razu zakwalifikują Cię jako wroga. Będziesz miała konkurentów, a nawet przeciwników.

Co zyskasz, wybierając szacunek? Siebie.  Szansę na danie światu tego, co masz w sobie najlepszego. Szansę na pokazanie siebie od najlepszej, najbardziej wartościowej strony.  Szacunek budujemy przecież, pokazując spójność wyzwanych zasad z działaniami, działając na rzecz innych, pomagając, tworząc, kreując, głosząc poglądy niepopularne, ale wartościowe. Szacunek budujemy na autentyczności, nie na wymyślonych historyjkach.  Co więcej, zdobywając szacunek, masz wielką szanse na zdobycie sympatii – u tych ludzi, na których Ci zależy, którzy są Ci bliscy światopoglądowo. Pomyśl – czy naprawdę wszyscy mają Cię lubić? Czy może wystarczy, gdy polubią Cię ludzie, których sama lubisz i cenisz?

Buduj swój wizerunek na szacunku. Wtedy masz szansę na trwałe bycie widoczną i rozpoznawalną, w najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów.  Wierzę w Ciebie!

I – pełen szacun! 😉

 

Kryzys wizerunkowy – 7 wskazówek, co robić.

 

O tym, jakie są zasady reagowania w sytuacji kryzysowej, już pisałam tutaj: https://mierzynskamarketing.wordpress.com/2017/01/02/kryzys-wizerunkowy-jak-reagowac/

Dziś kilka uwag wyjątkowo praktycznych, wynikających z mojego (właśnie odświeżonego po raz kolejny 😉 ) doświadczenia.

  1. Kryzysy wizerunkowe zawsze, ale to zawsze zaczynają się w momentach, kiedy nastawiasz się na zmniejszoną aktywność. Okres międzyświąteczny i same święta – to najbardziej typowy czas. Ale też piątkowe wieczory, weekendy, okres urlopowy. Oznacza to przede wszystkim, że od początku kryzysu do pierwszej reakcji mija zazwyczaj znacznie więcej czasu niż powinno – z różnych powodów. Jeśli śledzisz kryzys w sieci i widzisz, że częstotliwość negatywnych wzmianek na temat Twojej firmy (instytucji, osoby) rośnie lawinowo, nie panikuj. Zawiadom osoby odpowiedzialne za zajecie stanowiska w danej sprawie – i poczekaj na to, co ci powiedzą. Choć najważniejsze jest szybkie reagowanie – czasem lepiej wstrzymać się kilka godzin, czekając na oficjalne stanowisko firmy (instytucji) niż zareagować szybko, ale emocjonalnie, niewłaściwie. Jeśli Twoja reakcja jako admina fanpage`a czy rzecznika prasowego będzie inna niż późniejsza reakcja Twoich przełożonych, stracisz podwójnie: będzie musiał nie tylko reagować na właściwy kryzys, ale też odkręcać własne słowa.
  2. Przygotuj się do szybkiego reagowania w chwili, gdy stanowisko zostanie już ustalone. Przeanalizuj dane z monitoringu sieci i znajdź „miejsca zapalne”: źródło niekorzystnej informacji, najbardziej aktywnych uczestników dyskusji, oficjalne fanpage wypowiadające się na temat Twojej marki, liderów opinii publicznych. To do nich powinno jak najszybciej dotrzeć stanowisko Twojej firmy.
    I tu uwaga najbardziej praktyczna – musisz mieć wykupiony profesjonalny monitoring mediów internetowych.  Zupełnie nie wyobrażam sobie dziś reagowania na kryzys w sieci bez monitoringu. Na polskim rynku jest kilka firm oferujących tę usługę, zazwyczaj w formie miesięcznego abonamentu. Ja polecam Brand24 – wypraktykowałam ich usługi przez kilka lat i polecam gorąco. Podczas kryzysu ich profil wyszukujący niezbędną frazę był moim najbliższym przyjacielem przez długie godziny pracy w sieci… 😉 Niezależnie od tego, którą firmę wybierzesz – właśnie dzięki monitorowaniu sieci będziesz w stanie dotrzeć bezpośrednio do „miejsc zapalnych” kryzysu i przedstawić stanowisko firmy osobom najbardziej zainteresowanym sprawą. A to ułatwia (choć nie gwarantuje) zakończenie kryzysu w jak najszybszym czasie.
  1. Reaguj z… pokorą. Nie przesadzaj w reakcjach, nie eskaluj problemu. Ale też nie dyskutuj zbyt dużo, naucz się przepraszać, wyłącz na ten czas swoje osobiste poglądy. Jesteś przekaźnikiem konkretnego stanowiska. I pamiętaj – używasz oficjalnego profilu firmy czy instytucji. Jeśli wchodzisz w polemikę – to nie jako Ty, osoba fizyczna, ale jako firma. Każde Twoje słowo zostanie odczytane jako element oficjalnej polityki firmy – a zapewniam Cię, że zwłaszcza podczas kryzysu odbiorcy analizują dosłownie każdy wyraz w stanowiskach firmy. Choć czas Cię goni, podczas formułowania odpowiedzi nie spiesz się – musisz znaleźć czas na przeczytanie tego, co napisałeś, i naniesienie poprawek. Jeśli tego nie zrobisz, możesz mieć… kolejny kryzys wizerunkowy.
  2. Nie uciekaj od kontaktu z odbiorcami. Reaguj – choć nie wchodź w zbędne dyskusje. Powtarzaj kluczowy dla firmy przekaz tyle razy, ile będzie trzeba. To już nie te czasy, gdy wystarczyło rozesłać komunikat do mediów. Dziś trzeba reagować także np. na posty osób prywatnych, jeśli są to liderzy opinii. Wystarczy zerknąć na liczbę reakcji pod ich wpisem – będziesz wiedział, czy trzeba odpowiedzieć akurat na ten post.
  3. Na fanpage`u lawinowo rośnie liczba negatywnych recenzji? Niewiele z tym możesz zrobić, w każdym razie nie od razu. Odradzam wysyłanie apeli do znajomych, by wystawili pozytywne recenzje – użytkownicy social media są bardzo czujni i natychmiast sprawdzą osobę, która w czasie kryzysu wystawia dobre opinie. A jeśli jeszcze okaże się, że te recenzje wpisują pracownicy tej samej firmy – kolejny etap rozrastającego się kryzysu przed Tobą. Dlatego cierpliwie odpowiadaj na negatywne recenzje, przedstawiaj oficjalne stanowisko, przepraszaj – jeśli trzeba. I czekaj na wygaśnięcie kryzysu.
  4. Prawdziwy kryzys mamy wtedy, gdy przenosi się on z sieci do tradycyjnych mediów. Jeśli sprawa jest kontrowersyjna, media na pewno się nią zainteresują. Zrób wszystko, by już w momencie pierwszego zetknięcia się dziennikarzy z tematem mogli oni poznać stanowiska obu stron: czyli nie tylko wersję źródła kryzysu, ale też reakcję firmy na tę sytuację. Spraw, by do tej drugiej łatwo było dotrzeć. Najlepiej zamieść ją na stronie internetowej i fanpage`u firmy. Nie bój się, że to reakcja na wyrost i że w ten sposób o kryzysie dowiedzą się wszyscy klienci. Stanowisko zamieszczone na stronie internetowej nie musi być głównym punktem tej strony – ale jednak powinno być widoczne dla zainteresowanych. To lepsze i skuteczniejsze działanie nie zamiatanie sprawy pod dywan i udawanie, że nic się nie stało. Wielu odbiorców doceni jasne postawienie sprawy – nawet jeśli nigdzie tego nie napiszą.
  5. I na koniec – bądź cierpliwy/-a. Nie reaguj emocjonalnie, wytrwale buduj własny przekaz. Pamiętaj, że kryzys na pewno minie. A Ty zdobędziesz wiele cennych doświadczeń. 😉 Trzymam kciuki!

 

 

Czy wiesz, że żyjesz w bańce?

Czy wiesz, że żyjesz w bańce? Informacyjnej. Albo inaczej – filtrującej. Żyjesz w niej zwłaszcza wtedy, gdy jesteś użytkownikiem social media, blogujesz i czytasz blogi, serfujesz po necie.  Bańka – jak to bańka – jest przezroczysta, a więc w zasadzie niewidzialna. Nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu, jednak będąc w środku jesteś skutecznie odcięty od reszty świata. Znasz tylko to, co mieści się pod bańkową kopułą. Do reszty nie masz dostępu. Jest ci miło, bo ciągle obracasz się w znanym sobie świecie, przyjemnym i wygodnym, a jeśli nawet coś w nim nie jest wygodne – to na tyle znane, że już się do tego przyzwyczaiłeś.

W Twojej bańce znajomi mają podobne opinie.  Koledzy robią w zasadzie to samo, co Ty. Koleżanki  chodzą na podobne filmy, używają tych samych kosmetyków i czytają fajne książki. W gazetach, które czytasz w sieci, piszą to, co zgadza się z Twoimi poglądami. W telewizji wybierasz programy podpowiadane przez znajomych – więc dalej jest miło. Jest znajomo, czyli – sympatycznie.

Tyle tylko, że to jedno wielkie złudzenie. Mit. Ułuda. Albo po prostu – manipulacja. Czy na pewno chcesz tak żyć?

Nie, wcale nie piszę teraz o ruchu New Age.  Piszę o internecie, biznesie i pieniądzach. I gigantycznej walce o wpływy, a więc również o polityce – tej największej, globalnej.

 

Jak to działa?

Wielkie korporacje dominujące w sieci cały czas analizują nasze działania w internecie. Zapisują, czego szukamy, czym jesteśmy zainteresowani, na jakie strony wchodzimy. Jakie treści lajkujemy, co udostępniamy, w jakich dyskusjach bierzemy udział. Jakie sprawdzamy ogłoszenia, z jakich porównywarek korzystamy. Gdybyś dzięki tym danym przeanalizował działania jednego człowieka, mógłbyś go bardzo dokładnie poznać. Podejrzewam, że znacznie dokładniej, niż on sam by sobie tego życzył.

Dobrze, ok, to nic nowego – powiesz. Każdy choć odrobinę bardziej świadomy użytkownik sieci czytał wiele razy o zbieraniu danych przez korporacje. Algorytm Facebooka działa przecież obliczając ponad 100 000 zmiennych – i na ich podstawie podsuwa nam te, a nie inne posty do lajkowania, wyświetla reklamy na tablicy, podpowiada znajomych itd.

Kluczowe jednak są  konsekwencje tych algorytmicznych analiz – konsekwencje, które sami ponosimy. Otóż skoro w sieci cały czas dostajemy tylko to, czego oczekujemy, nie mamy szans zobaczyć tego, czego… nie chcemy – a co przecież istnieje! Nie mamy szansy na to, by: przeczytać skrajnie odmienne opinie, zobaczyć posty osób z zupełnie innego środowiska,  włączyć się w dyskusję znajomych o odmiennych poglądach politycznych czy o innych zainteresowaniach. Dostajemy to, co znajome i to, co podobne – a jednocześnie jesteśmy odcinani od tego, co inne. 

Dzięki bańce informacyjnej świat wydaje nam się cudownie jednorodny, przy czym nie budzi to naszych wątpliwości. Przecież w social media czytamy tyle wpisów, mamy tak wielu znajomych, uczestniczymy w licznych dyskusjach – a większość dyskutantów albo się z nami zgadza, albo ma poglądy inne od naszych, ale nie jakoś skrajnie rozbieżne. Świat jawi się nam jako przestrzeń wypełniona ludźmi podobnymi do nas.

 

Jest miło – ale…

Jest miło tylko do pewnego momentu.  Przychodzą chwile, podczas których zderzamy się z innymi bańkami – i nagle, zupełnie nieoczekiwanie, okazuje się, że rzeczywistość jest chaotyczna, niejednorodna, kompletnie pomieszana i podzielona. Nasza bańka informacyjna zderza się z inną – w każdej siedzą zadowoleni ze swojej przestrzeni ludzie, którzy zapomnieli (albo nie wiedzą), że obok są inne bańki z zupełnie innymi światami…

Moment zderzenia jest bolesny. Nagle świat przestaje być zrozumiały, a  to wywołuje poczucie zagrożenia. Bo skoro wszyscy do tej pory byli tak do mnie podobni –  dlaczego wyniki wyborów są zupełnie inne niż te, jakich oczekiwaliśmy? Przecież wszyscy wokół myślą prawie tak samo, skąd więc te głosy na przeciwników politycznych? Skoro wszyscy piszą, że nie oglądają TVP, skąd te miliony widzów wykazywane w zestawieniach? Skoro wszyscy są przeciw przyjęciu uchodźców, dlaczego podejmują decyzje o tym, żeby jednak otworzyć dla uchodźców granice? Skoro wszyscy chcą walczyć, co tu robią ci wstrętni pacyfiści? Skoro wszyscy wiedzą, że łosie to zło, bo wyłażą na drogi prosto pod samochody, skąd się biorą nagle ci dziwaczni ekolodzy? I odwrotnie – skoro wszyscy mówią o konieczności chronienia przyrody, skąd się biorą tak liczni zwolennicy wycinki lasów? Przecież nigdy, podczas żadnej dyskusji w social media, się z nimi nie spotkałem!

Żyjąc w bańkach informacyjnych tracimy kontakt z ludźmi o innych poglądach. Nie wiemy, o czym myślą, czego pragną, na co się nie zgadzają.  Trochę przypomina mi to średniowiecze, gdy ludzie żyli w swoich wioskach, nie mając kontaktu z sąsiadami odległymi o tydzień drogi od ich wsi. Zycie toczyło się tylko tu, w tej jednej wiosce, może jeszcze w kilku innych obok – ale na tym kończył się świat. Dziś mamy globalizację, ale tak naprawdę dalej żyjemy w średniowiecznych wioskach, coraz bardziej jednorodnych – tyle że cyfrowych.

 

Uwaga, zderzenie! Dwie Polski, dwie bańki informacyjne

To może tłumaczyć obserwowany dziś w naszym kraju  biegunowy podział na tzw. dwie Polski,  przestrzenie ludzi o skrajnie odmiennych poglądach na to, jak powinien wyglądać świat i nasza codzienność.  Mieszkańcy każdej z tych polskich baniek informacyjnych są przekonani o swoich racjach – i o kompletnej ignorancji drugiej strony. Kiedy bańki zderzają się (a dzieje się to bardzo często), pojawia się poczucie zagrożenia. Tak naprawdę wynika ono z niemożności poznania, braku kontaktu, a przez to – braku zrozumienia. W momencie zderzenia nie wiemy jednak, że problem można by rozwiązać kontaktując się ze sobą. W momencie zderzenia ktoś zaburza nam bezpieczny, poukładany świat – trzeba go jak najszybciej odseparować. Rozpoczynamy więc walkę z „innym”, a celem walki jest jak najszybsze odsunięcie się od niepasującej do nas bańki informacyjnej. Dystans rośnie – i wtedy znów wraca spokój…

Niestety, lekarstwem nie jest zwykła rozmowa – ona już dziś nie wystarczy. Mówimy przecież o zderzeniu dwóch światów – a ich odmienności nie da się zaakceptować podczas zwyczajnej rozmowy.

Sieciowe korporacje są zainteresowane podtrzymywaniem naszych baniek.  Dzięki temu łatwiej im docierać do odbiorców z celowanymi reklamami, sterować zachowaniami konsumpcyjnymi.  Wielcy gracze mogą w coraz większym stopniu kontrolować całe środowiska, wpływać na ich zachowania, kreować mody, trendy, antytrendy. Przy czym obiekty tej kontroli nie są jej świadome. Nikt nas przecież nie pytał o zgodę na zamknięcie w bańce informacyjnej. A jeśli dzieje się to bez naszej zgody – jest czystą manipulacją. Jej rozmiary dziś nawet trudno określić.

Czy to jest dobre dla nas?

Nie wiem.

Może każdy musi znaleźć własną odpowiedź – czy woli zamknięty świat ludzi podobnych do niego, w którym jest bezpiecznie do momentu zderzenia, czy chciałby poznać świat też poza własną  bańką.

A Ty – jak wolisz?

 

 

 

Czy na pewno chcesz, by każdy mógł obejrzeć twoją córkę w bieliźnie?

Dziś znów wizerunkowo i ku przestrodze – zupełnie poważnie. Do Polski zawitała ostra zima, jest mróz, co wszyscy pokazujemy na portalach społecznościowych. Poza śniegiem, nartami, krajobrazami itp. z niedowierzaniem zobaczyłam na profilach niektórych osób mocno roznegliżowane zdjęcia z sauny (albo np. z ruskiej bani). Czasem na zdjęciach byli sami dorośli, czasem – także ich dzieci.

Czy na pewno chcesz, żeby wszyscy mogli zobaczyć, jak wygląda twoja dorastająca córka w samych majtkach? Czy twój mąż, który pełni funkcję publiczną, powinien mieć publicznie dostępne zdjęcie, na którym prezentuje się  jedynie w kąpielówkach?  Czy twoja żona w saunie, owinięta tylko ręcznikiem, na zdjęciu na Facebooku, to naprawdę dobry pomysł?

Zanim wstawisz takie zdjęcie, zastanów się i pomyśl.

  1. Z sieci nigdy nic nie znika. Raz wstawione zdjęcie będzie potem w internecie funkcjonować już zawsze. Twoje zdjęcie w stroju kąpielowym w saunie, zdjęcia twego częściowo rozebranego partnera (partnerki) także będzie dostępne przez lata. Choć dziś to może bez znaczenia, za kilka lat – gdy będziecie się starali o jakieś stanowisko, funkcję, nową pracę, startowali w wyborach, gdy zostaniecie prezesami (szczerze życzę!) – takie zdjęcie może spowodować sporo perturbacji. Albo śmiechu. Może być wykorzystane przez twoją konkurencję. Na pewno tego chcesz?
  1. Pomyśl, kto ogląda twój profil. Czy na pewno ograniczyłeś/-aś jego widoczność tylko dla znajomych, czy też każdy ma do niego dostęp? Sprawdź. A potem zastanów się, czy chcesz, by wszyscy ludzie, z którymi spotykasz się zawodowo, wiedzieli, jak wyglądasz w kąpielówkach/stroju kąpielowym? Czy chcesz, by twój szef widział cię owiniętą w ręcznik w saunie? Czy zależy ci, by twój nowy ważny klient, o którego zabiegasz od kilku miesięcy, podczas negocjowania kontraktu miał w pamięci twój brzuch wiszący nad kąpielówkami? Może chcesz – wtedy ok. Ale zdecyduj o tym świadomie. I nie dziw się tylko, gdy po wrzuceniu takich zdjęć w pracy zauważasz dziwne uśmieszki za plecami, albo gdy szefowa jakoś dziwnie ci się przygląda. To, w jaki sposób twoi znajomi (albo, co gorsza, także nieznajomi), widzą cię w social media, naprawdę ma wpływ na to, w jaki sposób później cię oceniają. Myśl o tym, zanim wrzucisz zdjęcia na swój profil.
  1. Wizerunek dorosłej osoby to mniejszy problem niż tego typu zdjęcia dzieci. Pamiętaj – zdjęcia dzieci starszych niż 3-4 lata, rozebranych do majtek, z całą pewnością zostaną w którymś momencie wykryte przez kolegów i koleżanki twego dziecka, i twój potomek z ich powodu stanie się obiektem kpin i ostrej ironii. To dziś pewne. Wrzucając takie zdjęcia, fundujesz mu więc bardzo nieprzyjemne doświadczenie.
  1. Sieć wcale nie jest bezpiecznym miejscem. Tyle się o tym mówi, że powinna być to oczywistość, a jednak wiele osób wciąż o tym zapomina: osoby o patologicznych upodobaniach gromadzą potrzebne im informacje z sieci, zwłaszcza z portalów społecznościowych. Dla pedofila oglądanie twojej rozebranej córki w saunie to sama przyjemność – ale proszę cię, myśl o chronieniu swojego dziecka przed takimi ludźmi! To nie są żadne wymysły, niepotrzebne straszenie ani przesada – jeśli wrzucasz tego typu zdjęcia swego dziecka do sieci, narażasz je na niebezpieczeństwo. Potencjalne oczywiście – ale jednak!

Social media mają nam służyć do komunikacji. Pokazujemy w nich, gdzie jesteśmy, co jemy, co osiągnęliśmy, chwalimy się, opowiadamy o sobie. Ale róbmy ze świadomością tego, w jaki sposób nasze posty mogą zostać odebrane – i wykorzystane.  Wrzucając post wyobraź sobie, że to, co prezentujesz, wygłaszasz na rynku w środku miasta. Jest ok? Chcesz to dalej mówić/ pokazywać? To w porządku. Hm, po zastanowieniu wolałbyś nie opowiadać tego mieszkańcom całej swojej miejscowości? To przyhamuj. Od braku postu jeszcze nikt nie umarł. 😉 A zdjęcie wyślij najbliższym w prywatnej wiadomości.

Wizerunek to nie kłamstwo, tylko fajna opowieść o człowieku

Dziś będzie bardzo ad rem, czyli o podstawowym temacie tego bloga. Czy  świadome kreowanie wizerunku świadczy o cynizmie i jest rodzajem oszustwa? Z takimi punktami widzenia spotkałam się ostatnio kilkakrotnie. Reaguję więc natychmiast: nie! Kreowanie wizerunku nie jest ani oszustwem, ani świadectwem cynicznego podejścia do świata. Kreowanie wizerunku to świadomość tego,  w jaki sposób jesteśmy odbierani przez innych – oraz świadome wpływanie na ten odbiór.

Jeśli ktoś  działa w biznesie, sferze publicznej, polityce, organizacjach pozarządowych, pełni ważne funkcje w środowisku zawodowym –  już ma swój wizerunek, bo jest w określony sposób odbierany przez otaczających go ludzi. Często nie ma wie, w jaki sposób otoczenie go odbiera, skąd się biorą takie, a nie inne reakcje ludzi na jego zachowania, z czego wynika fakt, że dostaje nowe propozycje i awansuje – albo że ich nie dostaje. Kiedy wszystko idzie dobrze, większość z nas nie musi się zastanawiać nad swoim wizerunkiem. Zaczynamy go analizować, gdy coś nam nie pasuje. Wyjątkiem są osoby, które non stop zależą od oceny innych: samorządowcy i politycy, aktorzy, celebryci, znani dziennikarze. Ale też biznesmeni – biznes jest przestrzenią, w której wizerunek może być ważnym elementem podczas podejmowania kluczowych decyzji finansowych. A także nauczyciele i nauczyciele akademiccy – oceniani codziennie przez swoich uczniów (i ich rodziców) czy studentów.  Można by wymienić na pewno jeszcze sporo grup czy środowisk zawodowych.

Każdy z nas ma więc jakiś wizerunek. Najczęściej jednak jest on właśnie: JAKIŚ.  Ja namawiam do świadomego podejścia do swego wizerunku. We współczesnym świecie ma on coraz większe znaczenie: po pierwsze – kiedyś dobrze było „stać w kącie, żeby ktoś mógł cię znaleźć”. Dzisiaj im więcej osób z ważnego dla nas środowiska (czy branży) przekona się o naszych kompetencjach, tym większą mamy szansę na rozwój, karierę, ciekawą pracę itp.  Czas jest tak cennym dobrem, że nikt nie chce go tracić na długotrwałe szukanie ludzi ukrytych po kątach. Wybiera się tych, o których wiadomo, że potrafią, wiedzą, są. Właśnie dlatego warto dać się poznać kluczowym postaciom swojej branży. Ale poznać w taki sposób, w jaki nam na tym zależy – od najlepszej strony. Czyli – zadbać o swój wizerunek.

 To się nie musi wiązać z opowiadaniem nieprawdy o sobie! Choć wielu osobom właśnie tak kojarzy się budowanie wizerunku, wymyślanie sztucznych historii nie jest elementem kreowaniem wizerunku, tylko kłamstwem (jak w przypadku słynnego Nikodema Dyzmy). Żeby pokazać się od najlepszej strony, często wystarczy sensownie prezentować to, co i tak robisz. Albo jaką masz opinię na dany temat; co potrafisz; w czym wziąłeś udział. Osobiście to właśnie w tej branży uwielbiam – dla mnie kreowanie wizerunku jest okazją do spotykania wspaniałych ludzi i pokazywania ich sensownych działań, pomysłów, opinii, ciekawych wydarzeń – całemu światu! J

Jeśli nie prezentujesz swojej działalności w świadomy sposób, to albo niewiele osób cię zna (i przez to np. tracisz szanse na lepszą pracę), albo ludzi słyszą tylko opowieści o tobie, a te nigdy nie są w pełni pozytywne. Pomyśl o swoim wizerunku. Pomyśl o tym, kim jesteś – i w jaki sposób chcesz się pokazać światu. Co już zrobiłeś, co masz innym do powiedzenia.  To naprawdę może być szczere i prawdziwe. Jakie będzie – zależy od ciebie. Jak zawsze. 😉

Kryzys wizerunkowy – jak reagować?

Kryzysy wizerunkowe zdarzają się zawsze w najgorszym możliwym momencie – gdy nie mamy dostępu do komputera, jest długi weekend, mamy problemy prywatne albo właśnie postanowiliśmy odpocząć i wyjechaliśmy do jakiegoś odległego kraju. Niezależnie od niesprzyjających okoliczności trzeba na kryzys reagować jak najszybciej – co wcale nie znaczy, że emocjonalnie. Wręcz przeciwnie.

Podstawowe zasady reagowania w kryzysowych sytuacjach są proste:

  1. Reaguj jak najszybciej.
  2. Wyjaśniaj jak najszerzej.
  3. Mów prawdę.
  4. Bądź do dyspozycji wszystkich zainteresowanych.
  5. Powtarzaj swoje wyjaśnienie, stanowisko etc. Tak często, jak będzie trzeba.
  6. Skoryguj błąd, który wywołał kryzys. Jeśli trzeba – przeproś. Jeśli to niezbędne – wyciągnij konsekwencje służbowe wobec pracownika – lub wobec samego siebie.
  7. Zrealizuj to, co obiecałeś zrobić w pierwszym oświadczeniu po zaistnieniu kryzysu. To nieprawda, że ludzie zapomną po dwóch dniach. Media na pewno dopytają Cię o złożoną obietnicę. Teraz także użytkownicy social media – oni mogą pamiętać dużo dłużej niż dziennikarze.

 

Najgorszym błędem jest chowanie się, uciekanie przed mediami, opowiadanie niespójnych wersji wydarzenia. Błędy zdarzają się wszystkim, wpadki również – ale by je naprawić, musisz zachować się wiarygodnie. Jeśli zachowasz się w sposób budzący wątpliwości, jeśli w reakcji na kryzys Ty lub Twój przedstawiciel będziecie zmieniać wersje; decydować – i uchylać decyzje; nie odbierać telefonów; nie reagować na pytania – przegrasz. A straty wizerunkowe, jakie możesz wtedy odnieść, będziesz odbudowywał przez lata.

Wizerunek, marka, social media – chcesz wiedzieć więcej? Po prostu czytaj!

Media społecznościowe i marketing internetowy rozwijają się tak szybko, że trudno o dobre książki na ich temat – zanim się ukażą, już stają się częściowo nieaktualne. Aby być na bieżąco z ważnymi nowinkami w social media, lepiej więc czytać blogi. Polecam mój oczywiście 😉 – ale przede wszystkim czytajcie blogi uznanych mistrzów od lat edukujących w tej dziedzinie. Bardzo polecam blogi:

  • Pawła Tkaczykahttp://paweltkaczyk.com/pl/, który w mistrzowski sposób opowiada i o social media, i budowaniu wizerunku, i o jego ulubionym narzędziu storytellingu – czyli opowiadaniu historii w wydaniu marketingowym oczywiście.
  • Moniki Czaplickiejhttp://czaplicka.eu/, z ogromnym zasobem wiedzy nt. social media
  • Urszulihttp://urszula-phelep.com/, z wieloma bardzo użytecznymi wskazówkami ułatwiającymi działania w social media i na blogu.

Ale mam też trzy świetne książki, które polecam każdemu, kto trochę poważniej interesuje się marketingiem, wizerunkiem i PR-em. Najbardziej „socialmediowa”  z tych trzech jest książka Michała Sadowskiego, twórcy portalu Brand24.pl (możecie tu wykupić monitoring mediów internetowych dla wskazanych przez Was słów, osobiście używam od ok. 5 lat i sobie chwalę.) – „Rewolucja social media”. To opowieść o tym, jak bardzo social media zmieniły nasz świat, z dobrymi praktykami i ciekawymi przykładami.  Sadowski prezentuje narzędzia, które warto stosować budując markę w internecie, przekazuje też wiele informacji o kreowaniu wizerunku za pomocą social media.  Podpowiada, jak reagować na negatywne komentarze, jak radzić sobie z hejterami. Opowiada, jak z kryzysem w sieci poradziło sobie KFC, a jak BP. Jest też spory rozdział o analizie skuteczności SM, który przyda się zapewne tym wszystkim, którzy z działań tego typu muszą rozliczać się „liczbowo” przed klientem. Książkę wydano w 2013 roku, mimo to jest nadal w ogromnej części aktualna.

Druga godna polecenia pozycja to „Marketing narracyjny” Eryk Mistewicza. Wydana w 2011 roku, doskonale opisuje marketing narracyjny, który polega na budowaniu historii po to, by wywołać emocje, a za ich pomocą wpłynąć na odbiorców.  W 2011 r. to było bardzo nowatorskie podejście w Polsce, dziś jest oczywistym sposobem podejścia do klienta w nowoczesnym marketingu. Książka daje możliwość poznania mechanizmu budowania historii, wskazuje świetne przykłady i jest praktycznym podręcznikiem tworzenia marketingowych narracji. Od razu uprzedzam, że sprostać wysoko zawieszonej przez Mistewicza poprzeczce w dziedzinie profesjonalnego opowiadania historii nie jest łatwo, ale już narracja spełniająca kilka kluczowych elementów gatunku pomoże rozkręcić Wasze posty, teksty blogowe i kampanie promocyjne. Znajdziecie tu też Dekalog dobrego wizerunku – warto go wydrukować i powiesić nad biurkiem.

Mniej internetowe, za to jeszcze bardziej uniwersalne wskazówki zawiera trzecia książka, którą chcę Wam polecić – „Nietypowe przypadki public relations” Rafała Szczepanika, jednego z założycieli portalu Pracuj.pl.  To nie jest książka o PR rozumianym wąsko, jako kontakty z mediami. Szczepanik opisuje nietypowe sposoby budowania wizerunku, a na podst. doskonale dobranych case study pokazuje, jak korzystać z szans i okazji, by kreować obraz firmy (instytucji, swój własny), oraz jak wychodzić obronną ręką z kryzysów. Udowadnia, że w kreowaniu marki przede wszystkim liczy się pomysł, a nie pieniądze (choć te raczej nie szkodzą w pracy PR-owca 😉 ).  Namawia do wychodzenia poza schematy, łamania zasad, podpowiada, jakich narzędzi używać. Moje wydanie „Nietypowych przypadków”  pochodzi z 2009 r., a jednak wcale się nie zestarzało i wciąż do niego wracam.

Warto czytać – nie tylko po to, by być na bieżąco ze zmianami w social media, ale głównie po to, by się znaleźć inspirację do własnych działań.  Czytajcie – gwarantuję wiedzę i fascynującą przygodę jednocześnie. Bo to dobre książki są! 😉