Kto szerzy w Polsce pro-Kremlowską propagandę? Są takie polskie portale

Rosyjska propaganda sączona jest do głów Polaków w znacznie szerszym zakresie niż dotychczas sądzono. Dociera ona nie tyle przez oficjalne kanały sterowane przez Rosjan, które w Polsce nie cieszą się popularnością, lecz przez niektóre polskojęzyczne portale informacyjne. Przynajmniej 23 witryny rozpowszechniają dziś w Polsce newsy ze Sputnika Polska, Russia Today (dziś: RT) oraz informacje z pro-Kremlowskiego portalu Voice of Europe. I wszystko wskazuje na to, że nie jest to zamknięta lista.

To nie są małe witryny. Tylko na Facebooku mają one 988 tysięcy fanów. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę grup na FB, na których linkowane są ich newsy, liczba polskich użytkowników FB (przy bardzo ostrożnych obliczeniach) mających stały kontakt z prorosyjską propagandą wzrośnie do ok. 2,5 mln osób. Zaś liczba wejść na te witryny tylko w sierpniu wyniosła… 53,6 miliona! Podawane z pro-Kremlowskich źródeł informacje dotyczą przede wszystkim wydarzeń z zagranicy.

Prześledziłam działania 60 portali informacyjnych i quasi informacyjnych (serwujących informacje propagandowe i fake newsy). Wybrałam je na podst. obserwacji otwartych grup na Facebooku, zrzeszających osoby zaangażowane politycznie.  Aż 23 z nich regularnie udostępnia informacje ze Sputnik News, Russia Today oraz z Voice of Europe – zarejestrowanej co prawda w Holandii, ale znanej szeroko jako witrynę, która szerzy pro-Kremlowską propagandę. Rolę VoE opisywali sami Holendrzy, wykazano również jej udział w wojnie informacyjnej w Hiszpanii (podczas referendum ws. Katalonii), a w Polsce o prezentowaniu przez VoE treści pro-Kremlowskich pisał m.in. Wojciech Mucha z portalu Niezalezna.pl.

 

Propagandziści znaleźli sposób, by dotrzeć ze swoimi treściami mimo nieufności Polaków

Mechanizm jest prosty. Sputnik, Russia Today oraz Voice of Europe podają informacje z całego świata i z Polski, odpowiednio przetworzone tak, by pasowały do pro-Kremlowskiej wizji rzeczywistości: USA, UE, NATO i Niemcy są złe, w stanie rozkładu i anarchii, Rosja jest stabilna i bezpieczna, chyba że zostanie zaatakowana przez „złych”, dlatego zbroi się, by w razie czego móc się bronić podczas III wojny światowej, która niebawem wybuchnie, a wywołają ją oczywiście Stany Zjednoczone. Sputnik Polska dokłada do tego jeszcze złych Ukraińców, którzy nienawidzą Polaków, zaś VoE przoduje w informacjach o złych muzułmańskich oraz czarnoskórych uchodźcach, którzy niszczą europejską kulturę i atakują Europejczyków. Jednocześnie na tych portalach pojawiają się informacje o rozmaitych ciekawostkach, sensacjach i sensacyjkach – tak by najpierw skupić uwagę, przyzwyczaić czytelnika do korzystania z portalu, a przy okazji czytania ciekawostek zaserwować mu odpowiednie treści propagandowe.

W języku polskim takie newsy podaje jedynie Sputnik, ale on nie cieszy się w Polsce popularnością, ponieważ jest dość powszechnie znany jako tuba Kremla. Znaleziono jednak inny sposób – skuteczny – na to, by te barierę nieufności ze strony Polaków pokonać. Zauważyłam go obserwując bardzo liczne na Facebooku grupy, zrzeszające przede wszystkim osoby o wyraźnie narodowych i prawicowych poglądach oraz grupy ludzi nastawione antyimigrancko i antyukraińsko. Grupy te mają od kilku do kilkudziesięciu tys. fanów, nie chodzi więc o żadne niszowe wpływy, lecz o docieranie do potężnej rzeszy ludzi. Bardzo ostrożnie szacuję, że w samych grupach dostęp do prezentowanych w nich newsów ma ok. 1,5 mln użytkowników FB, a ich udostępnienia dodatkowo powiększają zasięgi.  W tych właśnie grupach pojawia się mnóstwo linków, kierujących do mało znanych (w tzw. mainstreamowym nurcie) portali. Część z nich to radykalnie prawicowe witryny, inne prezentują „alternatywną” wizję świata i informacje, „których nie znajdziesz w zwykłych mediach”, jeszcze inne to witryny poświęcone popularnym obecnie tzw. teoriom spiskowym, wśród których znajdują się m.in. smugi chemitrails, teoria antyszczepionkowa czy UFO. Strony te poruszają także tematy polityczne.

 

23 portale czerpią swoje informacje z pro-Kremlowskich źródeł

Zrobiłam zestawienie portali, które były cytowane w analizowanych przeze mnie grupach FB i sprawdziłam każdy z nich, czyli 60 witryn. Okazuje się, że aż 23 korzystają z informacji Sputnika, RT lub Voice of Europe jako ze źródeł swoich newsów. Często źródło podawane jest na samym końcu newsa, małymi literami, jest więc mało widoczne, zwłaszcza w zestawieniu z krzyczącym, sensacyjnym nagłówkiem. Niewiele osób podających dalej informację na Facebooku dopatrzy się, skąd ona pochodzi.

Oto lista portali, na których znalazłam newsy ze Sputnika, RT czy VoE (alfabetycznie):

alternews.pl, alexjones.pl, dziennik-polityczny.com, hnews.pl, koniec-swiata.org, magnapolonia.org, narodowcy.net, nczas.com, ndie.pl, neon24.pl, newsweb.pl, parezja.pl, pikio.pl, prostozmostu24.pl, prawdaobiektywna.pl, reporters.pl, sioe.pl, wmeritum.pl, wolnosc24.pl, wolna-polska.pl, wprawo.pl, wsensie.pl, zmianynaziemi.pl.

Najmniej artykułów z pro-Kremlowskich źródeł znalazłam na portalach: hnews.pl, prawdaobiektywna.pl i newsweb.pl. Były to pojedyncze teksty, zapośredniczone jeszcze z innych portali, ponieważ bardzo częstą praktyką jest tu podawanie informacji wzajemnie od siebie. Jeśli jednak komuś wydaje się, że cała reszta są to witryny niszowe i mają one niewielki wpływ na Polaków, myli się. Powyżej miliona wejść w sierpniu 2018 r. (do 27 sierpnia, dane z SimilarWeb) odnotowały: magnapolonia.org, zmianynaziemi.pl, nczas.com, newsweb.pl, wmeritum.pl, ndie.pl, wolna-polska.pl i największy w tym gronie pikio.pl (34,4 mln wejść). Dwie z prezentowanych w zestawieniu stron w tym roku zawiesiły swoją działalność (parezja.pl i reporters.pl), ale ich newsy nadal można znaleźć albo na witrynie, albo na Facebooku.

Portale są bardzo różnorodne. Część z nich w ogóle nie informuje o tym, kto je tworzy, jaki jest skład redakcji czy do kogo należą. Taką sytuację mamy m.in. w przypadku: alexjones.pl, ndie.pl, sioe.pl, reporters.pl. „Sioe” to skrót od „Stop islamizacji Europy”, „ndie” – „Nie dla islamizacji Europy”. Obie są nastawione radykalnie antymuzułmańsko.

 

Sputnik, Russia Today i… ruch antyszczepionkowy!

Na kilku innych można, po starannym poszukiwaniu, znaleźć, jaka firma stoi za portalem, pozostałe podają skład redakcji lub chociaż redaktora naczelnego. Najczęściej opisywane, a więc i najbardziej znane portale, to pikio.pl i newsweb.pl – ich właścicielem jest polska spółka medialna HGA Media.

pikio_sputnik_grafika

Alexjones.pl to portal, który ma niewiele wspólnego ze słynnym Aleksem Jonesem, szerzącym teorie spiskowe na całym świecie (w Polsce jego teorie prezentuje głównie portal prisonplanet.pl). Zarejestrowany na właścicielkę niewielkiej firmy z Piaseczna, działa na serwerach niemieckich. W sierpniu odnotował 600 tys. wejść. Prezentuje zarówno materiały polityczne, jak i społeczne oraz związane z teoriami spiskowymi. W dziale „wojskowość” na 10 ostatnich artykułów aż 9 to materiały Sputnik Polska. Wiele artykułów politycznych także inspirowanych jest pro-Kremlowskimi źródłami. Portal ten szerzy też informacje nt. negatywnego wpływu szczepień na dzieci, co w sposób bardzo interesujący pasuje do ostatnich doniesień brytyjskiego „The Times”, że rosyjskie trolle stoją za zwiększaniem popularności trendu antyszczepionkowego na świecie. Podobne powiązanie można zauważyć na portalu zmianynaziemi.org – tam również mamy do czynienia z rozpowszechnianiem z jednej strony informacji politycznych i społecznych ze Sputnika (z kilku jego wersji językowych) oraz z RT, a z drugiej – z całą serią artykułów nt. negatywnego wpływu szczepień na dzieci. To samo jest na portalu alternews.pl – kolejnym, który prezentuje newsy z tzw. NWO – New World Order, Nowy Porządek Świata. Tu także pojawiają się kopiowane ze Sputnika informacje oraz teksty prezentujące postulat  zniesienia obowiązku szczepień w Polsce.

alternews_grafika

Z lewej news z alternews.pl, a z drugiej – ze Sputnika:

 

Jeszcze inne ciekawe zjawisko to fakt, iż większość analizowanych przeze mnie portali działa na zagranicznych serwerach, głównie niemieckich i amerykańskich. Dotyczy to także portali radykalnie narodowych. Tak mamy choćby z witryną prostozmostu24.pl, która silnie promuje m.in. posła Adama Andruszkiewicza. Zasłynął on m.in. z intensywnego popularyzowania tematu reparacji wojennych, które Niemcy powinny wypłacić Polsce. Chichotem historii jest więc fakt, że prostozmostu24.pl działa na niemieckich serwerach i korzysta z niemieckiego dostawcy internetu (Hetzner Online z Bawarii). Jednocześnie co jakiś czas strona prezentuje newsy prosto z Russia Today (np. o napadzie w Szanghaju czy o wypadku samolotu, którego przerażony pilot wzywał Allaha).

 

Jacek Międlar i „Najwyższy Czas” – co ich łączy? Newsy ze Sputnika

Portal wprawo.pl, którego redaktorem naczelnym jest były ksiądz, znany skrajny narodowiec Jacek Międlar, działa na serwerach amerykańskich, a na swoich łamach prezentuje zarówno informacje ze Sputnika (m.in. o groźbach Ukraińców z KUL-u za potępienie UPA czy o wypowiedzi polityka SLD nt. Żołnierzy Wyklętych), jak i z Voice of Europe (m.in. o „zgwałconym psie znalezionym w obozie dla uchodźców” czy „katolickich dzieciach zmuszanych do nauki islamskich pieśni” w Austrii). Prawicowa Magna Polonia to znów serwery niemieckie, Sioe.pl – kanadyjskie, Wolna Polska i wsensie.pl – amerykańskie.

wprawo_voice_grafika

Bardzo intensywnie z treści pro-Kremlowskich korzysta witryna nczas.pl, czyli Najwyższy Czas, powiązana z tygodnikiem o tej samej nazwie, którego założycielem był Janusz Korwin-Mikke. Dziś witryna promuje zarówno Korwin-Mikkego, jak i Stanisława Michałkiewicza, radykalnie prawicowego publicystę. Zaś Fundacja „Najwyższy Czas”  finansuje również, jak czytamy w informacji na stronie, honoraria autorskie autorów piszących na kolejnym portalu – wolnosc24.pl. Obie witryny często prezentują rosyjską wizję świata. Wolność24.pl podawała za Sputnikiem m.in. informacje o nagiej opozycjonistce na spotkaniu przywódców Ukrainy i Białorusi w Kijowie, wypowiedź jemeńskiego generała nt. USA czy news o rosyjskim robocie, który potrafi strzelać z obu rąk. Za „Voice of Europe” cytowano newsy o tym, że muzułmanie za 12 lat przejmą kontrolę nad Brukselą, Węgry wycofują z uczelni „gender studies”, a Europę za chwilę zaleje nowa fala imigrantów, wśród których będą terroryści.

„Najwyższy Czas” wybierał inne informacje. Ze Sputnika pochodziły m.in. newsy o: zalegalizowaniu seksu w miejscach publicznych w jednym z meksykańskich miast, ukraińskim prokuratorze, który rozebrał się przed kamerami w reality show, czy zbieraniu podpisów w Czechach i Słowacji za wyjściem z Unii Europejskiej. Ale „Najwyższy Czas” najbardziej chyba ceni „Voice of Europe”, bo powołuje się na ten portal zupełnie otwarcie, nawet w tytułach. Jeden z newsów:  „Voice of Europe” wybrał Beatę Szydło i Victora Orbana politykami roku w grudniu 2017. Inny: wg trendu w Szwecji co ósma Szwedka w ciągu najbliższych lat padnie ofiara gwałtu, kolejny: przybysz z Afryki całował chłopców w genitalia.

Na kilku innych polskich portalach można przeczytać, że VoE to po prostu konserwatywny portal internetowy, który na dodatek bardzo ceni polski rząd. Brzmi miło, tyle że to nieprawda. W części raportów dotyczących wojny informacyjnej VoE wskazywany jest jako twórca fake newsów wykorzystywanych na rzecz pro-Kremlowskiej propagandy. Jeśli jednak ktoś chciałby bronić polskich portali, może stwierdzić, że redakcje po prostu nie wiedziały o pro-Kremlowskiej roli „Voice of Europe”. Pamiętajmy jednak, że każda ze wskazanych przeze mnie witryn internetowych korzysta również z materiałów Sputnika – a w tym przypadku o niewiedzy mówić już nie można, bo o propagandowej roli Sputnika informuje się od lat.

 

Narodowcy także cytują Sputnika

Newsy Sputnika znalazłam również na tak silnie prawicowych polskich portalach jak Magna Polonia czy Wolna Polska. Ta ostatnia ma ich szczególnie dużo, zwłaszcza tych, które uderzają w Ukrainę. Jest więc informacja o tym, że Zakarpacie domaga się autonomii, a w Łucku protestują ukraińscy nacjonaliści. To są zresztą dosłownie skopiowane informacje Sputnika, łącznie z tytułami. Są też newsy o zaczipowanych Szwedach czy Stanach Zjednoczonych szykujących się do wojny. Także narodowcy.net korzystają ze Sputnika. Skopiowali z portalu m.in. informacje o szykowaniu się przez Niemców do rozpoczęcia budowy Nord Stream 2, o losach Juliana Assange czy o pobiciu polskiego dyplomaty w Rosji.

narodowcy_sputnik_grafika

Z lewej news z narodowcy.net, a z drugiej – ze Sputnika:

 

Warto zwrócić uwagę, że niektóre portale czerpią ze Sputnika także informacje o tym, co się dzieje w Polsce. Podawałam już przykład cytowania wypowiedzi polityka SLD za pośrednictwem Sputnika przez portal wprawo.pl Jacka Międlara. Ale np. ndie.pl za Sputnikiem informuje o planach zbudowania przez mniejszość tatarską centrum kultury muzułmańskiej w Białymstoku. Jednak najbardziej zaskoczyło mnie źródło informacji podanej przez wmeritum.pl o tym, że niektóre parafie katolickie w Polsce wprowadziły możliwość płacenia kartą – ją także zaczerpnięto ze Sputnika.

 

Rosyjska propaganda pogłębia nasze podziały i lęki

Obserwując działania rosyjskiej propagandy w Polsce widać, że Rosja angażuje się w Polsce na co dzień głównie w tematy budzące silne emocje społeczne. Często nie mają one związku z polityką, dotykają za to spraw istotnych dla zwykłych ludzi – właśnie za ich pomocą propagandziści pogłębiają podziały społeczne i potęgują chaos. Służy do tego m.in.. budowanie określonej wizji świata – zgodnej z interesem Kremla. A w jego interesie jest osłabianie istniejącego, politycznego porządku, budzenie przerażenia i pogłębianie lęków. Stąd tak popularne treści skrajnie antyimigranckie, antymuzłmańskie, ale też antyukraińskie. Skutkiem tego jest również prezentowanie wybiórczo wszelkich negatywnych doniesień na temat sytuacji w instytucjach i krajach Unii Europejskiej oraz w NATO. Na jednym z opisywanych portali znalazłam np. wywiad, oczywiście skopiowany ze Sputnika, z generałem, który przekonywał, że NATO nie jest nam dziś do niczego potrzebne. Zaś Angela Merkel jest stałą negatywną bohaterką zarówno w RT, jak i w Sputniku czy w VoE.

I tę właśnie wizję świata dostają Polacy za pośrednictwem polskich portali, także silnie prawicowych, walczących – wg ich własnych zapowiedzi – o silną Polskę. Rosjanie sprzedają nam swoją opowieść o świecie – a my pozostając m.in. pod jej wpływem patrzymy na rzeczywistość.

 

Tekst ukazał się także na portalu OKO.Press

Raport oksfordzki: politycy manipulują wyborcami w social media na masową skalę. Także w Polsce

Politycy w dziesiątkach państw, także w Polsce, manipulują opinią publiczną w mediach społecznościowych. Płacą za to. Wydają miliony, by zmanipulować opinię publiczną i wpływać na decyzje wyborcze nieświadomych tego obywateli. W Polsce podstawowe metody manipulacji to atakowanie opozycji oraz używanie trolli do nękania konkretnych osób, społeczności lub organizacji. Nienawistne komunikaty są wykorzystywane systematycznie, a ich celem jest prześladowanie grup mniejszości i sprzeciwu politycznego. To się naprawdę dzieje, na polecenie polityków, zwłaszcza rządów i rządzących partii. Także w naszym kraju.

Raport o politycznej manipulacji w mediach społecznościowych opublikowała właśnie dwójka naukowców z Oxford University: Samantha Bradshaw i Philip N. Howard, w ramach uznanego projektu Computational Propaganda Project. Od kilku lat zespół naukowców bada sposoby powstawania i szerzenia cyfrowej propagandy w dziesiątkach państw. Pierwsza analiza poświęcona polskim mediom społecznościowym powstała rok temu. Teraz naukowcy uwzględnili nasz kraj w ramach badań nad social media w 48 krajach świata.

Raport oksfordzki to jeden z pierwszych publicznie prezentowanych dokumentów, w którym nie tylko powiedziano otwarcie o propagandzie w polskich mediach społecznościowych, ale też wyraźnie wskazano, że metody te stosowane są przez rząd i partie polityczne. „Ten raport analizuje, jak rządowe wojska cybernetyczne wykorzystują propagandę cyfrową do kształtowania opinii publicznej” – piszą jednoznacznie autorzy raportu. Dane dotyczące Polski pochodzą z lat 2015-2017 r., czyli z czasów rządów PiS.

„Potężni polityczni aktorzy coraz silniej wykorzystują media społecznościowe do manipulowania opinią publiczną i podważania procesów demokratycznych. W 30 z 48 krajów znaleźliśmy dowody na wykorzystanie propagandy informatycznej podczas wyborów lub referendów” – podkreślają naukowcy. –  „W rozwijających się i zachodnich demokracjach używa się wyrafinowanej analizy danych oraz robotów politycznych do zatruwania środowiska informacyjnego, promowania sceptycyzmu i nieufności, polaryzowania społeczeństwa oraz podważania procesów demokratycznych. W bardziej autorytarnych reżimach partie rządzące stosują te same strategie w ramach szerszych działań, których celem jest wygranie wyborów.”

 

Fałszywe konta w sieci – za ich pomocą manipulują nami politycy

Powszechnie używanym przez polityków narzędziem manipulacji są fałszywe konta w mediach społecznościowych. Mogą to być konta prowadzone przez ludzi, konta zautomatyzowane (boty) lub łączące ze sobą aktywność człowieka i automatu (cyborgi). Boty służą głównie do wysokiego pozycjonowania korzystnych dla zleceniodawców informacji, upowszechniania hashtagów – pozytywnych lub służących do atakowania określonych osób czy społeczności. Coraz częściej są też wykorzystywane do masowego zgłaszania legalnych treści i kont do właściciela platformy społecznościowej, co skutkuje czasowym zawieszeniem konta, nawet gdy nie naruszyło ono regulaminu platformy.

Patrząc z perspektywy innych państw możemy powiedzieć, że choć w Polsce manipulacja polityczna funkcjonuje, nie jest jeszcze aż tak źle jak w wielu innych krajach: cyfrowa propaganda jest u nas szerzona za pomocą dość prostych technologicznie narzędzi, nie wykorzystuje się też wszystkich technik manipulacji, a tylko dwie z nich. Autorzy raportu znaleźli dowody na to, że manipulacja w Polsce odbywa się za pomocą kont obsługiwanych ręcznie, a więc niezautomatyzowanych. Jednak raport innego naukowca z tego samego zespołu Roberta Gorwy, który rok wcześniej analizował bardzo szczegółowo polskie media społecznościowe, wykazał istnienie w Polsce aktywnych botów, reprezentujących w większości prawicowe poglądy. Choć nie było ich zbyt dużo, bo zaledwie kilkaset (badanie z 2015- pierwsza połowa 2017), zwracały uwagę swoją wyjątkowo wysoką aktywnością.

 

Politycy opłacają dziś kampanie dezinformacyjne, nie promocyjne

Oczywiście, politycy nie sterują fake`owymi kontami osobiście, tylko zatrudniają firmy komunikacyjne. Jak podkreślają naukowcy, rozrasta się baza nieautoryzowanych firm, które masowo używają fałszywych kont w mediach społecznościowych, trolli oraz botów, zmieniając w ten sposób przebieg rozmów prowadzonych w social media, generując fałszywą popularność, wpływając na programy polityczne, przekaz w mediach oraz opinie cieszących się autorytetem ekspertów.

Rządy i partie finansują więc dziś nie tyle kampanie promocyjne (np., wyborcze), co kampanie dezinformacyjne. Jak wynika z faktur w niektórych badanych krajach, wydatki na te cele idą w grube miliony dolarów. Tylko w Rosji budżet roczny to 10 milionów dolarów, zaś w USA odkryto faktury z kilku lat na (w sumie) 452 miliony dolarów. Autorzy nie są w posiadaniu żadnych rachunków z Polski – co nie oznacza, że ich nie ma, lecz że autorzy do takich nie dotarli. Zwłaszcza że to właśnie Polskę wymienia się wśród państw, w których prowadzona jest oficjalna współpraca między partiami politycznymi a firmami PR i konsultingowymi w zakresie rozpowszechniania zmanipulowanej propagandy cyfrowej podczas wyborów. Nie ma więc mowy o wolontariuszach pracujących na rzecz konkretnych organizacji politycznych, lecz o profesjonalnym, płatnym działaniu na zlecenie.

 

Polska: atakowanie opozycji i nękanie za pomocą trolli

Jakie sposoby działania wybierają firmy zajmujące się manipulacją w sieci? Pierwszą metodą jest wpływanie na przebieg dyskusji w social media tak, by potoczyła się ona w kierunku właściwym dla zleceniodawców. Osiąga się to za pomocą:

– rozpowszechniania pro-rządowej lub pro-partyjnej propagandy,

– atakowania opozycji lub prowadzenia kampanii oszczerstw,

– odwracania uwagi w dyskusji od ważnych kwestii.

Zdaniem naukowców w Polsce mamy do czynienia przede wszystkim z atakowaniem opozycji i prowadzeniem kampanii oszczerstw. W naszym kraju stosowana jest również druga strategia, polegająca na wykorzystaniu tzw. trolli, czyli kont (najczęściej fałszywych), które atakują, znieważają i obrażają konkretne osoby lub społeczności – posługując się przy tym mową nienawiści lub różnymi metodami nękania online (czyli mobbingu cyfrowego).

„Te ukierunkowane i nienawistne komunikaty są stosowane jako systematyczne próby prześladowania mniejszości i grup sprzeciwu politycznego, zarówno w kontekście wyborów, jak i pozawyborczo. Używa się ich jako narzędzia kontroli społecznej w reżimach autorytarnych. Znaleźliśmy raporty o sponsorowanych przez państwo kampaniach trollingowych skierowanych do dysydentów politycznych, członków opozycji lub dziennikarzy w 27 z 48 krajów w naszej próbie:” – podkreślają naukowcy. Niestety, nie wymieniają, jakie to państwa.

Zespoły cybernetyczne tworzą też własne treści: zmanipulowane filmy, fake`owe zdjęcia, memy, a nawet strony internetowe z informacjami. Publikują komentarze na forach internetowych, uczestniczą w setkach dyskusji na popularnych portalach i platformach społecznościowych. Oczywiście wykorzystywane jest także polityczne mikrotargetowanie, czyli kierowanie reklam politycznych do wąskich grup odbiorców na podstawie ich psychologicznych danych i śladów pozostawionych w sieci, najczęściej bez wiedzy użytkowników social media.

 

Walka z fake newsami w wydaniu rządowym można oznaczać cenzurę

Sprawdźmy, jak to wygląda w innych krajach. Rosja wykorzystuje wszystkie możliwości internetowe: korzysta z każdego rodzaju fałszywych kont oraz ze wszystkich znanych technik manipulacji. Równie rozwinięta manipulacja polityczna ma miejsce jeszcze na Tajwanie, w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Wielkiej Brytanii, Azerbejdżanie i Brazylii. Tylko odrobinę delikatniej manipulowani są Niemcy. Najspokojniej jest w Holandii, w której co prawda działają boty, ale nie ma trolli ani atakowania opozycji czy szerzenia pro-rządowych treści, oraz w Czechach i Nigerii.  W Izraelu boty wspomagają rząd, na Węgrzech sytuacja wygląda bardzo podobnie do Polski.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że coraz częściej zespoły rządowe tworzą własne aplikacje czy portale, które mają walczyć z fake newsami rozpowszechnianymi w sieci. W niektórych krajach zespoły te zajmują się dementowaniem fałszywych informacji lub umożliwiają ich zgłaszanie obywatelom (np. w Kolumbii czy we Włoszech), ale niestety zdarza się również, że te same portale wykorzystywane są przez rząd do wprowadzania cenzury w Internecie lub do dalszego manipulowania opinią publiczną.

 

Manipulacja w sieci narusza fundamenty demokracji

Naukowcy zwracają uwagę, że w wielu państwach, także demokratycznych, prawo wyborcze nie nadąża za zmieniającymi się metodami wpływania polityków na opinię publiczną, dlatego często nie wiadomo nawet, czy tego typu działania naruszają przepisy wyborcze czy nie. Zdaniem autorów raportu jest jednak sprawą oczywistą i bezdyskusyjną, że techniki cyfrowej manipulacji stosowane przez rządy i partie naruszają normy demokratycznej praktyki. „Aby zacząć zajmować się tymi wyzwaniami, musimy opracować mocniejsze zasady i normy dotyczące korzystania z mediów społecznościowych, dużych zbiorów danych i nowych technologii informacyjnych podczas wyborów. (…) Patrząc na wzrost aktywności zespołów cybernetycznych w latach 2017-2018 widać, że te strategie cyfrowej manipulacji używane są globalnie. Nie możemy czekać, aż sądy krajowe rozwiążą kwestie techniczne i stwierdza, że doszło do wykroczenia po przeprowadzeniu wyborów lub referendum. Ochrona naszych demokracji oznacza ustalanie zasad uczciwej gry przed dniem głosowania, nie po nim.”

Prezentowany raport jest chyba pierwszym dokumentem, w którym jawnie i otwarcie mówi się nie tylko o istnieniu manipulacji w mediach społecznościowych, ale też obarcza się odpowiedzialnością za nie rządy i partie polityczne. Oraz wskazuje, że obrona demokracji wymaga zajęcia się tym problemem, a nie chowania głowy w piasek i korzystania z technik masowej manipulacji w imię własnego interesu. Warto przypomnieć, że manipulacja polega na przejmowaniu kontroli nad decyzjami podejmowanymi przez nieświadomych tego faktu ludzi. Można dziś śmiało powiedzieć, że wiele osób, także Polaków, podejmuje dziś decyzje wyborcze pod wpływem politycznej manipulacji. I to właśnie jest w tym raporcie najbardziej przerażające: kiedy uświadamiamy sobie, że to się dzieje naprawdę. I że jesteśmy ofiarami tych działań.

Cały raport:

http://comprop.oii.ox.ac.uk/wp-content/uploads/sites/93/2018/07/ct2018.pdf

 

tekst ukazał się także na portalu OKO.Press

 

 

 

Kto w Polsce stracił followersów i czemu część botów nadal jest na Twitterze?

Co prawda Twitter coraz intensywniej usuwa fake`owe konta dążąc do oczyszczenia swego medium z fałszywych aktywności, zlikwidował ich już ponad 70 milionów w ciągu dwóch miesięcy, a ostatnia akcja ich usuwania była doskonale widoczna także u polskich użytkowników – ale jeśli ktoś uważa, że po 12 lipca już nie ma botów czy sztucznych kont wśród polskich followersów, grubo się myli. Spora część automatycznych kont na TT wciąż istnieje i ma się dobrze! Czyli – kolejne spadki followersów jeszcze przed nami.

Przyjrzyjmy się najpierw, jak wyglądały spadki na największych polskich kontach politycznych oraz na kilku mniejszych, ale również popularnych, w terminie zapowiadanym przez Twittera, czyli w dniach 11-13 lipca. Wyliczyłam je procentowo, bo to najlepsze porównanie. Otóż nie jesteśmy w światowej czołówce. 😉 W USA najwięcej straciło konto… samego Twittera (12,33 proc.). Duże spadki odnotowały też znane piosenkarki, np. Mariah Carey – 4,29 proc., Alicia Keys – 3,59 proc., Britney Spears – 3,59 proc. Liczby bezwzględne są tu oczywiście bardzo wysokie – w  przypadku Britney te 3,5 proc. to… ponad 2 miliony followersów (dane podaję za New York Times). Barack Obama stracił 2,26 proc. obserwujących, Donald Trump – zaledwie 0,58 proc. (czyli 307 tys. fanów).

W tym kontekście spójrzmy na Polskę. Największe spadki odnotowały konta tych polityków, którzy funkcjonują na scenie światowej lub europejskiej, czyli rozpoznawalni są szerzej niż tylko w kraju. Sama mam możliwość sprawdzenia 10 dużych kont, dzięki danym opublikowanym przez konto @SocialowaSowa dołączam dane jeszcze 5 kont.

Oto zestawienie – procentowo podaję straty fanów w dniach 11-13 lipca:

Jerzy Buzek: -2,97 %

Radosław Sikorski: -2,37 %

Michał Boni: -1,9 %

Donald Tusk: -1,8 %

Tomasz Lis: -1,6 %

Platforma Obywatelska: -1,34 %

Ryszard Czarnecki: -1,24 %

Leszek Balcerowicz: -1,22 %

@eucopresident (konto funkcyjne Donalda Tuska): -0,94 %

Andrzej Duda: -0,89 %

Prawo i Sprawiedliwość: -0,7 %

Rafał Trzaskowski: -0,39 %

Patryk Jaki: -0,32 % b

Grzegorz Schetyna: -0,3 %

Paweł Kukiz: -0,25 %

Zestawienie uwzględniające wszystkie konta da nam dopiero całościowy raport SoTrender, wtedy okaże się, czy ktoś nie stracił jeszcze więcej – ale tego dowiemy się dopiero w połowie sierpnia (wtedy SoTrender zaprezentuje zestawienie dotyczące lipca).

Błędem byłoby jednak patrzenie na proces czyszczenia Twittera tylko z perspektywy kilku lipcowych dni. Jak poinformowano  na oficjalnym blogu Twittera, 70 milionów fake`owych kont usunięto w poprzednich dwóch miesiącach, czyli w maju i czerwcu. Te działania także były widoczne u polskich polityków, choć nie były ilościowo tak spektakularne jak działania lipcowe. Jak wynika z raportu SoTrender za maj, już wtedy praktycznie wszystkie duże konta odnotowały spadki liczby całkowitej followersów (jeszcze w kwietniu na tych samych kontach notowano wzrosty).

spadki

Maj był też okresem ogromnej dynamiki zmian liczby followersów na niektórych kontach, co doskonale widać choćby na wykresie dotyczącym konta Radosława Sikorskiego: gdy tylko liczba fanów spadała o 1000, po kilku dniach rosła np. o 500.

sikorski_przyrosty

Podobną sytuację widać było na innych kontach polskich polityków związanych z polityką europejska i światową, w tym u Donalda Tuska czy Jerzego Buzka. Takie wahania trwały do 23 maja. Twitter nie informował wówczas oficjalnie o swoich działaniach dotyczących kont fake`owych, ale w tych samych dniach odnotowano spadki followersów także na znanych kontach światowych: Barackowi Obamie ubyło wówczas 48 tys. fanów, a Cristiano Ronaldo – 77 tys. Przypominam – mówię teraz o maju, a nie o lipcu.

Warto więc patrzeć na zmiany liczby followersów z szerszej perspektywy niż tylko lipcowa. Poniżej przedstawiam dwa porównania przyrostów i spadków fanów na 10 kontach: pierwsze pokazuje zmiany od początku maja:

przyrost_ogolne_odmaja

Drugie dokumentuje zmiany lipcowe (za dwa pierwsze tygodnie lipca, nie tylko za dni: 11-13 lipca):

przyrost_ogolne_lipiec.png

Najciekawsze zostawiłam jednak na koniec. Otóż ze względu na wielokrotnie obserwowane przeze mnie w różnych okresach czasu fermy botów pojawiające się na polskim Twitterze, które opisywałam w kilku poprzednich tekstach od 2017 roku, mam bogatą bazę danych dokumentującą takie konta. Sprawdziłam, czy np. chińskie boty (chińskie, bo w ten sposób identyfikował je Twitter), które pojawiły się w kwietniu na polskim TT, oraz inne znane mi konta automatyczne nadal istnieją. I co się okazało? Istnieją i mają się naprawdę dobrze! Twitter jeszcze do nich nie dotarł, być może dlatego, że są to konta uśpione i nieaktywne. Bardzo prawdopodobne, że algorytmy Twittera nastawione obecnie na wyłapywanie kont fake`owych działają m.in. w oparciu o rozpoznawanie rodzajów aktywności charakterystycznych dla kont automatycznych (botów). Znacznie trudniej jest im więc rozpoznać konta nieaktywne. Te więc wciąż istnieją – i oczywiście w każdej chwili mogą zostać uaktywnione przez osobę zarządzająca taką botową fermą. Albo też nigdy nie zostaną wykorzystane.

Na dowód – kilka screenów fake`owych, które pojawiły się na kontach polskich polityków w kwietniu 2018 r. Po kolei pokazuję Wam zestawienia dotyczące followersów Grzegorza Schetyny, Donalda Tuska i Jarosława Kurskiego. Na te trzy plansze nie istnieją tylko trzy konta. Wszystkie inne – uśpione – nadal funkcjonują na TT.

nowi_schetyna3

Nowi followersi G. Schetyny – screen z kwietnia 2018 r.

nowi_tusk1

Nowi followersi Donalda Tuska – screen z kwietnia 2018 r.

nowi_jaroslawkurski

Nowi followersi Jarosława Kurskiego – screen z kwietnia 2018 r.

 

Wniosek jest z tego prosty: Twitter co prawda intensywnie walczy z fake`owymi kontami, ale jeszcze nie dotarł do wszystkich. Spektakularne lipcowe spadki liczby followersów na kontach to tylko jedna z wielu odsłon walki o czysty Twitter. Czeka nas jeszcze wiele takich sytuacji, bo automatycznych botów wciąż na kontach jest sporo.

Drugi wniosek jest jeszcze prostszy: liczba followersów na koncie nie jest bezpośrednim dowodem na popularność takiego konta. Dlatego nie wierzcie zestawieniom i analizom, które mówią o tym, jak bardzo popularny jest dany polityk, wyłącznie na podstawie takich danych. Zwłaszcza teraz, gdy Twitter systematycznie usuwa fake`i, ale wcale wszystkich nie usunął. Spadki na czyimś koncie nie muszą, jak sami widzicie, dowodzić spadku popularności czy – tym bardziej – poparcia jakiejś osoby. Mogą być częścią dużo szerszego zjawiska, jak choćby czyszczenia Twittera.

Prawdziwy czy fake? Czyli: kto jest w sieci oficjalnie?

Zainspirowana masową pomyłką, jaką w środę wywołał nieoficjalny – jak się okazało – profil prezentujący postać premiera Mateusza Morawieckiego, działający na Facebooku pod nazwą użytkownika @MateuszMorawieckiPremier, postanowiłam sprawdzić, czy prawdziwe konta polskich instytucji publicznych na FB da się łatwo odróżnić od kont fake`owych, podszywających się lub satyrycznych. Wyniki nie napawają optymizmem.

Zanim je przedstawię, krótkie wprowadzenie. Profil „Premier Mateusz Morawiecki” na FB zamieścił w środę po południu, po wcześniejszym wystąpieniu premiera w Parlamencie Europejskim, zdjęcie premiera oraz wpis o treści: „Panie Premierze wielki szacunek oraz słowa wdzięczności dla Pana”. Brzmiało tak, jakby premier sam sobie składał wyrazy szacunku – śmiesznie.  Jak wielu innych użytkowników, próbowałam sprawdzić, czy mamy do czynienia z oficjalnym kontem Mateusza Morawieckiego, czy nie. Nie było to wcale oczywiste. Konto odsyła bowiem na oficjalną stronę internetową Kancelarii Prezesa Rady Ministrów: www.premier.gov.pl, jest właściwie przyporządkowane, jeśli chodzi o kategorię (polityk), a w informacjach podaje taką notkę: „Mateusz Jakub Morawiecki (ur. 20 VI 1968) – od 16 X 2015 wicepremier w rządzie PiS, 8 XII 2017 roku desygnowany przez prezydenta na Prezesa Rady Ministrów.” Zawiera ona dwa błędy w datach, ale nie są łatwe do wyłapania na pierwszy rzut oka. Posty na tym koncie to głównie linki z oficjalnej strony Kancelarii Premiera – czyli nie ma tam nic poza oficjalnym przekazem. Na dodatek na Facebooku nie ma innej strony personalnej (poza instytucjonalną Kancelarii) Mateusza Morawieckiego, co pogłębia zamieszanie.

Oficjalne dementi Kancelarii Premiera z informacją, że wskazany fanpage nie jest oficjalny, pojawiło się wieczorem.

moraw2

Do tego czasu informacja o śmiesznym poście zdążyła rozpowszechnić się w mediach społecznościowych. Jedni się śmieli, inni twierdzili, że to fake news. Jeszcze inni podkreślali, że stronę od razu można rozpoznać jako nieoficjalną, ponieważ nie została zweryfikowana przez Facebooka (nie ma specjalnego oznaczenia – niebieskiego znaczka) ani nie zawiera informacji, iż jest to oficjalny fanpage premiera. A skoro tak, to na pewno nie jest kontem oficjalnym i należy je traktować jako podszywające się pod szefa rządu.

Taka koncepcja rozpoznawania fanpage`y wydaje się logiczna – tyle że ma się nijak do rzeczywistości. Analizuję profile instytucji publicznych od dawna, wiem więc, że nie ma w Polsce wypracowanych żadnych spójnych standardów funkcjonowania instytucji w mediach społecznościowych. To sprawia, że każda strona działa na swoich zasadach i często trudno jest ustalić, czy mamy do czynienia z kontem oficjalnym czy nie.

Ale w tej sytuacji postanowiłam to po prostu policzyć.  Przeanalizowałam 45 kont ogólnopolskich instytucji publicznych, działających na Facebooku. Prezentuję stan tych kont na godz. 22.00 4 lipca 2018 r. – informacje w stopce strony bardzo łatwo jest zmienić, dlatego podaję dokładną datę.

Co się okazało? Zaledwie osiem analizowanych kont to konta zweryfikowane za pomocą narzędzia, które udostępnia do tego celu FB – takie strony mają charakterystyczny niebieski znaczek obok nazwy strony. Na kolejnych 13 stronach znalazłam informację, że są to konta oficjalne tych instytucji. Na trzech pojawiły się informacje, które można by uznać za świadczące o oficjalnym profilu (że są prowadzone przez zespół prasowy działający w tej instytucji). Natomiast aż 21 profili ogólnopolskich instytucji publicznych funkcjonuje bez weryfikacji oraz bez informacji, że mamy do czynienia z ich oficjalnym profilem.

Szczegółowe zestawienie:

Konta zweryfikowane: Kancelaria Premiera, Sejm RP, Senat RP, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Sportu i Turystyki, Ministerstwo Sprawiedliwości, Państwowa Komisja Wyborcza.

Konta z informacją, że są to konta oficjalne (oraz dwa inne, które można tak zakwalifikować): Kancelaria Prezydenta, Ministerstwo Infrastruktury, Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, MSWiA, Ministerstwo Środowiska, NBP, KSAP, Rzecznik Finansowy, GDDKiA, Sąd Najwyższy, Rzecznik Praw Dziecka, CBA, Straż Graniczna, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Dowództwo Garnizonu Warszawa.

Konta bez weryfikacji i bez informacji o koncie oficjalnym: Policja, Instytut Pamięci Narodowej, Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, Urząd Komunikacji Elektronicznej, Komisja Nadzoru Finansowego, Wojska Obrony Terytorialnej, Dowództwo Operacyjne Sił Zbrojnych, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwo Edukacji Narodowej, Ministerstwo Energii, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwo Rolnictwa, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Zdrowia, Najwyższa Izba Kontroli, NFOŚiGW, Rzecznik Praw Obywatelskich (profil dot. spotkań regionalnych), Krajowa Rada Sądownictwa, Lasy Państwowe, Agencja Mienia Wojskowego.

Przykłady:

 

Czy to źle świadczy o tych instytucjach? Niekoniecznie. Po pierwsze – z weryfikacją na FB nie jest ani szybko, ani prosto, ani jednoznacznie. Zacytuję tu informację zamieszczoną przez support Facebooka na portalu: „Niektóre strony i profile są weryfikowane przez serwis Facebook, aby poinformować użytkowników, że są autentyczne. Niebieski symbol na stronie lub profilu oznacza potwierdzenie Facebooka, że jest to autentyczna strona lub profil osoby publicznej, marki lub firmy z branży mediów. Pamiętaj, że nie wszystkie osoby publiczne, celebryci i marki na Facebooku otrzymują niebieskie oznaczenie. Szary symbol  na stronie oznacza potwierdzenie Facebooka, że jest to autentyczna strona danej firmy lub organizacji.”

Żeby była jasność – wskazane instytucje nie mają również znaczków szarych.

Jak widać, sam Facebook przyznaje, że nie wszyscy otrzymują niebieskie odznaczenie, a jednocześnie nie wyjaśnia, kto i dlaczego miałby go nie otrzymać. Z praktyki wiadomo również, że weryfikacja następuje często po długim, czasem wielomiesięcznym okresie oczekiwania i nigdy nie wiadomo, kiedy upragniony znaczek wreszcie się pojawi.

Oczywiście, każda instytucja może na swoim profilu napisać, że jest on oficjalny. Ponieważ nie ma jednak ustalonych standardów funkcjonowania instytucji w sieci, nie wszystkie instytucje to robią, bo nie zawsze mają taką potrzebę. Wiele uważa, że oficjalne logo, oficjalne adresy stron internetowych, maili oraz siedziby instytucji, do tego informacje historii czy misji – to wystarczające dane potwierdzające, że odbiorca ma do czynienia z oficjalnym fanpage`em. Z drugiej jednak strony takie dane może dziś wstawić każdy, jeśli więc zechce, bardzo łatwo podszyje się pod instytucję.  Oczywiście, każdy może napisać również, że prowadzi oficjalny fanpage…

Płyną z tego dwa wnioski. Po pierwsze: w dzisiejszym świecie, jeśli ktoś zechce podszyć się pod instytucję czy osobę publiczną w sieci, zrobi to i na dodatek nie będzie to trudne. Tego typu dezinformujące posty jak ten dotyczący premiera Morawieckiego po prostu będą się pojawiać.

Drugi wniosek jest bardziej konstruktywny: warto wprowadzić spójne standardy funkcjonowania instytucji publicznych w mediach społecznościowych. Właśnie po to, byśmy my, odbiorcy, nie mieli wątpliwości, z czym lub z kim mamy do czynienia.

 

 

Deklaracja Prawdy – czy to recepta na walkę z fake newsami, także w Polsce?

Czy to w ogóle możliwe? Staroświecka nieco – jako mechanizm samokontroli społecznej – przysięga, w której deklaruje się w konkretny sposób dbać o prawdę w Internecie: czy to może być jedna z metod zwalczających fake newsy w sieci? Amerykańscy naukowcy nie tylko wymyślili ten sposób, ale i sprawdzili po pewnym czasie jego skuteczność. Co się okazało? Przysięga zadziałała! Ponieważ w Polsce także mamy rosnący problem z fake newsami, warto przyjrzeć się pomysłowi Amerykanów – i być może dołączyć do ich projektu. To prostsze niż mogłoby się wydawać.

Cały demokratyczny świat szuka dziś recepty na zalewającą Internet falę fake newsów – fałszywych informacji, świadomie udostępnianych w sieci, by wprowadzić w błąd odbiorców i osiągnąć z góry założony cel. Do tej pory, poza rosnącymi oczekiwaniami wobec firm zarządzających mediami społecznościowymi oraz stronami fakt-checkingowymi, nie było pomysłu, jak z nimi walczyć. Pojawił się jednak pewien ciekawy – bo bardzo prosty i dostępny dla każdego – pomysł. Zaproponowała go grupa naukowców skupionych wokół projektu Pro-Truth Pledge. Przetłumaczę tę nazwę roboczo jako Deklaracja Prawdy.

Gleb Tsipursky z Uniwersytetu w Ohio napisał ostatnio o tym projekcie, ale i o badaniach potwierdzających jego skuteczność (to ważne!)  na stronie https://theconversation.com/uk i do tego tekstu będę się przede wszystkim odnosić. Sam projekt oczywiście również ma swoją witrynę: https://www.protruthpledge.org/.

Chodzi o inicjatywę amerykańskich behawiorystów, którzy postanowili wykorzystać swoją wiedzę o zachowaniach ludzi do walki z fake newsami. Jak wynika z badań przeprowadzonych w wielu krajach na świecie, znacząca część użytkowników sieci – ok. 70-76 procent – udostępnia informacje w mediach społecznościowych nie czytając ich. Aż tyle osób poprzestaje na przeczytaniu nagłówka! Jednocześnie w USA (w Polsce brak danych) 14 proc. Amerykanów przyznało się, że udostępnia fake newsy świadomie, gdy przynoszą one korzyści dla grupy, z którą się identyfikują – np. partii politycznej.

 

Deklaracja Prawdy – 12 wskazówek, jak się zachowywać w sieci

Jak zauważyli behawioryści, jednocześnie jednak ludzie mają potrzebę bycia uczciwymi, a przynajmniej – bycia postrzeganymi w ten sposób. Przy tym – ludzie kłamią znacznie rzadziej, gdy wiedzą, że mogą z tego powodu ponieść negatywne konsekwencje, ale też gdy przypomina się im o zasadach etycznych lub gdy sami zobowiązują się do uczciwości. To żadne odkrycie, lecz prawidłowość znana od lat, mamy przecież długowieczną tradycję składania przysięgi czy przyrzeczenia, wykorzystywaną w najpoważniejszych przestrzeniach życia, m.in. w sądach czy kościołach.

Naukowcy z Uniwersytetu w Ohio i Uniwersytetu of Pennsylvania wpadli na pomysł, by mechanizm ten wykorzystać do walki z dezinformacją.  Stworzyli zobowiązanie, którego celem jest promowanie uczciwości w Internecie. W Deklaracji Prawdy wskazano 12 zachowań, w które mają angażować się ci, którzy podejmą zobowiązanie. Chodzi przede wszystkim o czytanie informacji przed udostępnieniem, sprawdzanie wiarygodności źródeł, proszenie innych o wycofanie się z fałszywych informacji czy zniechęcanie do korzystania z niewiarygodnych źródeł. Ale też – co w Polsce szczególnie ważne – o obronę tych, którzy są atakowani za udostępnianie w sieci prawdziwych choć niewygodnych informacji.

protruth

Koordynacją projektu zajęła się organizacja pozarządowa International Insights. Do tej pory przysięgę złożyło ponad 7 tysięcy osób, w tym naukowcy, filozofowie, prawnicy.

 

Przysięga zadziałała!

Najciekawsze zaczyna się jednak dopiero teraz. 10 miesięcy po rozpoczęciu projektu pomysłodawcy zbadali, czy podjęcie się zobowiązania rzeczywiście wpływa na ograniczenie rozprzestrzeniania się fake newsów. Uczestnicy wypełniali ankietę, w której oceniali swoje zachowanie sprzed złożenia przysięgi i po jej złożeniu. Sprawdzono też ich rzeczywiste działania na Facebooku – oceniono, jakie wiadomości udostępniali przed i po podjęciu zobowiązania. W obu przypadkach okazało się, że przysięga wpłynęła na zachowanie badanych. Stwierdzono istotne, wyraźnie widoczne statystycznie zmiany – uczestnicy udostępniali znacznie mniej nieprawdziwych informacji, powoływali się również na bardziej wiarygodne źródła.

Czyli – zadziałało! Złożenie przysięgi i poinformowanie o tym publicznie (uczestnicy są prezentowani na stronie internetowej projektu) wywołało znaczący efekt w postaci samokontroli swego zachowania w sieci.

Oczywiście, takie zobowiązanie może być tylko częścią walki z dezinformacją w sieci. Nie zmieni ono potrzeby wprowadzania rozwiązań systemowych przez m.in. właścicieli mediów społecznościowych. Może natomiast wpłynąć na zachowania dużych grup ludzi – jeśli do projektu włączą się osoby będące autorytetami w swoich środowiskach.

Uważam, że poziom dezinformacji w polskich mediach społecznościowych jest dziś tak wysoki (a będzie jeszcze rósł podczas wszystkich kampanii wyborczych), że powinniśmy poważnie rozważyć każdy pomysł, dający szanse na ograniczenie tego zjawiska. Pomysł Amerykanów jest genialny – bo prosty, bezkosztowy i dający możliwość uczestnictwa każdemu zainteresowanemu. Aby zafunkcjonował w Polsce, potrzebni są liderzy – uznane autorytety, które podejmą to zobowiązanie; potrzebna jest także organizacja czy instytucja, która jako pierwsza włączy się w projekt i podejmie działania koordynujące. Potrzeba więc woli działania – i decyzji.

Pytanie, czy stać nas dziś na to, by uczynić znów prawdę priorytetem w życiu publicznym?

Czy damy radę to zrobić?

Czy znajdą się ludzie, którym na tym zależy?

Bardzo do tego namawiam.

 

Oto przetłumaczona „na roboczo” Deklaracja Prawdy:

Przysięgam, że będę usilnie starał się:

1. Dzielić się prawdą:

  • Weryfikacja: sprawdzaj, czy informacje o faktach są prawdziwe, zanim je zaakceptujesz i udostępnisz.
  • Równowaga: podziel się całą prawdą, nawet jeśli niektóre jej aspekty nie potwierdzają Twojej opinii.
  • Cytowanie: udostępniaj źródła, aby inni mogli zweryfikować Twoje informacje.
  • Wyjaśnianie: rozróżnij opinię od faktów.

2. Honorować prawdę:

  • Potwierdzanie: potwierdzaj, że inni dzielą się prawdziwymi informacjami, nawet jeśli nie zgadzasz się z nimi.
  • Ponowne sprawdzanie: sprawdź ponownie, czy dane nie są kwestionowane, wycofaj się, jeśli nie możesz ich zweryfikować.
  • Obrona: broń innych, kiedy są atakowani za udostępnianie prawdziwych informacji, nawet jeśli nie zgadzasz się z tymi informacjami.
  • Porządkowanie: dopasuj swoje opinie i działania do prawdziwych informacji.

3. Zachęcać do prawdy:

  • Naprawianie: proś ludzi o wycofanie informacji, które wiarygodne źródła obaliły, nawet jeśli są oni Twoimi sprzymierzeńcami, a obalone informacje są zgodne z Twoim światopoglądem.
  • Edukacja: współczująco informuj osoby wokół Ciebie, że używają niewiarygodnych źródeł i proś o zaprzestanie ich używania, nawet jeśli te źródła wspierają Twoją opinię.
  • Odroczenie: uznaj, że opinie ekspertów będą bardziej trafne, gdy fakty zostaną merytorycznie przedyskutowane.
  • Celebrowanie: uszanuj i pogratuluj tym, którzy wycofają niepoprawne stwierdzenia. Aktualizuj swoje przekonania tak, by były prawdziwe.

#ToMyBoty – akcja na Twitterze prezentem dla opozycji

Wystarczyło zidentyfikowanie kilku kont jako automatycznych botów wspierających kandydata na prezydenta Warszawy Patryka Jakiego, by wywołać gwałtowną akcję hejterską oraz doprowadzić do ujawnienia się na Twitterze 2,5 tysiąca kont tzw. „prawej strony”.  Taka reakcja na mój artykuł okazała się prawdziwym prezentem dla opozycji.

W niedzielę opublikowałam analizę rankingów kont, które w ostatnim miesiącu tweetowały najwięcej na temat obu głównych kandydatów na prezydenta Warszawy: Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego. Analizowałam w sumie 20 najczęściej tweetujących użytkowników – po 10 z rankingu każdego z kandydatów, pracując w oparciu o te same narzędzia do analizy ilościowej: Unamo i Twitonomy, oraz stosując analizę jakościową dla każdego konta.

Wnioski z analizy wskazywały, że wśród tej dwudziestki mamy do czynienia z sześcioma kontami botowymi – czyli działającymi automatycznie. Wyliczyłam, ile średnio tweetów dziennie podają dalej (rekordzista 450 dziennie przez cały rok).  Wszystkie boty rozpowszechniały treści korzystne dla Patryka Jakiego, a niekorzystne dla Rafała Trzaskowskiego. Opisałam sześć botów – a jednak zwolennicy kandydata uznali, że nazywam botem każdego użytkownika, popierającego ministra Jakiego. Co więcej – uznali, że ich to obraża. I zareagowali zgodnie z tym przekonaniem.

 

Zwolennicy się ujawniają – akcja #ToMyBoty

W niedzielę moja publikacja rozchodziła się w sieci intensywnie, ale na zaplanowaną reakcję trzeba było poczekać do poniedziałku.  Około południa pojawiły się tweety z informacją o akcji #ToMyBoty z hasłem: „Wrzucamy foty z reala lub boty i cyborgi. Nie damy z siebie zrobić botów!”. Czyli  – ujawniamy się. Akcja rozpoczęła się o godz. 16 i oficjalnie trwała  do północy. Konta organizujące ją były anonimowe, jednak szybko do działań włączył się współpracownik Patryka Jakiego, członek Komisji Reprywatyzacyjnej Sebastian Kaleta. Udostępnił bardzo śmiesznego GIF-a, na którym widać, jak udaje robota.

tomyboty_kaleta

Tweety z hashtagiem #ToMyBoty pisał także sam Patryk Jaki. Akcję wspierały media: TV Republika oraz portal niezależna.pl, na których można było przeczytać, że Sebastian Kaleta ze mnie „zadrwił” oraz „znokautował mnie” (publikując ów filmik). W artykułach informowano także, że akcja to efekt tego, iż użytkownicy Twittera źle reagują na nazywanie ich botami albo trollami. Do akcji włączyło się w sumie 2,5 tys. kont (dane na podst. Follow the hashtag, z godz. 21.00 12 czerwca) – część osób rzeczywiście wrzucała swoje zdjęcia, jednak część realizowała klasyczna akcję hejtującą.

Ciekawe było przyglądanie się, jakie między innymi konta (poza typowymi użytkownikami) aktywnie włączają się w tę akcję. Przytoczę kilka nazw (pisownia oryginalna): ZającCoKicToKloc, Dumanarodu, Wraża purchawa, Kapitan Nomada, brat pit, Armikorg, Win Iks Pe, Żółwik_Ben_Bot, Efka Konefka, Lefties Vanquisher, Pierożki bezglutenowe, hr. Faflunin, Parva Dick.

Żadne z opisanych przeze mnie w artykule kont nie zamieściło zdjęcia realnego człowieka.

Jednocześnie w sieci rozpowszechniano nagranie sprzed dwóch lat (oczywiście bez podania daty jego sporządzenia), na którym widać moją rozmowę z autorem nagrania podczas pierwszego w Białymstoku Klubu Obywatelskiego. Nie ma w nim nic kontrowersyjnego, jednak „prawa strona” użyła go do udowadniania moich (jawnych) powiązań politycznych. Filmik pojawił się na Twitterze już po raz drugi – pierwszy raz konto o nazwie Czerwone Potworki zaczęło go rozpowszechniać, gdy napisałam analizę o powiązaniach personalnych grupy radykalnych polityków prawicy.

 

Cyfrowy mobbing – czyli jak „prawa strona” usiłuje przejąć kontrolę

Cel takich personalnych działań zawsze jest oczywisty  – chodzi o podważenie wiarygodności, ale też doprowadzenie do tzw. efektu zamrożenia. Powoduje on, że człowiek poddany cyfrowemu mobbingowi (tak coraz częściej na świecie nazywa się tego typu ataki) najpierw przestaje bronić swoich racji, a potem wycofuje się ze swoich działań – ze strachu przed kolejną reakcją albo z powodu zniechęcenia. Co charakterystyczne, w atakach nie sposób dopatrzeć się choćby elementów merytorycznej krytyki, są to wyłącznie działania mobbingujące, ośmieszające i poniżające.

Tego typu zachowań doświadczyli ostatnio m.in.: prof. Michał Bilewicz, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, po wykładzie nt. badań nad polskim antysemityzmem; protestujący w Sejmie niepełnosprawni i ich rodziny; rodzina Stanisława Gawłowskiego (sprawa z wynajmowanym mieszkaniem); oraz np. prezydent Lech Wałęsa, systematycznie od lat atakowany w mediach społecznościowych (tweety można znaleźć m.in. sprawdzając hashtag #Bolek). W ten sposób traktowani są także niektórzy dziennikarze, zwłaszcza pracujący w TVN24 lub w „Gazecie Wyborczej”. Oczywiście, nie u wszystkich pojawia się efekt  psychicznego zamrożenia, natomiast wielu doświadcza uczucia bezradności, ponieważ przy zmasowanym ataku jednostce trudno jest się w jakikolwiek sposób bronić. Gdy atak trwa krótko, można go przeczekać; gdy mobbing jest rozciągnięty na lata, tak jak każde nękanie ma realny wpływ na zachowanie człowieka. I nie ma znaczenia, czy odbywa się on w rzeczywistości, czy w świecie cyfrowym – naukowcy udowodnili już, że ludzki mózg reaguje w obu przypadkach identycznie. Warto mieć świadomość, że dziś w polskiej przestrzeni publicznej część osób poddawanych jest takiemu mobbingowi – to jedna z typowych sposobów „prawej strony” na to, by przejąć kontrolę nad sytuacją.

 

Akcja – doskonała dla opozycji!

Akcja #ToMyBoty przyniosła jednak także takie efekty, których organizatorzy nie przewidzieli. Do tej pory ugrupowania opozycyjne nie wiedziały, jaka jest liczba kont popierających prawicę, zdolnych do szybkiej mobilizacji i przeprowadzenia akcji na Twitterze. Wielokrotnie usiłowano oszacować wielkość tej grupy, ale nie bardzo było jak to zrobić. Teraz, dzięki monitorowaniu akcyjnego hashtagu, który nigdy wcześniej nie był używany, oraz nie wywoływał emocji w innych grupach społecznych, udało się tę liczbę dość dokładnie określić.  Tweety pisało i dystrybuowało ok. 2,5 tys. kont (dane z 12 czerwca, godz. 21).  Jednocześnie analityka pozwoliła zlokalizować te konta. Według narzędzia Follow the hashtag, najwięcej wpisów powstało w… Sanoku. 12 czerwca rano na drugim miejscu wśród miejscowości był Kraków, a dopiero na trzecim tak ważna obecnie dla Patryka Jakiego Warszawa. Do wieczora Warszawa wskoczyła na drugie miejsce, ale Sanok pozostał liderem.

tomyboty_podsumow

Akcja zaplanowana jako uderzenie we mnie, a pośrednio – w opozycję, doprowadziła do identyfikacji kont „prawej strony” (piszę o tym ze świadomością marginesu błędu oraz włączenia się w działanie akcyjne jakiegoś odsetka  osób niezależnych) – i opozycja będzie mogła te informacje wykorzystać. Paradoks? Oczywiście. „Prawa strona” Twittera, przyzwyczajona do tego, że rządzi w mediach społecznościowych, powoli zaczyna tracić kontrolę nad sytuacją.  Ci, którzy wpływali np. na wyniki wszystkich sond zamieszczanych na TT, cytowanych często później przez sprzyjające media, ostatnio ponieśli bolesną porażkę. Ksiądz Janusz Chyła, aktywny użytkownik Twittera, postanowił zapytać internautów korzystających z tego medium społecznościowego, czym jest dla nich małżeństwo: związkiem mężczyzny z kobietą czy też dopuszczalne są „inne warianty” małżeństwa.  Sonda wywołała mobilizację osób, którzy nie należą do „prawej strony” i okazało się, że na opcję „inne warianty” zagłosowało 53 proc. biorących udział w głosowaniu. W sumie oddano aż 20488 głosów. To była bolesna porażka, bo dotykała istotnej dla prawicy kwestii światpoglądowej.

Paradoksalnie oznaką tracenia kontroli nad mediami społecznościowymi okazała się także akcja #ToMyBoty.  Bo choć ilościowo była dla „prawej strony” sukcesem – potwierdziła aktywność 2,5 tys. kont – to przecież organizując ją nie przewidziano jej skutków politycznych, bardzo istotnych w czasie przedwyborczym. Za chwilę sprawdzanie geolokalizacji tweetów może stać się najprostszym narzędziem do tego, by udowodnić konkretnemu kandydatowi w wyborach samorządowych, że choć ilościowo tzw. „wygrywa internety”, to w rzeczywistości duża liczba internetowych wzmianek wynika z działań kont znajdujących się poza obszarem jego kandydowania. Czyli: w żaden sposób nie przekłada się to na jego rzeczywiste poparcie. Tak jak z Patrykiem Jakim – jego zwolennicy w Sanoku nie wpłyną na rzeczywisty wynik wyborów w Warszawie.

Akcja daje opozycji jeszcze jedną możliwość techniczną. Na Twitterze istnieje opcja, która pozwala na eksportowanie i importowanie list zablokowanych kont – po to, by jedna osoba mogła przekazać drugiej listę, na podstawie której da się zablokować konta np. łamiące zasady społeczności. Teraz wystarczy sporządzić listę z kont biorących udział w akcji #ToMyBoty – by cała opozycja mogła w prosty sposób wyłączyć widoczność swoich profili dla istotnej części „prawej strony” Twittera.

 

Kiedy nazwy używane przez naukowców odbierane są jako wyzwiska…

Być może jednak najciekawszy jest  zupełnie inny wniosek płynący z całej akcji. Otóż jak się okazało, dla sporej części uczestników akcji słowo „bot” okazało się… wyzwiskiem. Jeszcze gorzej było, gdy napisałam, że konta, łączące botową automatyzację ze sporadyczną aktywnością realnego człowieka, nazywa się cyborgami. Takim nazewnictwem posługuje się m.in. jeden z najintensywniej badających konta na Twitterze think tanków na świecie – amerykański Atlantic Coucil`s Digital Forensic Research Lab (w skrócie: DFRLab). Nazwy te nie są wyzwiskami, pozwalają po prostu określać konta na podstawie sposobów ich działania. Kto chce się dowiedzieć o tym więcej, polecam artykuł: https://medium.com/@DFRLab/human-bot-or-cyborg-41273cdb1e17, oraz tekst naukowy: https://www.eecis.udel.edu/~hnw/paper/acsac10.pdf.

Jednak użytkownicy odebrali te nazwy jako obraźliwe, między innymi dlatego zareagowali bardzo emocjonalnie. „Nie do końca pełnoletnia, ile wyzwisk już słyszałam, że jestem pisiorą. Dołączam do akcji” – tweetowała młoda dziewczyna, wrzucając swoje zdjęcie. To był zresztą częsty przekaz od uczestników: „znowu nas wyzywają!”.

W tej sytuacji aż się boję napisać, że konta, które Twitter zawiesza za naruszenie zasad społeczności (np. za wulgaryzmy, nękanie, pornografię etc.), a one ponownie odradzają się pod tą samą lub podobną nazwą użytkownika (o takich „znikających” dla systemów analitycznych kontach także pisałam w ostatniej analizie), DFRLab nazywa „revenants”. Co na język polski tłumaczy się jako upiory, duchy albo… zombie.

Tekst okazał się również na portalu Oko Press.

Ps. Żebyście nie mieli Państwo wątpliwości: analizę kont najwięcej tweetujących o kandydatach na prezydenta Warszawy wykonałam z własnej inicjatywy, podobnie jak moje poprzednie publikacje prezentowane na blogu. Nie zleciła mi jej wykonania żadna partia ani żadne ugrupowanie. Żadne ugrupowanie mi za nią nie zapłaciło. Jak doskonale wiecie, analizuję media społecznościowe w zakresie polskiej polityki od ponad roku – i zamierzam to robić dalej.  Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników! 🙂

Mamy boty w kampanii na prezydenta Warszawy! Wspierają Patryka Jakiego

Ranking pierwszych dziesięciu kont na Twitterze, które w ciągu ostatniego miesiąca tweetowały najwięcej nt. Patryka Jakiego, wygląda tak: jedno konto nie istnieje, pięć to konta botowe, cztery – prawdziwe. Taki sam ranking nt. Rafała Trzaskowskiego: dwa konta nie istnieją, cztery to boty, cztery – konta prawdziwe. Jaka jest różnica między rankingami? Światopoglądowa. Poza dwoma kontami wszystkie pozostałe – w tym oczywiście boty – działają na rzecz Patryka Jakiego, a przeciwko Rafałowi Trzaskowskiemu.

W piątek, 8 czerwca, postanowiłam sprawdzić, kto najczęściej tweetuje na temat  głównych kandydatów w wyborach na prezydenta Warszawy. Użyłam do tego narzędzia analitycznego Unamo, które m.in. tworzy rankingi autorów tweetów na podst. liczby wypowiedzi, zasięgów czy popularności. I odkryłam piękne, klasyczne, ciężko pracujące boty – wszystkie działające na rzecz Patryka Jakiego, a przeciwko Trzaskowskiemu. W rankingach obu kandydatów tylko dwa konta nie rozpowszechniały tak sprofilowanych treści. Były to: konto medium @300polityka oraz konto zwolennika kandydata Koalicji Obywatelskiej.

Ranking autorów pod względem liczby wypowiedzi nt. Patryka Jakiego wygląda tak:

jaki_rakinngliczbawypow_0806_2

Przeanalizowałam te konta. Pierwsze dwa już nie istnieją. Liderka rankingu – Krystyna, teraz funkcjonuje pod nową nazwą użytkownika – nie @KGrzadzka, tylko @krystynaWarsaw, ale sieje tą samą treść co wcześniej. Zmiany nazw to w ogóle nowe, ciekawe zjawisko – piszę o nim szerzej w postscriptum pod tekstem. Konto Krystyny zostało utworzone w maju 2017 r., ma więc niewiele ponad rok, ale już wygenerowało 186 tys. tweetów. Daje to średnio 427 tweetów dziennie – a w zasadzie retweetów, nie znalazłam bowiem ani jednego postu napisanego przez Krystynę. Według Oxford Internet Institute boty można rozpoznać, gdy dziennie podają dalej 50 postów i więcej, natomiast amerykański think tank DFRLab uważa za graniczną wartość 72 posty podane dalej w ciągu dnia (i więcej). Krystyna pracuje więc bardziej intensywnie niż standardowy bot. Jakiego typu treści rozpowszechnia? Zawsze antyopozycyjne i proPiS-owskie. Jeśli chodzi o wybory w Warszawie – retweetuje posty wspierające Jakiego i ośmieszające Trzaskowskiego.

 

Drugie konto – o nazwie „Jesteśmy za PiS” – nie istnieje i nie znalazłam go (a piszę to 9 czerwca) nawet pod inną nazwą użytkownika. Dwa kolejne miejsca w rankingu znów zajmują boty: @kozalinka53 tylko 8 czerwca (do godz. 19.30)  retweetowała aż 220 tweetów związanych z PiS-em oraz o treściach antyopozycyjnych, w tym 29 dotyczyło Jakiego i/lub Trzaskowskiego.

 

 

Kolejne konto – @Kgb08Maria – tylko 8 czerwca do godz. 19.00 retweetowało 192 tweety pro-PiS i antyopozycyjne, w tym 23 związane z kandydatami na prezydenta Warszawy.

 

 

W rankingu mamy jeszcze dwa inne konta działające zgodnie z regułami funkcjonowania botów – na miejscach: 7 i 8. Sławek Wolny (@AwekWolny) to konto istniejące od kwietnia 2018, retweetujące średnio 124 tweety dziennie. Na poniższych przykładach doskonale widać typową dla bota (poza czystymi retweetami) aktywność: ma on zaprogramowany konkretny tekst, ciągle ten sam, który podaje jako swój podczas cytowania innego tweeta. W tym przypadku były to dwa zdania: „Musimy to zrobić! Wyprawimy PO pochówek”, które wielokrotnie się powtarzały. Poza tym oczywiście Sławek Wolny retweetował to, co korzystne dla Jakiego i niekorzystne dla Trzaskowskiego.

 

 

Kris (@urwis1977) działa od lipca 2017 r. i jest rekordzistą – retweetuje średnio 450 tweetów dziennie. Przekazywane przez niego treści są identyczne jak te w analizowanych wcześniej kontach.

 

 

Kiedy przeanalizujemy z kolei ranking użytkowników, którzy tweetują najwięcej nt. Rafała Trzaskowskiego, okaże się, że większość kont jest powtórką z rankingu Patryka Jakiego.

trzaskowski_rankingliczbawypow_0806_2

 

Pięciu pierwszych użytkowników już znamy (drugi użytkownik to konto cechujące się normalnym rodzajem aktywności), szósty to znów bot. Natomiast na miejscach: siódmym i ósmym znajdują się autentyczni liderzy wśród kreatorów treści na temat Trzaskowskiego. Właśnie ich tweety podają dalej przeciwnicy kandydata Koalicji Obywatelskiej. Na 9. miejscu mamy zwolennika Trzaskowskiego, konto prawdziwe, a na dziesiątym – kolejne konto nieistniejące (prawdopodobnie usunięte albo przez jego twórcę, albo przez Twittera). Warto podkreślić – wśród 10 użytkowników TT najczęściej tweetujących o Rafale Trzaskowskim tylko jeden jest jego zwolennikiem. Zdecydowanie najwięcej postów wytwarzają jego przeciwnicy. To odwrotny układ niż u Patryka Jakiego – u niego najaktywniejsze są konta wspierające. Kandydat Koalicji Obywatelskiej na razie nie ma więc na TT wsparcia, które mogłoby zrównoważyć ataki przeciwników.

Przyjrzyjmy się jeszcze przez chwilę dwóm innym rankingom – tym razem pokazującym autorów najpopularniejszych tweetów nt. kandydatów. W obu przypadkach są to zazwyczaj użytkownicy krytycznie nastawieni do danego polityka. I tak najpopularniejsze tweety nt. Patryka Jakiego to wpisy: prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz oraz Grzegorza Drobiszewskiego ze Stowarzyszenia Młodzi Demokraci. Mamy też satyryczny Sok z Buraka, oraz posłów PO Cezarego Tomczyka i Borysa Budkę.  Za to na drugim miejscu jest sprzyjający Jakiemu poseł Dominik Tarczyński. Generalnie jednak to zestawienie niczym nie zaskakuje.

 

jaki_rakinngliczbawypow_0806_2

Natomiast w rankingu dotyczącym Rafała Trzaskowskiego warto zwrócić uwagę na trzy konta. Otóż po pierwsze widać wyraźnie, że o Trzaskowskim tweetują krytycznie m.in.: poseł Adam Andruszkiewicz z ugrupowania Wolni i Solidarni, były lider Młodzieży Wszechpolskiej; współpracownik Jakiego z Ministerstwa Sprawiedliwości Sebastian Kaleta, wiceprzewodniczący Komisji Reprywatyzacyjnej; oraz znany na TT z kontrowersyjnych wpisów Radosław Poszwiński, od niedawna pracownik TVP Info.

trzaskowski_rankingautorow_0806 

Moją uwagę zwraca też konto znajdujące się na drugim miejscu – pana Waldemara. Jest to użytkownik, który był mocno zaangażowany w tworzenie negatywnych postów wobec rodzin osób niepełnosprawnych protestujących w Sejmie – był liderem w zestawieniu influencerów, które uzyskałam podczas analizy wpisów na ten temat (także na bazie narzędzia Unamo).

influ2

Reasumując: analizowane przeze mnie rankingi ujawniają przede wszystkim, że na rzecz Patryka Jakiego na Twitterze już teraz pracują boty (choć oficjalnie kampania jeszcze się nie zaczęła). Służą one rozpowszechnianiu treści pozytywnych dla Jakiego, a negatywnych dla jego kontrkandydata. Kiedy więc czytacie ilościowe zestawienia o tym, który z kandydatów na prezydenta Warszawy lepiej sobie radzi w Internecie, pamiętajcie koniecznie o ciężko pracujących botach.

Po drugie: widać również, że Rafał Trzaskowski nie ma obecnie na Twitterze wspierających go kont, które by równoważyły Twitterową aktywność przeciwników.

Po trzecie – w antykampanię wobec Trzaskowskiego zaangażowali się m.in.: poseł Adam Andruszkiewicz, poseł Tarczyński, wiceszef Komisji Weryfikacyjnej Sebastian Kaleta i pracownik TVP Radosław Poszwiński. To pod względem politycznym dość ciekawe zestawienie personalne.

Nie mam wątpliwości, że to dopiero początek sieciowych zmagań politycznych. Prawdziwa walka jeszcze się nie zaczęła. Wydaje się, że boty zostaną użyte masowo dopiero w kluczowych miesiącach kampanii. Czy będą miały znaczenie dla wyników wyborów? Na pewno sprawią, że rozpowszechnianie przez nie tweety będą bardziej widoczne. Czy to spowoduje, że odbiorcy uwierzą w kreowany przez nie przekaz? O tym dopiero się przekonamy. Nie będziemy mieli powtórki z wyborów prezydenckich w 2015 roku, ponieważ sporo się już nauczyliśmy o mediach społecznościowych i wiemy, że nie we wszystko, co się na nich pojawia, można wierzyć. Popularne treści oddziałują jednak psychologicznie, mogą uruchomić mechanizm społecznego dowodu słuszności (czyli: słuszne jest to, o czym mówi większość), a to może przełożyć się na realne decyzje wyborców.  Może – ale nie musi. W Polsce Twitter ma znaczenie głównie jako medium docierające do polityków i dziennikarzy, nie do masowej liczby wyborców (ci są obecni raczej na Facebooku). Dlatego ogromne znaczenie będzie miało, czy i jak z przekazu kreowanego w opisany powyżej sposób skorzystają dziennikarze. To oni jako pierwsi podejmą decyzję, czy popularność narracji jest rzeczywistym odzwierciedleniem nastrojów społecznych, czy też efektem ciężkiej pracy botów.

 

Ps. Wspomniałam w tekście o nowym zjawisku, które po raz pierwszy zaobserwowałam analizując w maju hejt wobec protestujących w Sejmie matek osób z niepełnosprawnością. Otóż ostatnio niektóre konta na Twitterze, zwłaszcza botowe, często zmieniają nazwę użytkownika. Sprawia to, że choć konta widać w narzędziach analitycznych, nie jest łatwo je zidentyfikować – bo działają już pod inną nazwą. Dla każdego narzędzia analitycznego rozpoznającego konta po nazwie wygląda to tak, jakby konto nie istniało – choć tak naprawdę działa nadal.

Wydaje się, że może być to nowy sposób wymyślony w celu obejścia obostrzeń Twittera, który od pewnego czasu dużo drastyczniej podchodzi do botów i co jakiś czas usuwa je hurtowo – bazując jednak zapewne (przynajmniej częściowo) na nazwie użytkownika. Zmiana nazwy daje możliwość dalszego funkcjonowania konta. Nie wiem, czy konta te jednocześnie zmieniają też IP i e-mail – jeśli tak, tym trudniejsze są do wychwycenia przez system Twittera.

UPDATE:
11 czerwca 2018 r.: Pisząc ten tekst nie miałam wątpliwości, że zostanie on zaatakowany, a wiarygodność moich ustaleń będzie podważana na wszystkie sposoby.  Dlatego od początku podawałam nazwę narzędzia, pokazywałam jak najwięcej screenów oraz – co ważne – podawałam daty dokonywania analizy i pisania tekstu. Sposób działania konkretnego konta można bowiem bardzo szybko zmienić, a nieistniejące konta mogą się znów pojawić. To technicznie proste, jeśli tylko ma się kontakt z użytkownikami tych kont, czy z osobą kontem zarządzającą. Tak się właśnie dzieje z niektórymi z opisywanych kont. Nagle na koncie, które nie pisało żadnych tweetów własnych, pojawiają się normalne dyskusje. To też proste, wystarczy zmienić program, albo wyłączyć konto spod programu i zacząć na nim normalną aktywność. I wtedy można zacząć twierdzić, że to wcale nie bot, a Mierzyńska się myli. Cóż, na Zachodzie badający boty ukuli już nawet taki piękny termin – cyborg. To właśnie konto typowe dla bota, które od czasu do czasu wykazuje normalną, „ludzką” aktywność. A więc pozdrawiam cyborgi! 🙂

Cieszę się również, że podobno jedno z kont nieistniejących już istnieje – pod zupełnie zmienioną nazwą i użytkownika, i nazwa główną – ale: ponoć jest to samo konto. Tak jak pisałam w postscriptum, narzędzia analityczne takich „niby tych samych” kont nie rozpoznają. Niesamowicie cieszy mnie natomiast fakt, że dzięki tym działaniom – których celem jest podważenie wiarygodności tej analizy – wszyscy dowiemy się dużo więcej o niektórych kontach oraz sposobach działania w sieci. Pozdrawiam więc także tych, którzy od wczoraj gorączkowo zmieniają ustawienia. 😉

 

Siewcy strachu. 10 dni z rosyjską propagandą w Polsce

Grozi nam III wojna światowa, podczas której wszyscy zostaną zgładzeni i nastąpi kres ludzkości. Nie, to nie mój koszmar senny, lecz narracja świadomie kreowana przez prorosyjski portal Sputnik Polska. Przez 10 dni czytałam codziennie dostarczane przez niego newsy, by przeanalizować jawną rosyjską propagandę w Polsce. I choć tradycyjne tematy propagandowe: złe NATO, niestabilne USA, zła Ukraina – wciąż są obecne, to jednak od kilku tygodni Rosja sufluje nam przede wszystkim historię o zbliżającym się ogromnym konflikcie zbrojnym.

Romans posła Pięty, protest niepełnosprawnych i ich rodzin w Sejmie, ba, nawet choroba prezesa Kaczyńskiego w porównaniu do wizji przyszłości roztaczanej przez Sputnik Polska wydają się problemami prostymi, łatwymi – i przemijającymi. Prawdziwe zagrożenia czają się gdzie indziej: a informuje o nich jedyny jawnie działający w Polsce rosyjski portal internetowy.

Sputnik i Russia Today to znane na całym świecie rosyjskie portale informacyjne. Jak słusznie zauważył niedawno w wywiadzie dla cyberdefence24.pl  David Alandete, managing editor w hiszpańskim El País, „to nie są media. Ich główny redaktor naczelny Margarita Simonovna, zdefiniowała je jako narzędzia Ministerstwa Obrony. To są żołnierze w walce informacyjnej.” W polskiej wersji językowej działa dziś tylko Sputnik, Russia Today można obejrzeć w języku angielskim dzięki wielu polskim kablówkom. Tym razem postanowiłam jednak skupić się na Sputniku. Przez 10 ostatnich dni maja czytałam podawane tam wiadomości i analizowałam budowane narracje. Zobaczcie sami, do czego usiłuje przekonać nas Rosja.

 

„Urządzimy Wam trzecią wojnę światową!”

Taki nagłówek można było zobaczyć na Sputniku Polska rano 22 maja. Na zdjęciu – potężny, rozebrany, łysy mężczyzna, z tatuażami, naprężający muskuły. Tak, to wojna, tyle że na obrazki i nagłówki, bo sam tekst okazuje się niewinny. Opowiada o tym, że brytyjscy kibole zamierzają na czerwcowym mundialu w Rosji dać popalić swoim rosyjskim odpowiednikom.

Ale narracja na temat zbliżającego się globalnego konfliktu zbrojnego jest na Sputniku stale obecna, i to w znacznie poważniejszy sposób niż w tekście o kibolach. Choć bywa zabawnie, gdy kres ludzkości w wielkiej wojnie wieszczą: terapeuta kosmoenergetyki (!) Jewgienij Limański oraz jasnowidz Anton Arbatski. Poza tym jednak każdy pretekst jest dobry, by budować narrację o zagrożeniu wojną.  Nagłówki mówią same za siebie: „Co robić, jeśli jutro wybuchnie wojna?” (o broszurach rozdawanych w Szwecji), „Skutki zerwania porozumienia nuklearnego z Iranem mogą być opłakane”, „Putin ostrzega Zachód przed przekraczaniem czerwonej linii”, „Pentagon spieszy się z dostawami broni na Ukrainę”, „III wojna światowa: czy należy bać się Rosji i Putina?”.

 

Drugim elementem budowania poczucia zagrożenia jest prezentowanie rosyjskiej broni. Mamy więc artykuły o testach MiG-a 35, zabójczym Su-57, czy okręcie podwodnym nowej generacji o nazwie „Husky”. Ale szczytowym osiągnięciem propagandowym w tej narracji jest materiał zatytułowany: „Jeśli ta wojna wybuchnie, wszyscy zostaną zgładzeni”.  To ośmiominutowy film, oczywiście w polskiej wersji językowej – i to nie tylko z polskimi tłumaczeniami, ale też polskimi animacjami tekstowymi (są takie w materiale video). Film zaczyna się od prezentacji najnowocześniejszej rosyjskiej broni.  Jak się dowiadujemy, jest najlepsza na świecie. Dlaczego? I tu nieco zaskakujące stwierdzenie: „Bo Rosja czuje się zagrożona”. Widzimy Władimira Putina mówiącego wyciszonym głosem: „Nas nikt nie słucha” i zostajemy wciągnięci w opowieść o państwie, przeciwko któremu zbroją się zarówno Stany Zjednoczone, jak i NATO; które zawsze reagowało militarnie wyłącznie w obronie (mają tego dowodzić daty kilku zdarzeń z czasów Zimnej Wojny); państwa, które zostało oszukane przez Amerykanów, że NATO nie zostanie poszerzone, a jednak dotarło tak blisko granic Rosji i na dodatek w europejskich państwach zamieszcza systemy obrony antyrakietowej. Wniosek jest prosty: Rosja musi się bronić. Więc się broni, konstruując najnowocześniejszą broń.

sputnik_filmik

W animacji pokazano, że jedna z nowych rakiet może ominąć systemy obrony przeciwrakietowej i uderzyć w państwa położone dalej (Niemcy, Francję?). Innych rakiet żaden system nie wykryje. Filmowa narracja niczego nie ukrywa: „W przypadku uderzenia odwetowego wszyscy zostaną zgładzeni” – brzmią dramatycznie prezentowane napisy. Wniosek też jest wyróżniony: „Dlatego trzeba zacząć się dogadywać!”. Rosja, jak ma wynikać z budowanego na Sputnik Polska przekazu, to kraj silny, ale otwarty na porozumienie. Oczywiście w przeciwieństwie do USA, NATO czy Ukrainy.

Narracja o III wojnie światowej nie jest nowym pomysłem rosyjskiej propagandy. Przewija się od kilku lat, jednak w ostatnich kilku tygodniach wyraźnie zyskała bardziej znaczący wymiar. Moim zdaniem można to połączyć z wydarzeniami na scenie międzynarodowej. Chodzi o wypowiedzenie porozumienia antynuklearnego z Iranem przez prezydenta Donalda Trumpa. Porozumienie zawarte w lipcu 2015 r. przez sześć państw (USA, Francja, Wielka Brytania, Chiny, Rosja i Niemcy) a Iranem miało na celu ograniczenie irańskiego programu nuklearnego w zamian za stopniowe znoszenie sankcji. Prezydent Trump podczas swojej kampanii prezydenckiej krytykował tę umowę, a 8 maja po prostu ją zerwał. Zaostrzyło to nie tylko stosunki na Bliskim Wschodzie, ale też między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską. Rosyjska propaganda od razu zaczęła wykorzystywać tę sytuację do budowania obrazu USA jako nieprzewidywalnego partnera, oraz Rosji jako światowej opoki, gwaranta pokoju na świecie.  Rosja jest więc silna i stabilna, USA jednak nieprzewidywalne, czym to grozi? Oczywiście, III wojną światową. Czyli: Rosja musi być gotowa do obrony. Przekaz pasuje perfekcyjnie, a na dodatek pozwala osiągnąć Rosjanom dwa ważne propagandowe cele: pokazuje Rosję jako silne militarnie państwo, oraz wzbudza strach wśród mieszkańców wielu państw. A przerażeni obywatele – to obywatele znacznie łatwiej poddający się manipulacji.

 

Rękas: „Zdrada narodowa w rządzie Rzeczpospolitej”

Negatywny obraz NATO i Ukrainy to oczywiście kolejny temat rosyjskiej propagandy w Polsce. W ostatniej dekadzie maja na Sputnik Polska było on widoczny, choć znacznie mniej niż zagrożenie wojną. Za to – prezentowano go w sposób silnie propagandowy, także jeśli chodzi o Polskę. W tym czasie odbyła się bowiem w Warszawie sesja Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, i wypowiedzi Polaków zupełnie się Rosjanom nie spodobały. Skomentował je… polski ekspert i polityk Konrad Rękas. Związany kolejno ze: Stronnictwem Narodowym, Samoobroną, Ruchem Patriotycznym i Nową Prawicą. W 2015 r. został wiceprzewodniczącym partii „Zmiana”, uważanej za prorosyjską. Jej szefem był Mateusz Piskorski, obecnie znajdujący się w areszcie pod zarzutem szpiegostwa na rzecz rosyjskiego wywiadu cywilnego. Rękas często wypowiada się dla Sputnik Polska. Tym razem stwierdził otwarcie, że „zdrada narodowa znalazła sobie siedlisko w rządzie Rzeczpospolitej”, ponieważ władze Polski, jego zdaniem, „wyrzekły się suwerennego prawa Polski do kierowania swą polityka zagraniczną i obronną”. Chodzi o wypowiedzi ministra Czaputowicza w trakcie sesji – wypowiedzi, które Rękas odczytał jako deklarację, że „głównym faktorem polskiej polityki zagranicznej jest interes… Ukrainy”.

Poza wywiadem z tym ekspertem w ostatniej dekadzie maja na Sputnik Polska można było przeczytać także o tym, że rozszerzanie NATO o nowe państwa oznacza nieszanowanie interesów Rosji, oraz że „bazy USA w Polsce to ekspansyjne działania NATO”, które pociągną za sobą „odpowiednie działania Moskwy” (choć nie wiadomo, jakie, to wiadomo, że będą odpowiednie).

 

ABW jak gestapo, Polska gorsza niż III Rzesza

W analizowanym przez mnie okresie jeszcze jeden temat okazał się dla rosyjskiej propagandy bardzo istotny. To sprawa wydalenia z Polski Rosjanki Jekateriny C. i kilku innych Rosjan, na wniosek ABW. Z oficjalnego komunikatu opublikowanego przez ABW 17 maja można się było dowiedzieć, że brali oni udział w działaniach hybrydowych przeciwko Polsce. Sputnik kilka dni milczał, aż 24 maja rozpoczął ofensywę.

Najpierw opublikowano stanowisko rosyjskiego MSZ-u, według którego działania podjęte przez Polskę to „polowanie na czarownice”, oskarżenia są bezpodstawne, a Jekaterina C. w Polsce broniła jedynie radzieckich pomników wojennych oraz sprzeciwiała się wypaczeniom historii nt. Armii Czerwonej. Tego samego dnia opublikowano duży reportaż nt. zatrzymania Jekateriny, a właściwie Katarzyny Cywilskiej.

sputnik_2405rosjanka1

Podano nie tylko jej nazwisko, ale również zamieszczono nagrany z nią (już w Rosji ) film o zatrzymaniu. To propagandowo odmalowany obrazek Cywilskiej, która miała być „ambasadorem Polski w Rosji i Rosji w Polsce”, a podjęte wobec niej działania były „nieludzkie” i „niepolskie”, bo w Polsce zawsze szanowało się ludzi, a tym razem – nie. Cały artykuł rozpoczęto opisem sceny zatrzymania (telefon, prośba przyjścia na komisariat, oraz kilku panów na ulicy wręczających kobiecie decyzje o deportacji).  Znaczący jest pierwszy komentarz autora artykułu: „ Historia z III Rzeszy lat 30-tych? Smutni panowie to gestapo, a kobieta jest Żydówką? Nic z tego, Niemcy pozwalali przecież zabrać ze sobą jakieś rzeczy osobiste.”

Rysowanie propagandowego obrazu Rosjanki nie dziwi. Zaskakuje natomiast inny tekst umieszczony na Sputnik Polska. To oświadczenie niezrzeszonego polskiego posła Janusza Sanockiego, znanego głównie z tego, iż chętnie chwali on prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenkę, zaś w 2011 r. w białoruskich mediach narzekał na brak demokracji w Polsce. Teraz stanął w obronie Rosjanki, oskarżył ABW i polskich polityków o nadużycie swoich stanowisk i podjęcie działań represyjnych wobec niewinnej kobiety. „Domagam się wyciągnięcia konsekwencji wobec funkcjonariuszy ABW i polityków” – napisał Sanocki.

sputnik_sanocki

Sprawdzam, czy poseł należy np. do sejmowej komisji służb specjalnych, co mogłoby świadczyć o tym, że zna szczegóły operacji. Nic z tego. Posła Sanockiego nigdy w takiej komisji nie było. Mimo to zdecydował się publicznie oskarżać o nadużycie i  represje.

 

Cel propagandy: mamy czuć się przerażeni i nikomu nie ufać

10 dni ze Sputnikiem Polska odkryło przede mną inny świat. Świat, w którym Rosja się zbroi, USA i NATO dążą do globalnego konfliktu zbrojnego, a w polskim rządzie dochodzi do zdrady narodowej. Zapytacie, czy to, co pisze Sputnik, ma w naszym kraju jakiekolwiek znaczenie? W Polsce rosyjska propaganda nie ma łatwo, bo ciągle natyka się na ogromną nieufność Polaków. Artykuły Sputnika Polska nie rozchodzą się więc szeroko, portal nie jest w stanie zbudować dużych zasięgów. Rosjanie radzą sobie jednak także z tym. Sputnikowe informacje w nieco przeredagowanych wersjach można znaleźć na dziesiątkach mini-portali informacyjnych, o których redakcji, siedzibie czy autorach nic nie wiadomo. Portale te dbają o atrakcyjne, tzw. clickbaitowe nagłówki oraz grafiki i zdjęcia, dlatego artykuły z nich rozchodzą się w mediach społecznościowych, zwłaszcza na polskim Facebooku, można je znaleźć również na portalu Wykop.pl. To nawet gorsze niż linkowanie bezpośrednio ze Sputnika, nie można bowiem tak łatwo rozpoznać pochodzenia newsa. Poza tym rosyjska propaganda wykorzystuje również inne niejawne narzędzia, które dużo trudniej zidentyfikować.

Sputnik Polska to tak naprawdę tylko przedsmak tego, czym zajmują się rosyjscy propagandziści w naszym kraju. A jednak nawet ten przedsmak pokazuje, że swoje przekazy kreują oni bezpardonowo. Atakują polskie władze i służby, budują negatywny obraz NATO, antagonizują Polaków z Ukraińcami (o tym nie napisałam, ale to również temat stale obecny na łamach Sputnika). A przede wszystkim – sieją strach. Mamy się czuć przerażeni, słabi, zagrożeni.  Bo wtedy, czując strach dookoła, nie będziemy ufać sobie nawzajem. Kiedy zaufanie społeczne spada, więzi społeczne się kruszą – o ileż łatwiej na taki naród wpływać, manipulować nim, osiągać własne cele. A przecież o to chodzi propagandzistom.

 

„Won, baby, z Sejmu!” Kto nakręcał hejterów przeciw protestującym kobietom?

Drastyczny wzrost liczby wzmianek na temat protestu matek osób z niepełnosprawnością w Sejmie można było zaobserwować w mediach społecznościowych w ostatnich dniach protestu. Bardzo szybkie tempo rozchodzenia się niektórych zdjęć i filmów, masowe ilości komentarzy pod informacjami, wysoka aktywność określonych środowisk – wszystko to każe postawić tezę, że hejtowanie protestujących w ostatnich dniach to zorganizowana akcja, której celem było nie tylko publiczne zlinczowanie protestujących matek (zwłaszcza ich liderki Iwony Hartwich), ale też pogłębianie podziałów społecznych w Polsce.

Przyjrzyjmy się najpierw, jak wyglądała akcja pod względem struktury. Po pierwsze – celem ataku były protestujące kobiety (a nie ich niepełnosprawni synowie). Po drugie – komentarze na ich temat przepełnione były nienawiścią w skali trudnej do strawienia dla normalnego człowieka. Wydaje się, jakby autorzy wpisów pozbyli się wszelkich zahamowań. Iwona Hartwich według nich to „wściekła, roszczeniowa awanturnica”, „chytra baba”, kapiara, wariatka, histeryczka, debilka, babsko, cwaniara, a nawet „ta cała Hartwich to paranoja Polski”.

 

Iwona Hartwich ofiarą cyfrowego mobbingu

To, co się działo w sieci wobec liderki protestu, trzeba nazwać cyfrowym mobbingiem. Pojęcie to w Polsce jeszcze nie bardzo się przyjęło, ale w wielu państwach zachodnich używane jest w sytuacji zmasowanej akcji hejtującej konkretnego człowieka, gdy mamy do czynienia z komentarzami personalnymi, a nie merytorycznymi, z wulgaryzmami, mową nienawiści, podważaniem wiarygodności – i trwa to długo lub dzieje się na masową skalę. Dokładnie to spotkało Iwonę Hartwich. Przy okazji dostało się także posłance Joannie Scheuring-Wielgus, która była mocno zaangażowana w protest – najpopularniejsze określenie wobec niej wśród hejterów to „szajbus”. Na pierwszej linii mobbingowej akcji znalazła się jednak Iwona Hartwich. Jej zdjęcie, na którym zasłaniała synowi usta, chcąc go – jak sama tłumaczy – uspokoić, a jak twierdzą hejterzy – sterroryzować, obiegło polskie media społecznościowe w tysiącach udostępnień.

Drugi przekaz, który często pojawiał się w komentarzach, dotyczył wszystkich protestujących i miał ścisły związek z wpisem posłanki Krystyny Pawłowicz. Kilka dni temu stwierdziła ona, że w Sejmie śmierdzi. I stała się wzorem dla setek trolli. Bez zażenowania pisali oni, że w Sejmie jest brud, smród, te „cwaniary” zrobiły z budynku parlamentu cyrk i bazar, nie myją się, znęcają się nad swymi dziećmi. „Won, baby, z Sejmu!” – nawoływali hejterzy.

Trzecia narracja to udowadnianie upolitycznienia protestu. Autorzy komentarzy próbowali to zrobić przez wskazywanie posłów zaangażowanych w protest czy przypominanie wizyty Lecha Wałęsy. Oczywiście, polityczne konotacje protestu podważyłyby jego autentyczność, stąd też wszystkie sugestie, że Iwona Hartwich „ma już miejsce na liście PO” w najbliższych wyborach. Ten przekaz był jednak mało popularny, być może dlatego, że trudno było znaleźć dobry pretekst do jego upowszechnienia.

niepelno7

 

Szczyt akcji hejterskiej:  24 maja

Najwięcej komentarzy dotyczyło liderki protestu, śmierdzącego Sejmu oraz znęcania się przez protestujące kobiety nad swoimi dziećmi.  Liczba wpisów na ten temat w sieci zaczęła szybko rosnąć 23 maja: z 5,5 tysiąca wzmianek poprzedniego dnia do 10 tys. w środę, by osiągnąć szczyt w czwartek, 24 maja – tego dnia liczba wzmianek doszła do 30 tysięcy, i to tylko tych oznaczonych hashtagami #protestniepełnosprawnych i #Hartwich.  Dotarły one do ok. 5 milionów użytkowników. Trzeba jednak pamiętać, że w tej hejterskiej akcji hashtagi nie były najważniejsze, znaczącej części wzmianek i komentarzy w żaden sposób nie oznaczano, były to przede wszystkim posty pojawiające się na Facebooku w dyskusji pod wpisami największych portali informacyjnych i mediów. Trudno je więc dokładnie policzyć.

Protest niepełnosprawnych_Wypowiedzi_19-05-2018_26-05-2018

W zasadzie każda informacja na temat protestujących, udostępniana na FB przez media 24 maja, wywoływała gwałtowną dyskusję. Bardzo szybko, w krótkich odstępach czasowych (np. co minutę, co 3 minuty) pojawiały się pod postami nowe komentarze, w znaczącej większości krytyczne i negatywne, a wręcz siejące nienawiść wobec matek osób z niepełnosprawnością. Wspierających je wzmianek było znacząco mniej.

Tego dnia portale informacyjne pokazywały głównie szarpaninę kobiet ze Strażą Marszałkowską oraz zdjęcie liderki protestu z zadrapaniami na ręce po tej szarpaninie. Niemal natychmiast w sieci, wśród hejtujących kobiety, zaczęło się rozchodzić zdjęcie Iwony Hartwich trzymającej dłoń na ustach syna, jak przeciwwaga do filmu ze Strażą Marszałkowską. Chodziło oczywiście o udowodnienie, że złymi są protestujący, a nie strażnicy.

niepelno6

25 maja akcja hejterska nadal była bardzo widoczna w sieci, ale – przynajmniej jeśli chodzi o posty zawierające analizowane hashtagi – liczba wzmianek spadła z 30 tys. do ok. 20 tys. Wciąż największa aktywność dotyczyła Facebooka.

W tym samym czasie na specyficznych stronach internetowych, który starają się uchodzić za portale informacyjne, choć często przekazują mocno zmanipulowane newsy, pojawiły się artykuły deprecjonujące matki osób z niepełnosprawnością – jak choćby ten na Newsweb.pl o tym, że liderki protestu… tyją, bo tak znakomicie karmi jest restauracja sejmowa. „Mają jak u Pana Boga za piecem” – poinformował anonimowy autor artykułu.

Na tej samej stronie 26 maja można było przeczytać, że znaleziono wreszcie dowód na upolitycznienie protestu. ”Dziś wszystko wskazuje na to, że protest i Hartwich to elementy kampanii prezydenckiej Rafała Trzaskowskiego w Warszawie i całej opozycji w kraju. (…) Wyciekło zdjęcie, na którym śmiejąca się do łez liderka protestu rozmawia z… kandydatem PO na prezydenta Warszawy, Rafałem Trzaskowskim. I to podczas „Marszu Wolności” zorganizowanego prze Platformę Obywatelską. Kobieta ma też wpięty znaczek z logo głównej partii opozycyjnej.” Na prezentowanym zdjęciu widać rzeczywiści Rafała Trzaskowskiego rozmawiającego z kobietą w kapeluszu, ale bardzo trudno ustalić, czy to Iwona Hartwich. Udostępniającym te informacje nie przeszkadza fakt, że w czasie Marszu Wolności protestujące były w Sejmie. Źródłem tego „newsa” jest Twitterowe konto kontrowersje.net.

niepelnospr_newsweb2

Kto hejtuje? Radykalna prawica związana z Andruszkiewiczem i Jakim. Ale nie tylko.

Przyjrzałam się, jakiego typu konta są najbardziej zaangażowanie w hejtowanie protestujących. To, co rzucało się w oczy natychmiast, to fakt, że bardzo wysoką aktywność wykazywali ci użytkownicy social media, którzy na co dzień hejtują opozycję, wspierają zaś wąską grupę parlamentarzystów, związanych z radykalną prawicą (ale nie z Ruchem Narodowym): Adama Andruszkiewicza, Patryka Jakiego, Krystynę Pawłowicz, Antoniego Macierewicza. Analizując wcześniej konta wspierające radykałów wyodrębniłam tę grupę użytkowników i od miesięcy ją obserwuję. Jest  bardzo aktywna, daje zarówno Andruszkiewiczowi, jak i Patrykowi Jakiemu bardzo wysokie notowania w rankingach mediów społecznościowych w Polsce (sytuują się w pierwszej 20-tce najbardziej rozpoznawalnych marek osobistych w kraju, są jednymi z najwyżej notowanych polskich polityków na FB). Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Andruszkiewicz ma na Facebooku ponad 180 tys. fanów, nikogo nie powinna dziwić możliwość zrealizowania przez tych fanów szeroko zakrojonej akcji w social media na każdy zadany temat.

Oczywiście, akcja nie opierała się na samych radykałach. Wśród hejtujących protest np. na Twitterze widać było najpopularniejsze proPiS-owskie anonimowe konta. Ale widać było też – bardziej na Facebooku niż na TT – komentarze pochodzące z kont nietypowych. Miały one np. tylko zdjęcia profilowe i zdjęcia w tle, bez żadnej innej aktywności. Albo były zupełnie puste. Dużo wśród komentujących pojawiało się kobiet w wieku emerytalnym. Przyglądając się im bliżej okazywało się, że są one nieaktywne na FB od dłuższego czasu, czasem od kilku lat, mimo to ich zaangażowanie w publikowanie komentarzy nt. protestu było bardzo wysokie. Może to świadczyć o włączeniu do akcji hejtowania rzadko używanych kont, swoistej rezerwy. Świadczyłoby to albo o komercyjnym charakterze akcji (a wtedy za aktywność niektórych kont zapłacono), albo o uruchomieniu rezerwy, która jest w czyjejś dyspozycji, niekoniecznie odpłatnie.

W gronie hejterów znajdowali się też, oczywiście, typowi użytkownicy social media, którzy obraźliwie oceniali protestujące z własnej inicjatywy. Oni nie potrzebowali żadnej dodatkowej zachęty – po prostu chętnie w ten sposób wyrażają swoje poglądy.

 

Hejterzy usiłują wywołać efekt zamrożenia

Kto mógł zlecić taką akcję? Na to pytanie niestety analiza social media nie odpowie. Warto natomiast zastanowić się nad jej celami. Wydaje się, że punktem wyjścia wzmożonej aktywności była szarpanina Straży Marszałkowskiej z kobietami, kiedy te chciały wywiesić transparent. Patrząc obiektywnie, nie było to aż tak emocjonalne wydarzenie, by wywołać masowe reakcje.  Zwłaszcza że nie mówimy o reakcjach wyrażających współczucie z poszarpanymi kobietami. Niewiele było w komentarzach także stwierdzeń, że strażnicy mieli rację. Wydarzenie to stało się jedynie pretekstem do uruchomienia ogromnej fali hejtu, a nie było rzeczywistym powodem pojawienia się emocji. Co ważne, akcja hejterska odbywała się głównie 24 maja, czyli na dzień przed rozpoczęciem sesji NATO w Sejmie. Czy miała pozbawić wiarygodności protestujące i osłabić ich możliwą aktywność wobec  uczestników międzynarodowej sesji?  Czy miała spowodować, że się wycofają i przycichną, choć na chwilę? A może nawet przerwą protest?

Tego typu cyfrowy mobbing zawsze przynosi efekt. Nazywa się go efektem zamrożenia, czyli wycofania się z działań i wprowadzenia silnej autocenzury, wywołanej strachem. Człowiek atakowany przez tysiące innych osób jednocześnie, tak jak Iwona Hartwich w ostatnich dniach,  traci poczucie bezpieczeństwa, poczucie własnej wartości i wiarę w słuszność swoich działań.

Ale akcja hejterów oddziałuje nie tylko na jednostki. Potęguje także podziały w społeczeństwie i w pewien sposób zastrasza tych, którzy popierają kobiety w Sejmie. Silny atak na protestujące sprawia bowiem, że druga strona… cichnie. Znów działa efekt zamrożenia – użytkownicy mediów społecznościowych niechętnie wchodzą w bardzo ostre dyskusje, bo każdy, kto wyraża inne zdanie, musi się liczyć z nieprzyjemną negatywną reakcją. Więc milczą. I o ile jeszcze na Twitterze widać sporo tweetów popierających protestujące, o tyle na Facebooku w natłoku negatywnych opinii wyrazy wsparcia są coraz rzadsze.

Trzeba niestety przyznać, że osoby odpowiadające za tego typu zachowania trolli internetowych działają w Polsce bardzo skutecznie – potrafią w krótkim czasie przeprowadzić akcję cyfrowego mobbingu i wywołać efekt zamrożenia nie tylko u mobbingowanych, ale też przynajmniej u części ich obrońców. Ta akcja doskonale pokazała, jak silne skutki społeczne mają działania prowadzone wyłącznie w mediach społecznościowych.

 

Tekst opublikowany także na portalu Oko.press

Bot czy nie bot? Nie wierzcie tym aplikacjom!

Sprawdziłam. Naprawdę nie warto wierzyć aplikacjom, które po naszym jednym kliknięciu analizują konta na Twitterze i pokazują, kto z naszych followersów oraz osób, które obserwujemy, to boty lub fake`i. Dlaczego nie warto? Bo ich wyniki są kompletnie niewiarygodne, niezgodne z rzeczywistością, a kierowanie się nimi zakrawałoby na absurd. Zobaczcie sami. Przeanalizowałam moje konto na Twitterze za pomocą trzech aplikacji. I teraz pokażę Wam wyniki. Mam wrażenie, że mówią same za siebie na tyle, że nie będę musiała dużo o nich pisać. 🙂

Najbardziej rozbawiła mnie aplikacja Bot or Not. Wśród osób, które obserwuję, znalazła dziesiątki – jej zdaniem – fake`o​wych kont. Najciekawsze, że są to konta powszechnie znanych w Polsce ludzi: osób publicznych, dziennikarzy, działaczy NGO`sów, redakcji dużych mediów oraz wielu innych jak najbardziej istniejących użytkowników Twittera. Absurd? Klasyczny.

tt1tt2tt3

Inna aplikacja – Botometer – działa z nieco większą delikatnością, pokazuje bowiem, jakie jest prawdopodobieństwo, iż dane konto to konto botowe. Co wykryła? Otóż najbardziej podobne do botów są jej zdaniem wszystkie konta instytucjonalne, np. Ośrodka Studiów Wschodnich czy Instytutu NASK.  Co prawda trzeba przyznać, że aplikacja uprzedza, iż często jako boty kwalifikuje konta „organizacyjne” (oryg. „organizational”)  – i, co ciekawe, za przykład podaje konto… Baracka Obamy.  Za podejrzane uznała też konta np. prezesa Stowarzyszenia „Miasto w Internecie”, dyrektora programowego Conrad Festival czy dziennikarza Jacka Nizinkiewicza. Tyle właśnie ma to wspólnego z prawdą….

tt13tt11tt12tt14

Na tym samy poziomie wiarygodności sytuuje się moim zdaniem aplikacja Fakers, która określa procentowo, ile kont danego użytkownika to konta aktywne i prawdziwe (czyli dobre), ile –  konta nieaktywne, a ile – fałszywe. Dziś sprawdziłam, jak wg tej aplikacji wyglądają followersi Patryka Jakiego. Gdyby uwierzyć w wyniki, tylko 7 proc. jego followersów to konta prawdziwych i aktywnych osób. I choć można mieć do fanów tego polityka rozmaite uwagi, tego typu procentowy wynik jest zwyczajnie bardzo mało prawdopodobny.

jaki_15maj2018

 

Każdy, kto kierowałby się wskazaniami tych aplikacji, zachowywałby się jak użytkownik GPS-a, który wjeżdża do rzeki, choć nie ma mostu – bo przecież GPS powiedział „jedź prosto”…

Dlaczego aplikacje w tak fałszywy sposób analizują konta? Na pewno jakiś wpływ na to ma fakt, że są to aplikacje powstające w innych państwach, anglojęzyczne. W tej typu analizie zawsze bierze się pod uwagę nie tylko ilościową aktywność konta, ale też treść postów – program analizuje ją w sposób założony przez programistę. Nierozpoznawanie niuansów językowych może łatwo prowadzić do fałszywych wyników. To jeden z elementów. Inne trudno jednoznacznie określić, ponieważ nie znamy algorytmów, na podstawie których działają przedstawione programy.  Można zgadywać, że sprawdzają liczbę tweetów dziennie, sposób reagowania na nie, włączanie się w dyskusję lub nie – ale zmiennych może być dużo więcej.

Dla nas jako użytkowników najważniejsze jest jednak to, że tego typu analizy nie są wiarygodne. I choć można się nimi pobawić, nie warto w nie wierzyć. Ani – tym bardziej – wyciągać z nich wniosków politycznych czy na ich podstawie pisać artykułów w mediach, a z tym mamy do czynienia coraz częściej. Te aplikacje to zabawki, a nie poważne narzędzia analityczne.